fot. Wikipedia

Ojciec Jan Beyzym – niestrudzony sługa trędowatych

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

– Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę o wysłanie mnie do domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało – pisał bł. Jan Beyzym. Kim był ten jezuicki kapłan, sługa dotkniętych trądem Malgaszów?

Bł. Jan Beyzym pochodził z Beyzym Wielkich na Wołyniu. Był najstarszym synem Jana i Olgi z hr. Stadnickich. Po nauce w rodzinnym dworze w Onackowcach uczył się w krakowskim gimnazjum, a następnie, w 1872 r., wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi. Już jako kapłan (święcenia kapłańskie przyjął 26 lipca 1881 r. z rąk biskupa Albina Dunajewskiego) ów „Tatar” (jak zresztą sam siebie nazywał) wychowywał młodzież, opiekując się „drapichrustami i zbereźnikami” w kolegiach jezuickich w Tarnopolu i Chyrowie. Był także prefektem infirmerii oraz nauczycielem języka francuskiego i rosyjskiego. W wolnych chwilach pielęgnował kwiaty i rzeźbił w drewnie. To właśnie on zainteresował rzeźbą Antoniego Wiwulskiego, ucznia chyrowskiego kolegium, późniejszego twórcę słynnego Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie.

Zamieszkał wśród trędowatych
W wieku 48 lat postanowił udać się na misje. Następująco pisał w tej sprawie do generała Towarzystwa Jezusowego – o. Ludwika Martina: „Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy”. Początkowo o. Jan Beyzym miał wyruszyć do Indii, ale na przeszkodzie stanęła nieznajomość języka angielskiego, dlatego w 1898 r. udał się na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był znany mu francuski. Tam włączył się w ewangelizacyjną działalność francuskich jezuitów. Na Madagaskarze, na którą to wyspę przybył na pokładzie statku „Oxus” przez Kanał Sueski i Morze Czerwone, zamieszkał wśród trędowatych, oddając im – a także innym chorym, opuszczonym, głodnym, z marginesu społecznego – w każdej chwili dnia i nocy swoje serce, siły i zdolności. Nauczywszy się miejscowego języka, otoczył pieczą trędowatych w Ambahiwuraku.

Madagaskar, fot. arch. Misyjne Drogi

Nie uważają trędowatych za ludzi
W liście do Polski (z 13 kwietnia 1899 r.) pisał: „Dziś się dowiedziałem, że i rząd, i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi – u nich trędowaty to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu”. W innym liście (z 28 kwietnia 1900 r.) wspominał: „Spłakałem się jak dziecko na widok takiej nędzy… Ci nieszczęśliwi gniją żywcem, wskutek czego nadzwyczaj są obrzydliwi, śmierdzą niemiłosiernie, jednak nie przestają być przez to naszymi braćmi i ratować ich trzeba. A co jeszcze bardziej mnie trapi, to nędza moralna, pochodząca przeważnie z tej nędzy materialnej”. Dzięki ofiarom Polaków mieszkających w Galicji i przebywających na emigracji o. Jan Beyzym zdołał wznieść w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, a w jego kaplicy umieścił kopię jasnogórskiego wizerunku Matki Bożej. Do obsługi chorych sprowadził siostry zakonne ze Zgromadzenia św. Józefa z Cluny. Pragnął też, aby jego podopieczni, zwani przezeń czule „pisklętami”, stali się dziećmi Maryi, dlatego m.in. propagował szkaplerz i różaniec. Na łamach „Misji Katolickich” umieszczano natomiast jego relacje z Madagaskaru.

Na pewno jestem trędowaty
Zanim wyczerpany, zarażony trądem i febrą umarł w Fianarantsoa, pragnął wyjechać na Sachalin („prawdziwe piekło na ziemi”), by jako misjonarz pracować wśród katorżników. Następująco pisał o tym pragnieniu do prowincjała zakonu jezuitów: „Jeszcze zostaje mi wiele i wiele do zrobienia, ale też i na ułożenie sprawy co do misji na Sachalinie trzeba niemało czasu, zatem byłbym gotów w porę albo i wcześniej jeszcze. (…) Prawdopodobnie już na pewno jestem trędowaty, bo plama na pulsie prawej ręki zwiększa się, bardzo powoli wprawdzie, ale się powiększa – to też jednak niewiele znaczy, boć nie od parady tylko Kościół święty tytułuje Najświętszą Matkę «Uzdrowieniem chorych». Jeśli Ona zechce mieć mnie na Sachalinie, to mnie z trądu oczyści, żebym go nie zaniósł do tych i (…) bez tego już tak nieszczęśliwych ludzi. (…) Proszę mnie nie posądzać o to, żebym miał utracić powołanie do trędowatych, bo tak źle jeszcze, dzięki Bogu, nie jest. Czuję się w mym powołaniu mocny i najchętniej pozostanę do śmierci na tym posterunku, jeśli taka będzie wola Matki Najświętszej. Gdyby zaś Ona zechciała mnie mieć na Sachalinie, najchętniej także tam pośpieszę. Chodzi mi o to, żebym mógł choć coś przynajmniej zrobić dla większej chwały Bożej i nie stawać po śmierci z próżnymi rękoma przed Panem Jezusem, że zaś na Sachalinie można się spodziewać dobrego zarobku na życie wieczne, dlatego proszę o tę łaskę codziennie Matkę Najświętszą, nigdy jednak nie proszę inaczej, jak tylko pod warunkiem, jeżeli taką Jej wola i łaska”. Nie zdążył spełnić tego pragnienia. Inna była wola Boża.

Beatyfikacji o. Jana Beyzyma dokonał Jan Paweł II na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r.

Ojciec Jan Beyzym – niestrudzony sługa trędowatych
6 (100%) 6 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze