Zdjęcie: o. Roman Bielecki, OP, fot. YouTube

Namodliliśmy się za wszystkie czasy [ROZMOWA]

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Tylko w 2018 roku około 330 tysięcy osób pielgrzymowało do Santiago de Compostela. Najwięcej z nich – blisko 57% – wybierało najpopularniejszą trasę – Camino Frances. Prawie połowa wszystkich pątników zmierzających do Santiago to Hiszpanie. W gronie pielgrzymów było też 4785 Polaków (1,46%). Wśród nich był o. Roman Bielecki, dominikanin, redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”. 

Kiedy ojciec po raz pierwszy wyruszył na camino? 

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

W 2010 roku. Namówili mnie studenci z Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka” z Krakowa, w którym wcześniej pomagałem jako diakon. Słyszałem o pieszych pielgrzymkach do Santiago de Compostela, ale jakoś nigdy nie myślałem, żeby się tam wybrać. Skojarzenia pielgrzymkowe miałem, jak to w Polsce, przede wszystkim związane z Częstochową, a nie z jakimś miastem w Hiszpanii. Do dziś mam mail z tamtą propozycją. Zaczynał się od słów: „Czy przejdzie się ojciec z nami na dłuższą przechadzkę?”. Powiedziałem „tak” i poszliśmy z Oviedo do Santiago, odcinkiem trasy Camino del Norte czyli przez północną Hiszpanię, jakieś 320 kilometrów.
To pierwsze zapamięta ojciec do końca życia? 

Odtwarzając poprzednie czternaście wędrówek zaskakująco dużo wspomnień zachowało się w mojej głowie. Spotkania, pogoda, miasteczka, noclegi, jedzenie, ludzie. Czasem przeglądam fotografie i jestem w stanie powiedzieć, jakie to było miejsce i co tam robiliśmy. Natomiast pierwsze było o tyle ważne, że był to czas mojego nawrócenia. 

Zakonnik, który nawraca się w drodze…? 

Doświadczyłem wtedy czegoś, co można porównać do przeżycia św. Pawła pod Damaszkiem. To był bardzo bolesny upadek, który wpłynął na moją wiarę, postrzeganie siebie i relację z Bogiem. Idąc po raz pierwszy szedłem jako wykwalifikowany przewodnik beskidzki z papierami. Przeszedłem wcześniej sam i z moim ojcem setki szlaków w Polsce, we wszelkich możliwych górach. Wydawało mi się, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Bo co może być trudnego w pielgrzymce? Bierze się plecak i się maszeruje. Nikt mi tylko nie powiedział że będą 42 stopnie ciepła, a przy asfalcie to może nawet 50. Zapakowany byłem jak na biwak, chociaż w internecie czytałem, że plecak nie może być za duży. A ja w przeświadczeniu o swojej wyjątkowości próbowałem trochę oszukać system i myślałem, że może jednak wezmę ciut więcej. Po pierwszym dniu byłem wykończony. Po dwóch ledwo chodziłem, a po trzech wylądowałem na pogotowiu z obtartymi do krwi stopami. 

Co się stało? 

Miałem złe buty. Wydawało mi się, że one są wygodne, bo zawsze w nich chodziłem. Mają protektor, chronią kostkę i są odporne na kamienie. A studenci szli w adidasach albo sandałach. I nic im nie było. Poczułem bezradność. Mówiłem, że dalej nie pójdę. A to przecież był dopiero początek, przed nami jeszcze trzy tygodnie. Nogi bolały, plecak za ciężki nic – tylko płakać. I to był właśnie moment, w którym Pan Bóg powiedział, że teraz możemy porozmawiać inaczej, po mojemu. Tak mówił. Czyli tak jak ze św. Pawłem, gdy Bóg mu powiedział, że jest – ale nie tak, jak on Go sobie wyobraża. Po latach, im częściej wracałem do Composteli, uświadamiałem sobie, że ta chwila w trakcie pierwszego camino była momentem kluczowym dla mojego życia.

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

Czyli droga może nas czegoś nauczyć? 

Wszystko co nas tam spotyka można przeżyć albo w perspektywie złości i frustracji na świat, albo w perspektywie pokory. Ktoś pomyśli, że to bez sensu, po co się tam pchać. Często brakuje ciepłej wody, nie ma gdzie spać, schronisko przepełnione, trzeba się zastanawiać, co zrobić dalej. A można też zwyczajnie zdać się na Pana Boga. Im częściej się to działo, w tych nastu odsłonach mojego pielgrzymowania, tym więcej było spokoju i doświadczenia, że jest się prowadzonym. Że nie trzeba w panice rezerwować noclegów i martwić się na zapas. Tak jak mówi Ewangelia: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy. Dość ma dzień swojej biedy”. Na co dzień musimy mieć wszystko zaplanowane. Natomiast na camino…. No cóż, dzisiaj jest słońce, woda, jest fajnie, idziemy. A na drugi dzień pada deszcz, jest zimno, boli staw biodrowy i się nie da. Więc musisz iść mniej, albo w ogóle nie idziesz. Dzisiaj śpisz w łóżku w białej pościeli, bo tak cię przyjęli w schronisku. A na drugi dzień będziesz spać na sali gimnastycznej na podłodze. Jak w życiu. Sorry, ale żyjemy w Polsce w świecie wielkiego komfortu. Nasze kłopoty to są problemy świata A+. I wyjście poza tę sferę bezpieczeństwa to jest właśnie camino. Pielgrzymka uczy nas pokory, że nie zawsze wszystko mamy. I żeby nie brzmiało aż tak dramatycznie nie zapominajmy, że to jest Hiszpania, nie wędrujemy w głębokim buszu. 

Od 2010 roku było 14 pielgrzymek. Wychodzi ponad jedna rocznie. 

Tak się zdarza, że jestem na camino dwa razy w ciągu roku. Czasem jadę na chwilę, osiem, dziewięć dni. Czasem na dwa tygodnie. Pewnie, że chciałbym kiedyś przejść całość klasycznej drogi francuskiej, czyli ponad 30 dni, od granicy Francji z Hiszpanią, aż do Santiago. Ale ze względu na pracę w wydawnictwie nie mam tak długiego urlopu. Dlatego robię pojedyncze fragmenty. Po tylu latach wszystkie najważniejsze trasy mam już w całości za sobą. 

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

Natomiast dostrzegam dziś ogromną przyjemność w chodzeniu tymi odcinkami, które są dalej od samej Composteli i przez to rzadziej uczęszczane. Mają w sobie dużo pierwotnego ducha. Takie jest np. Camino Aragońskie – przejście przez Francję i Hiszpanię od południa Pirenejów. Albo Camino Vasco wytyczone przez Kraj Basków. To moje ulubione trasy. Szliśmy tam we trójkę i sporadycznie kogoś spotykaliśmy.  

Czyli nie każde camino kończy się w Santiago. 

Myślę, że ci, którzy chodzą do Częstochowy wiedzą, że klęknięcie przed cudownym obrazem Matki Bożej, podobnie jak przed grobem apostoła Jakuba, jest bardzo wzruszające. Msza i modlitwa w katedrze to ogromne przeżycie. Ale wszystko co najważniejsze, dzieje się w drodze. Santiago to wisienka na torcie. 

Gdyby ktoś chciał teraz wyruszyć – to od której trasy powinien zacząć przygodę z pielgrzymowaniem do Santiago? 

Droga francuska jest najbardziej popularna. Pod względem trudności i wymagań to wersja uśredniona. Każdy się tam odnajdzie, bez względu na kondycję i wiek. Nie ma męczących przejść przez góry. Dwa lata temu przeszedłem z moim tatą ostatnie 250 kilometrów. Taka pielgrzymka ojca z synem. Mój tato ma 70 lat, jest wciąż sprawny fizycznie, ale przed startem miał w sobie lekki niepokój i zastanawiał się jak to będzie. Dał radę! To jest też trasa najbardziej rozwinięta pod względem infrastruktury. Możliwości noclegowe są ogromne. Gdyby jednak szukać trasy najprostszej to jest nią Camino Portugalskie, wzdłuż wybrzeża oceanu. Tam praktycznie nie ma przewyższeń. 

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

A inne? 

Sieć dróg jest bardzo rozwinięta. Co roku powstają nowe. Jest interesujące Camino przez Katalonię albo Mozarabskie z Granady. Z pewnością wymagająca jest wspomniana droga przez Kraj Basków. Górzysta, z długimi odcinkami pomiędzy schroniskami. Trudne jest Camino de la Plata, które prowadzi z południa Hiszpanii i trzeba się zmagać nie tyle z górami, ile z wysokimi temperaturami i otwartym terenem, bo trasa biegnie przez piaszczyste pustkowia. Pielgrzymi wychodzą często na trasę w nocy, bo w ciągu dnia temperatura jest zabójcza. Czasem ludzie myślą, że łatwiejsza będzie krótsza trasa – np. Camino Primitivo, które zaczyna się w Oviedo. Na mapie jest rzeczywiście najkrótsze. Ale to jest dobre 10 dni chodzenia po górach – góra, dół, góra, dół… Trzeba mieć kondycję. Zabrałem tam kiedyś znajomych. To był ich pierwszy kontakt z camino i trochę narzekali. Myśleli, że będzie inaczej.  

Camino przeżywamy bardziej jako doświadczenie duchowe? Fizyczne? Turystyczne?  

Jeśli spojrzeć na statystyki pielgrzymkowe, to większość osób deklaruje, że idzie do Santiago z powodów duchowych. Ale na trasie pojawia się problem zamkniętych kościołów. Trafić na niedzielną mszę w dużym mieście to w Hiszpanii nie lada kłopot. Spotykałem ludzi rozczarowanych i trochę zaskoczonych. Szli przecież do grobu świętego, a nie mieli możliwości uczestniczenia we mszy świętej. To jest bolesne zderzenie z rzeczywistością zsekularyzowanej Hiszpanii. 

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

Ale można inaczej?  

Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Można je przeżyć sportowo. Można turystycznie i krajoznawczo. Można być księdzem i przejść je bardzo po świecku. Zrobić sobie taki szlak od winnicy do winnicy. Przecież wino w Hiszpanii jest tanie i na każdym kroku. Można przejść tę drogę tak, że Boga na niej nie będzie. To zależy od nastawienia, czy to co duchowe będzie priorytetem. Camino to wyzwanie wewnętrzne dla pielgrzymującego. Kiedy idziemy i odmawiamy w kilka osób różaniec, to wzbudzamy zainteresowanie. Gdy jestem w schronisku i mówię, że odprawię mszę świętą – to wzbudzam pewnego rodzaju zdziwienie. Nawet mój wiek jest zaskoczeniem. W Hiszpanii ksiądz to raczej grupa wiekowa sześćdziesiąt plus. Mimo, że w roku ubiegłym 1300 księży przybyło do grobu św. Jakuba, w skali całości, czyli 330 tysięcy pielgrzymów, jest to promil. Zrobiła się moda na camino i nie mam nic przeciwko temu, bo sam propaguję tę ideę wszędzie gdzie mogę. Ale polecam odchodzenie od samej Composteli i szukanie innych dróg, żeby doświadczyć spokoju i ciszy. 

A ojciec jak pielgrzymuje? 

Z radością odkładam wszystko. Najchętniej nie brałbym nawet telefonu, ale on czasem pomaga w kontakcie z lekarzem czy ze schroniskiem.

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

A to najbliższe – piętnaste będzie, jakie? 

Nie wiem, oduczyłem się planowania. Wielokrotnie miałem różne założenia i zawsze było inaczej. Nieraz myślałem, że już wszystko wiem, a tu nagle wydarza się coś niespodziewanego. Pamiętam zeszłoroczne Camino, szliśmy częścią północną z Santander do Oviedo. Doświadczenie niezwykłych krajobrazów i duchowego pokoju. To zabrzmi dziwnie, ale namodliliśmy się za wszystkie czasy.  

A tegoroczna trasa? 

Idziemy klasycznie przez portugalski interior, czyli środek kraju. Z Porto na północ do Composteli. 

Fot. arch. prywatne o. Romana Bieleckiego OP

Roman Bielecki – (1977) dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT. Od 2010 roku redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”. Współautor razem z Katarzyną Kolską książek „Smaki życia” – wywiadów z polskim ludźmi kultury i wywiadu rzeki z jedynym polskim trapistą Michałem Zioło „Po co światu mnich?”.  

Namodliliśmy się za wszystkie czasy [ROZMOWA]
6 (100%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze