fot. PAP/Darek Delmanowicz

Nie tak będzie między wami. O władzy w Kościele

W Kościele miało być inaczej. Władza miała być służbą. Dlaczego więc tak często przypomina feudalny system, w którym duchowieństwu przysługuje pałac i służba? Co jeszcze musi się wydarzyć, byśmy potraktowali słowa Chrystusa „Nie tak będzie między wami” potraktowali na serio?

„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,42-45).

Obserwując niektóre mechanizmy w Kościele, można dojść do przykrego wniosku, że funkcjonuje on zupełnie odwrotnie do tego, jak namawiał nas jego Założyciel. Najbardziej jaskrawym i wyrazistym przykładem jest choćby podejście do władzy. Wykonywanie jej zawsze kojarzyło i nadal kojarzy się z zaszczytami, przywilejami, honorami, udziałem w uroczystościach, zasiadaniem w pierwszych rzędach i niestety także z… nadużyciami. W Kościele powinno być odwrotnie. Bo Chrystus chciał, żebyśmy rozumieli władzę jako służbę. Ale czy tak rzeczywiście jest?

>>> Opozycja ewangeliczna [KOMENTARZ]

Zdrada Ewangelii

Kościół jest wspólnotą, w której bardzo dużą rolę odgrywa hierarchia. Na jej czele stoi papież, któremu podlegają biskupi, a im z kolei proboszczowie i inni księża. I nie jest to złe samo w sobie. Bo przecież potrzebujemy jakiegoś modelu odpowiedzialności i podziału zadań. Nikt nie kwestionuje tego, że jest on potrzebny i racjonalny. Taki schemat funkcjonowania ma służyć przekazywaniu wiary i zachowywaniu Tradycji Kościoła. Piękne idee rozbijają się jednak o sposób wykonywania władzy i towarzyszącą mu mentalność. W dużej mierze jest ona dzisiaj nie synodalna lecz po prostu feudalna.

Mocną diagnozę w jednej ze swoich książek stawia teolog i filozof dr hab. Marek Kita, który pisze, że „Kościół jako system władzy i kontroli to nie tylko błąd, ale wręcz zdrada Ewangelii”. Mocne słowa. Ale jakich użyć, kiedy widzimy, że biskupi pozbawieni jakichkolwiek mechanizmów kontroli notorycznie nadużywali swojej władzy w kwestii (nie)wyjaśniania przestępstw seksualnych duchownych. Potwierdził to sam Watykan, karząc biskupów (także tych w Polsce) wysłaniem na wcześniejszą emeryturę i poleceniem, by publicznie nie sprawowali kultu.

Fot. Justyna Nowicka/misyjne.pl

Kościół biskupocentryczny

Nie trzeba jednak szukać przykładów zupełnie nieewangelicznego rozumienia władzy w poczynaniach, które są przestępstwem. Wystarczy spojrzeć na codzienne działania, które właściwie nikogo nie dziwią. A powinny. Bo czy normalne jest, że „sługa wszystkich” odgradza się od innych, mieszkając w pałacu? Czy normalne i ewangeliczne jest to, że „niewolnik wszystkich” jest otoczony służbą, a sam nie potrafi wykonać najprostszych czynności? Czy ten, który ma służyć powinien prowadzić życie aż tak odbiegające od życia przeciętnego wiernego? Nie chcę wchodzić w populizm i przekonywać, że każda kuria diecezjalna powinna mieć do dyspozycji kawalerkę, zatrudniać maksymalnie dwóch pracowników i korzystać jedynie z transportu publicznego. Ale pewne zmiany można chyba byłoby poczynić.

Oczywiście, nie można też totalnie ignorować kwestii tradycji, szacunku do dziedzictwa historycznego czy po prostu tego, że pałac nie jest własnością biskupa, a diecezji. To jasne. Chodzi jednak o pokonywanie murów. Tych fizycznych i tych mentalnych. Bo trudno mówić o budowaniu wspólnoty, kiedy w kwestiach życiowych dzieli nas bardzo realna przepaść. Gloryfikujemy w Kościele biskupów (czy przełożonych) i poświęcamy mnóstwo energii na działania, które z Ewangelią nie mają nic wspólnego. Celowo użyłem pierwszej osoby liczby mnogiej, bo to nie jest tak, że jedynie hierarchowie stawiają się na pierwszym miejscu. To często problem, który dotyka nas wszystkich – usilnie cementujemy biskupocentryczny model Kościoła. Niestety, sami często pozwalamy na to, żeby purpurowa piuska była przyzwoleniem na patrzenie na innych z wyższością, wystawny tryb życia, roszczeniową postawę wobec wiernych, a często nawet brak kultury. I to nie tak, że tylko wierni świeccy są pokrzywdzeni w tym układzie sił.

„Relacje władzy w Kościele są przetrącone na dwóch poziomach – między duchowieństwem wyższym i niższym oraz między duchowieństwem i świeckimi” – zwraca uwagę w jednym ze swoich tekstów o. Michał Paluch OP, były rektor Papieskiego Uniwersytetu Świętego Tomasza z Akwinu w Rzymie (Angelicum).

fot. PAP/EPA/ANNA SZILAGYI

Problem relacji

Nadużycia władzy są jednak skutkiem, a nie przyczyną negatywnych zjawisk w Kościele. Źródeł należy doszukiwać się w relacjach.

„Niewątpliwie da się zauważyć w tym systemie przemocowy sposób sprawowania władzy w Kościele. Łamanie sumień, podejmowanie irracjonalnych decyzji wobec duchownych, wymagania efektywności (finansowej, pastoralnej, strukturalnej) stawiane są ponad personalizm i relacyjność. O tej przemocy ostatnio coraz częściej się na szczęście mówi, jednak nadal nie widać ani systemowych rozwiązań, ani nawet chęci zastanowienia się nad nimi” – pisał na łamach „Więzi” o. Mateusz Filipowski OCD.

Trwanie w tym systemie wiąże się czasem z wpadnięciem w kryzys psychiczny, który dotyka coraz większą liczbę duchownych w Polsce. Pisał o tym na naszym portalu o. Robert Grabka OMI, zwracając uwagę, że problemy takie jak depresja, wypalenie, samotność czy uzależnienia są marginalizowane albo wręcz ośmieszane przez władze kościelne.

>>> Naprawdę mam prawo być traktowany w Kościele jak dorosły człowiek [ROZMOWA]

Mamy zatem problem relacji do świata, ale także do samych siebie. Trwanie w dobrobycie niestety usypia ewangeliczną czujność i zapał. Rodzi także klerykalizm, którego najlepszą definicję podał niegdyś papież Franciszek. Opisał go jako mechanizm, w którym ksiądz żyje z owiec, a nie dla owiec. Nie jest to oczywiście specyfika jedynie Polski czy innych krajów rozwiniętych. Kościół także w krajach bardzo ubogich, misyjnych ma problem z wiarygodnością.

Bo czy hierarcha, którego barek z alkoholami jest więcej wart niż dom przeciętnego wiernego, do którego został posłany, by głosić mu Ewangelię może być wiarygodnym świadkiem Chrystusa? Przy całym moim szacunku do hierarchii kościelnej, nie jest dla mnie wiarygodny biskup nawołujący do bezwarunkowej otwartości na życie, mieszkający w pojedynkę na kilkuset metrach kwadratowych, kiedy moja wielodzietna rodzina może sobie jedynie pozwolić na wynajem niewielkiego mieszkania. Ludzie niechętni dzisiaj Kościołowi najczęściej nie kwestionują nauczania Chrystusa. Oni wyśmiewają właśnie taką hipokryzję, która co jakiś czas wychodzi na jaw i daje o sobie znać.

Fot. flickr/eiskopatnews

System kościelny a Ewangelia

Ludzie, którzy są daleko od Kościoła nie znają Ewangelii. Skąd mieliby ją znać bezpośrednio? Znają Ewangelię przez pryzmat systemu kościelnego i tego, co widać gołym okiem. A co widać? Niestety najczęściej nawoływanie do wysiłku, kiedy samemu jest się zasiedziałym. O tym też wspominał Jezus: „Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą” (Mt 23, 4-5).

Duchownym często wydaje się, że tego nie widać. Albo oni sami już tego nie widzą. Mają poczucie, że przecież coś im się od życia należy. I to prawda. Nie jestem zwolennikiem zaglądania księżom do portfela. Ale kształtowanie pewnej mentalności w Kościele jest już naszym wspólnym interesem. Bo człowiek w purpurowej piusce świadczy nie tylko o sobie samym, ale też o Kościele i wreszcie o Chrystusie. Tak, jak widzą biskupa, tak widzą też Chrystusa. A jakoś mało do Jezusa pasuje mi pałac i barek pełen drogich alkoholi.

Na szczęście jest w Kościele sporo ludzi, dla których Chrystus jest na pierwszym miejscu. Nie brakuje ludzi (czasem także i tych w piuskach), inicjatyw i instytucji, które jako zasadę swojego działania przyjmują Ewangelię. To ci, którzy otwierają się na osoby w kryzysie bezdomności, na migrantów, potrzebujących, marginalizowanych są znakiem nadziei. To oni są znakiem Bożej obecności w tym świecie. Na tej liście trudno byłoby jednak uwzględnić kurie czy instytucje należące do szeroko rozumianego systemu władzy w Kościele. Trudno to zrozumieć, bo przecież szczyty hierarchii powinny być wzorem stosowania zasad Ewangelii.

>>> Kościół nie jest galerią moralnych dzieł sztuki. Jest tratwą zbierającą rozbitków [FELIETON]

Śladami faryzeuszów

Jeszcze jeden cytat, tym razem z książki o. Richarda Rohra, franciszkanina:

„Zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego Kościół, który zgodnie z własnym przekonaniem, naśladuje Jezusa Chrystusa, zaczął z upływem czasu przykładać tak dużą wagę do władzy, hierarchii i norm. Kościół wydaje się pod wieloma względami iść śladami ówczesnych faryzeuszów i uczonych w piśmie – a nie śladami Jezusa. Wszystko, czego nauczał Jezus – w szczególności do władzy i pieniędzy – zostało w mniejszym lub większym stopniu zignorowane przez hierarchię Kościoła. Rzeczy jednak, których Jezus bardzo mądrze nie poruszał (a zwłaszcza szereg kwestii z etyki seksualnej), zostały podniesione do rangi najważniejszego moralnego kryterium w życiu człowieka. W tym punkcie jednak Kościołowi trudno jest powołać się na swojego założyciela”.

Kościół instytucjonalny powinien być zrealizowanymi w praktyce ideami opisanymi w Ewangelii. Nigdy nie będzie nim w pełni, bo jesteśmy słabi i grzeszni. To jasne. Ale nigdy swojej słabości nie możemy traktować jako wymówki przed podejmowaniem kolejnych prób nawrócenia. A mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do takiego, a nie innego funkcjonowania systemu kościelnego. A co najgorsze, niektórym jest z tym dobrze.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze