fot. archiw. Oblackie Centrum Młodzieży NINIWA
NINIWA Team: Bóg jedzie i idzie z nami [ROZMOWA]
Długa droga, zmęczenie, niepewność i codzienne przekraczanie własnych granic, a jednocześnie radość, wspólnota i doświadczenie czegoś znacznie głębszego niż tylko podróż. Wyprawy organizowane przez NINIWA Team to nie są zwykłe wyjazdy. To intensywne spotkanie z drugim człowiekiem, samym sobą i Bogiem. O tym, jak wygląda życie na szlaku, z czym trzeba się zmierzyć i co tak naprawdę daje taka droga, w rozmowie z Karoliną Binek opowiadają uczestniczki pieszych i rowerowych wypraw – Kinga Pacyna i Karolina Nizio.
WYWIAD 1 – WYPRAWA PIESZA W tym roku odbędzie się wyprawa do Irlandii.
Karolina Binek (misyjne.pl): Nawiązując do słów piosenki „najtrudniejszy jest pierwszy krok”. Czy w twoim przypadku rzeczywiście początek wyprawy był najtrudniejszy, czy może raczej więcej trudności doświadczałaś już pod koniec wyprawy?
Kinga Pacyna: – Zdecydowanie pierwszy krok, a właściwie pierwszy tydzień. Ta wyprawa trwała trzy tygodnie i bardzo wyraźnie mogę ją podzielić na trzy etapy. Ten pierwszy był ogromnym zderzeniem z rzeczywistością, takim momentem, kiedy nagle wszystkie wyobrażenia konfrontują się z realnością. Mimo że wcześniej chodziłam na różne wyprawy z plecakiem jako harcerka i wydawało mi się, że mam pewne doświadczenie, to tutaj skala była zupełnie inna. Przede wszystkim miałam świadomość, że nie ma odwrotu, że jesteśmy w innym kraju, że każdego dnia trzeba iść, niezależnie od tego, jak się czujemy, była dla mnie czymś bardzo trudnym do udźwignięcia na początku. Drugi tydzień przyniósł ogromną zmianę, bo ciało zaczęło się przyzwyczajać, a głowa jakby „odpuszczała”. Trzeci tydzień był już spokojny, wręcz piękny. Pojawiła się radość z samego bycia w drodze.
Co było dla ciebie największym zderzeniem z rzeczywistością w tym pierwszym tygodniu?
– Myślę, że złożyło się na to rzeczy na raz. Po pierwsze fizyczność, bo to była najcięższa rzecz, jaką zrobiłam w życiu. Każdego dnia chodzenie kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów z ciężkim plecakiem, w upale, często bez przerwy na porządny posiłek jest męczące. Po drugie brak kontroli – w normalnym życiu mamy wpływ na wiele rzeczy, planujemy, organizujemy. Tutaj po prostu trzeba było iść i przyjmować to, co przychodzi. Po trzecie oddalenie od domu – nagle nie ma bliskich, nie ma tego codziennego wsparcia, nie ma możliwości „zadzwonić i się przytulić”. I wreszcie czwarta rzecz – psychika. Bo to nie jest tylko zmęczenie fizyczne, ale też takie zmęczenie wewnętrzne, które pojawia się bardzo szybko. Natomiast piękne jest to, że wraz z tym wszystkim zaczyna się też budować coś nowego. Mam tutaj na myśli relacje w grupie, poczucie wspólnoty, wzajemną troskę. I to naprawdę zmienia wszystko.
Jak wpadłaś zatem na pomysł, by wziąć udział w takiej wyprawie?
– Dowiedziałam się o tych wyprawach od mojej koleżanki w 2024 roku. W tamtym czasie byłam w trakcie nawracania. Nie byłam jeszcze osobą praktykującą, ale już coś się we mnie zmieniało. I kiedy usłyszałam o tych wyprawach, to było dla mnie takie światełko. Pomyślałam, że może to jest coś dla mnie, coś, co może mi pomóc. Napisałam wtedy maila z pytaniem, czy mogę jeszcze dołączyć, ale było już za późno, bo wcześniej trzeba było wziąć udział w wyprawie przygotowawczej. Mimo to poczułam bardzo wyraźnie, że chcę w tym uczestniczyć, więc jak tylko ruszyły zapisy na kolejny rok, zgłosiłam się od razu.

Zatrzymajmy się na chwilę przy Twoim nawróceniu. Jak ono się zaczęło? Bo domyślam się, że nie było tylko decyzją…
– To nie była decyzja w stylu „postanawiam się nawrócić”. To raczej coś, co się wydarzyło, coś co przyszło do mnie. W moim życiu wydarzyły się trudne sytuacje, które sprawiły, że zaczęłam zadawać sobie bardzo konkretne pytania o sens, o kierunek, o to, jak żyć. I w pewnym momencie pojawiła się bardzo jasna odpowiedź, taka wewnętrzna pewność, że powinnam iść drogą z Chrystusem. I to było niesamowite, bo każdy kolejny miesiąc tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu.
Jak wyglądały twoje przygotowania do wyprawy?
– Na co dzień jestem harcerką, więc wędrówki nie były dla mnie czymś zupełnie nowym. Starałam się jak najwięcej chodzić, organizować różne wyjścia, przygotowywać się fizycznie. Ale szczerze mówiąc- wiem, że mogłam zrobić więcej. Teraz, kiedy przygotowuję się do kolejnej wyprawy, mam już większą świadomość i wiem, że podejdę do tego bardziej konkretnie.
Co pakuje się na taką wyprawę? Chyba nie jest to łatwe.
– Pakowałam się bardzo dokładnie. Ważyłam każdy przedmiot, który chciałam zabrać. Naprawdę każdy gram ma znaczenie, kiedy niesie się wszystko na plecach przez trzy tygodnie. Korzystaliśmy też z doświadczenia innych, na przykład przyprawy spakowałam w małych pojemnikach na mocz z apteki, bo są lekkie i szczelne.
Mimo porad bardziej doświadczonych piechurów wzięłaś ze sobą coś, co okazało się zbędne?
– Tak, kilka rzeczy. Na przykład spodnie, których nie użyłam ani razu. Ale to też było piękne, bo mogłam je oddać koleżance, która ich potrzebowała. Podobnie było z bukłakiem na wodę. Dla mnie okazało się zbędny, dla kogoś innego bardzo przydatny. To też pokazuje, jak bardzo uczymy się dzielenia.

Jak wyglądało życie codzienne na wyprawie. Gdzie spaliście? W jaki sposób udawało Wam się znaleźć noclegi?
– To było jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń. Nie mieliśmy z góry zaplanowanych noclegów. Po prostu dochodziliśmy do celu wyznaczonego na dany dzień i szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy się przespać. Dzieliliśmy się na grupy i chodziliśmy, pytając ludzi, czy możemy gdzieś przenocować. Na początku było to bardzo trudne, bo jednak nie jesteśmy przyzwyczajeni do proszenia o nocleg. Ale w warunkach panujących na pieszej wyprawie bardzo szybko się tego uczysz. I co najważniejsze – zawsze udało nam się coś znaleźć. Spaliśmy w szkołach, u ludzi, w opuszczonych budynkach, a nawet na dawnym lodowisku. Takie doświadczenia uczą ogromnego zaufania do Boga, że nie zostawi nas samych.
Miałaś na wyprawie momenty kryzysu, w których marzyłaś tylko o tym, by wrócić już do domu?
– Tak, szczególnie na początku. Już drugiego czy trzeciego dnia zastanawiałam się, czy jest jakaś droga powrotu. Byłam zmęczona, głodna, brudna, wszystko się nawarstwiło. Ale dałam sobie czas. Powiedziałam, że wytrzymam chociaż cztery dni, choćby nie wiem, co się działo. I to była kluczowa decyzja, bo po tych dniach wszystko zaczęło się zmieniać.
Co pomagało przetrwać te najtrudniejsze momenty?
– Modlitwa, wsparcie ludzi i coś bardzo osobistego, czym był audiobook nagrany przez mojego narzeczonego. Wiedział, że na wyprawie może nie być zasięgu, więc nagrał mi książkę. W najtrudniejszych momentach słuchałam jej i to naprawdę dodawało mi siły.
Czego na wyprawie nauczyłaś się o sobie?
– Nauczyłam się przede wszystkim pokory. I tego, że jestem w stanie zrobić więcej, niż mi się wydawało. Ale też tego, jak bardzo potrzebuję innych ludzi. Ta piesza wyprawa bardzo zmieniła moją perspektywę. Zrozumiałam, że potrzebujemy naprawdę niewiele do życia – wody, jedzenia, wspólnoty i modlitwy. Cała reszta jest dodatkiem. Pojawiło się też we mnie ogromne poczucie wolności.
Co powiedziałabyś osobie, która się waha czy wybrać się na wyprawę pieszą organizowaną przez Niniwę?
– Myślę, że obawy są normalne, dlatego nie warto się na nich skupiać. Lepiej pomyśleć o grupie, z którą tę wyprawę się przechodzi. Jest ona bardzo wspierająca, można od niej usłyszeć wiele porad i uwag. Warto wziąć chociaż udział w wyprawie przygotowawczej, by zobaczyć, że wszystko to nie będzie takie trudne, jako mogłoby się wydawać. A główna wyprawa – choć jest trudna pod względem fizycznym i można się na niej spotkać z różnymi, nie tylko pozytywnymi sytuacjami, może ostatecznie dać nam wiele dobrego i zdecydowanie warto się na nią wybrać.
WYWIAD 2 – WYPRAWA ROWEROWA Tegoroczny cel: Alpy i Korsyka
Karolina Binek (misyjne.pl): Nawiązują do pytania, które zadałam wcześniej Kindze z pierwszej wyprawy – na wyprawie rowerowej najtrudniejsze są początki czy końcówki?
Karolina Nizio: – Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Początek ma w sobie bardzo dużo adrenaliny, ekscytacji i takiej dziecięcej wręcz radości z tego, że w końcu się zaczyna. Często jest tak, że człowiek nawet nie czuje zmęczenia, bo wszystko jest nowe, intensywne, ciekawe. Z kolei końcówka niesie ze sobą zupełnie inne emocje. Pojawia się satysfakcja, wzruszenie, czasem niedowierzanie, że to już koniec, że się udało. Natomiast najtrudniejsze są momenty pomiędzy, takie dni albo nawet godziny, kiedy dopada zmęczenie, kiedy organizm mówi „stop”, a głowa jeszcze próbuje ciągnąć dalej. To są chwile, w których nie ma już tej euforii początku ani tej motywacji końca. Jest tylko droga i trzeba ją przejechać.
Jak wygląda taki typowy dzień na wyprawie rowerowej?
– Każdy dzień ma swój rytm i to jest coś, co bardzo pomaga, ale jednocześnie też wymaga dyscypliny. Wstajemy bardzo wcześnie. Czasem o piątej, czasem o czwartej rano, zwłaszcza jeśli wiemy, że w ciągu dnia będzie bardzo gorąco. Szybko się pakujemy, zwijamy namioty, jemy coś i ruszamy w trasę. Dziennie pokonujemy od 150 do nawet 200 kilometrów, więc to naprawdę duży wysiłek. Mamy przerwy co około 50 kilometrów, które są dość krótkie, żeby coś zjeść, napić się, odpocząć chwilę. Jest też jedna dłuższa przerwa, taka bardziej obiadowa. Całość jest dość dobrze zorganizowana, bo bez tego trudno byłoby utrzymać tempo i dotrzeć na miejsce przed wieczorem. Ale to nie jest taka „wojskowa” dyscyplina. Raczej wspólna odpowiedzialność za to, żeby wszystko działało.

Wspominasz o dyscyplinie. To „dopasowanie się” jest trudne w rowerowej grupie?
– Na początku może być trudne, bo każdy ma inny styl życia, inne przyzwyczajenia. Ale bardzo szybko okazuje się, że to wszystko ma sens. Ta dyscyplina nie jest po to, żeby kogoś ograniczać, tylko żebyśmy wszyscy mogli dojechać. Jeśli jedna osoba się spóźnia, przeciąga przerwę, nie jest gotowa, to wpływa na całą grupę. Dlatego uczymy się odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale za innych. I to jest bardzo wartościowe doświadczenie.
Jaką rolę odgrywa grupa podczas takiej wyprawy?
– Ogromną, wręcz kluczową. Ja zawsze mówię, że jesteśmy jak jeden organizm. Każdy ma swoją funkcję. Są osoby medyczne, które zajmują się zdrowiem, są techniczne, które pomagają przy rowerach, są osoby odpowiedzialne za organizację dnia, za pilnowanie czasu. Ale oprócz tych „oficjalnych” ról są też takie bardzo ludzkie. Ktoś jest od żartów, ktoś od podnoszenia na duchu, ktoś od rozmów. Bez tej wspólnoty naprawdę nie dałoby się przejechać takiej trasy. Nawet jeśli ktoś jest bardzo silny fizycznie, to prędzej czy później przyjdzie moment, w którym będzie potrzebował wsparcia.
Mimo wsparcia często zdarzają się na trasie kryzysy?
– Kryzysy są nieuniknione. Czasami to jest zmęczenie fizyczne. Bolą nogi, ręce, plecy. Czasami to jest kryzys psychiczny. Brak motywacji, zniechęcenie, frustracja. I wtedy naprawdę widać, jak ważna jest grupa. Zawsze znajdzie się ktoś, kto podjedzie obok, zagada, rozśmieszy, poda coś do jedzenia. Czasami wystarczy sama obecność drugiego człowieka. Dla mnie ogromnie ważna jest też modlitwa. Są momenty, kiedy naprawdę nie mam siły i wtedy oddaję to Bogu. I nagle okazuje się, że ta siła się pojawia.
Modlitwa podczas jazdy rowerem jest w ogóle możliwa?
– Tak, jak najbardziej, choć wygląda to różnie. Są momenty, kiedy można się skupić i na przykład odmówić różaniec. Są też takie chwile, kiedy jedziesz w totalnej ciszy, w takiej wewnętrznej pustce. I to też jest forma modlitwy, choć może nie taka „klasyczna”. To jest czas, kiedy jesteś sam ze swoimi myślami, z Bogiem, z tym, co się w tobie dzieje. I to jest bardzo głębokie doświadczenie.

Co dzieje się po dotarciu na miejsce noclegu?
– To są absolutnie najpiękniejsze momenty dnia. Po całym dniu jazdy człowiek marzy o tym, żeby się umyć, zdjąć z siebie ten kurz, pot, zmęczenie. Potem jest jedzenie. Każdy coś przygotowuje, gotujemy na małych kuchenkach gazowych, dzielimy się tym, co mamy. A potem zaczyna się to, co chyba najcenniejsze, czyli rozmowy. Siedzimy razem, śmiejemy się, opowiadamy, czasem ktoś gra na gitarze albo na ukulele, śpiewamy. To są chwile, które budują relacje i zostają w pamięci na długo.
Relacje zawiązywane na wyprawie rowerowej rzeczywiście są tak intensywne i wartościowe?
– Tak, bo spędzamy ze sobą praktycznie cały czas przez kilka tygodni. Jesteśmy razem w trudzie, w zmęczeniu, w radości. W takich warunkach bardzo szybko poznaje się drugiego człowieka, jego mocne strony, ale też słabości. I uczymy się akceptacji, cierpliwości, miłości. To nie zawsze jest łatwe, ale bardzo rozwijające.
A ludzie, których poznajecie po drodze? Z nimi też związujecie znajomości?
– To jest jedno z najpiękniejszych doświadczeń. Spotykamy ludzi, którzy nas przyjmują, pomagają, dzielą się tym, co mają. Czasami śpimy u kogoś w ogrodzie, czasami ktoś przyniesie nam jedzenie, wodę, coś słodkiego. To jest taka bezinteresowna dobroć, która bardzo porusza. I dzięki temu poznajemy też prawdziwe życie w danym kraju, nie tylko turystyczne miejsca.
Jakie momenty są dla Ciebie najtrudniejsze fizycznie?
– Zdecydowanie podjazdy, szczególnie długie, górskie. To jest moment, kiedy naprawdę trzeba walczyć ze sobą. Nogi bolą, oddech przyspiesza, a przed tobą jeszcze kilometry w górę. Ale jednocześnie właśnie tam najczęściej doświadcza się największego wsparcia od innych. I jest coś pięknego w fakcie, że każda góra ma swój zjazd.

Masz jakieś szczególne wspomnienie, które najbardziej zapadło Ci w pamięć z którejś z wypraw, na których byłaś?
– Jest ich bardzo dużo, ale jedno z najmocniejszych wspomnień to moment, kiedy wjeżdżaliśmy na przełęcz w Alpach. Ponad 2000 metrów wysokości. To był bardzo trudny podjazd, ponad 50 kilometrów w górę. I pamiętam, jak różne osoby po kolei mnie wspierały. Ktoś jechał obok, ktoś puszczał muzykę, ktoś po prostu był. I kiedy w końcu dotarliśmy na górę, była ogromna radość, ale też wzruszenie. To był moment, który pokazał mi, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem.
Wyprawy rowerowe z Niniwą mają duży wpływ na Twoją wiarę? Przybliżasz się dzięki nim do Boga?
– Bardzo ją pogłębiają. To jest czas, kiedy naprawdę uczysz się zaufania do Boga, bo nie wiesz, gdzie będziesz spać, co będziesz jeść, co się wydarzy następnego dnia. A jednak wszystko się układa. Uczysz się też wdzięczności za małe rzeczy, za wodę, za jedzenie, za pomoc drugiego człowieka. I zaczynasz dostrzegać Boga w codzienności.
Co powiedziałabyś osobie, która się zastanawia nad taką wyprawą?
– Powiedziałabym, żeby spróbowała. Bo to nie jest tylko wyprawa rowerowa. To jest doświadczenie, które uczy życia. Uczy relacji, zaufania, pokory, wdzięczności. Jest trudne, momentami bardzo, ale jednocześnie niesamowicie piękne. I to coś, co zostaje w człowieku na zawsze.
Całych rozmów można wysłuchać tutaj:
Rozmowy zostały przeprowadzone na początku marca. W międzyczasie zmienił się kierunek wyprawy pieszej. Obecnie jest nim Irlandia.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny