fot. AI
Czy św. Tomasz miał łatwiej niż my? [FELIETON]
Nie widziałem, a wierzę. Czy mam więc trudniej od tych, którzy mogli doświadczyć fizycznie spotkania z Jezusem i na tej podstawie budować swoją wiarę? A może chodzi o coś zupełnie innego?
Tytułowe pytanie – czy św. Tomasz miał łatwiej niż my? – zadałem sobie w minioną niedzielę. Wtedy to zaczynaliśmy w Kościele Tydzień Miłosierdzia, a Ewangelia przypomniała nam spotkanie Jezusa z uczniami po zmartwychwstaniu, skupiając się przede wszystkim na Tomaszu Apostole. Nie ma go podczas pierwszego spotkania, jest dopiero tydzień później. I musi włożyć ręce w miejsce ran Jezusa, by uwierzyć. Jedna z interpretacji tego fragmentu mówi o tym, że wcale nie był niedowiarkiem, ale wiedział, że przyjdzie mu głosić wiarę w Chrystusa dalej. Musiał więc włożyć rękę w miejsce ran po to, by być wiarygodniejszym świadkiem. By jego świadectwo było mocniejsze. W tym ewangelicznym fragmencie mowa jest też o nas: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Nieraz słyszałem te słowa i odruchowo wydawało mi się, że chodzi w nich o to, że ci, którzy „nie widzieli” mają trudniej. Że im trudniej jest wierzyć i dzielić się wiarą – bo nie mają doświadczenia fizycznego spotkania z Jezusem. Idąc więc za tą myślą – św. Tomasz miałby łatwiej niż my. Tylko czy aby na pewno?
Wcale nie łatwiej czy trudniej
Wiara w Jezusa w czasach apostolskich wymagała ogromnej odwagi. Była przecież rewolucją, zwłaszcza dla wyznawców judaizmu, wśród których się narodziła. Z grona apostołów jedynie Jan umiera śmiercią naturalną, pozostali zostają zabici – są męczennikami. O wspomnianym Tomaszu tradycja mówi, że miał dotrzeć na tereny dzisiejszych Indii i to tam miał ponieść śmierć męczeńską. Czy więc ktoś, kto za Chrystusa oddał życie miałby mieć łatwiej niż ja? Nie, w ogóle nie warto rozpatrywać tego w kategorii łatwiej/trudniej. Lepiej przyjrzeć się czasom – tym sprzed 2000 lat, i tym, w których nam przyszło żyć. A poza wieloma oczywistymi różnicami – są też to czasy w jakiś sposób podobne do siebie. Przede wszystkim i wtedy ludzie żyli w wielkim niepokoju, i dziś w nim żyjemy. Na świecie jest bardzo niespokojnie. Nie tylko na Bliskim Wschodzie, który jest też przecież scenerią wydarzeń biblijnych. Niespokojnie jest w różnych regionach świata. Przecież za naszą wschodnią granicą rozgrywa się brutalna wojna, w której zginęło wielu niewinnych ludzi. Ale i w Polsce, i w ogóle w całej pozornie spokojnej Europie zachodnio-centralnej – jest burzliwie. Świat, w którym przyszło nam żyć nie wydaje się miejscem, w którym pierwsze skrzypce gra miłość i miłosierdzie. Odnoszę wrażenie, że dominuje w nim nienawiść i mniejsze czy większe prześladowania. Prześladowania z różnych powodów – z powodu wyznawanej religii, poglądów politycznych, pochodzenia, rasy, majętności, płci, wieku, wykształcenia, orientacji seksualnej i każdego innego możliwego podziału. Bo żyjemy w czasach podziałów. I podobnie było też te 2000 lat temu. Wystarczy wspomnieć, że Jezus umarł w regionie będącym pod władaniem Rzymu. Izraelici byli pod okupacją.
Dzisiejsze miłosierdzie
Czasy były trudne, i czasy są trudne. Apostoł Tomasz ruszył z Ewangelią w świat – poruszony doświadczeniem spotkania ze Zmartwychwstałym. I na bazie jego doświadczenia (i pozostałych uczniów również) my jesteśmy tymi, którzy, „nie widzieli, a uwierzyli”. Żyjący w czasach Jezusa widzieli Go, rozmawiali z Nim, byli świadkami wydarzeń zbawczych. I to oni ruszyli lawinę zwaną wiarą, na podstawie której teraz my możemy wierzyć. Dlatego też uważam, że tytułowe pytanie nie ma już znaczenia. Nie warto rozpatrywać, kto ma łatwiej, a kto trudniej. Lepiej patrzeć na to, jak na ciągłość. Gdyby nie doświadczenie apostołów, którzy ruszyli w świat i dzięki którym też prawda o Jezusie była spisana – to nie byłoby naszego doświadczenia wiary. My więc wierzymy, choć nie widzimy – dlatego że byli już tacy, którzy zobaczyli to za nas i przekazali dalej. Ciągłość jest tu więc kluczem. I oni żyli w niełatwych czasach, i my żyjemy. I tak samo jak oni starali się na co dzień żyć tym, czego nauczył ich Jezus – tak samo i my jesteśmy do tego zaproszeni. I tutaj właśnie wraca wątek miłości i miłosierdzia. Bo choć otacza nas świat, w którym nienawiść gra jedną z głównych ról – to powinniśmy próbować ja rozbrajać. Oddolnie. Od drobnych gestów. Choćby do tego, by stawiać tamę tym, którzy tę nienawiść sieją, którzy pogłębiają podziały. Tak widzę dzisiaj miłosierdzie. Mamy tyle pól, na których możemy się wykazać. Możemy stanąć w obronie tak wielu prześladowanych z różnych powodów. Postawmy się hejtowi w sieci, objawiającemu się choćby przez czasem nawet pozornie błahe komentarze. Nie milczmy, gdy na ulicy ktoś jest obrażany. Nie dołączajmy do tłumu, który opowiada się przeciwko komuś. Bo i 2000 lat temu, i dziś chodzi o to, by nie przeciw, ale by być za. By być za Kimś.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Nad Gazą zapadła cisza, ale tragedia trwa nadal
Wyruszył Marsz Żywych; Żydzi i Polacy upamiętniają ofiary Zagłady [+GALERIA]
Leon XIV w Algierze: Pokój z wami! Przyszłość należy do ludzi pokoju





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny