fot. PAP/IMAGO/Laura de Chiclana
Ocalały z trzęsienia ziemi: uratowała mnie Matka Boża
W Playa Grande, dzielnicy miasta La Guaira w Wenezueli, Kamar Galíndez przebywał na najwyższym piętrze hotelu Chipi’s Beach Hotel, przygotowując się do codziennego treningu na siłowni. Nie miał pojęcia, że za chwilę jego życie zmieni się na zawsze.
Była środa, 24 czerwca – uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela oraz święto państwowe upamiętniające rocznicę decydującej bitwy pod Carabobo. O godzinie 18:05 spokojną atmosferę, jaką tworzył zapierający dech w piersiach widok oceanu z najwyższego piętra hotelu, przerwał ogłuszający huk dwóch następujących po sobie trzęsień ziemi. Kataklizm zaskoczył wszystkich, wywołując przerażenie i chaos.
W rozmowie z ACI Prensa, hiszpańskojęzyczną agencją siostrzaną EWTN News, 53-letni prawnik wspominał, jak ciężkie urządzenia na siłowni zaczęły przesuwać się z jednej strony na drugą niczym krążek na stole do air hockeya. Katastrofa rozegrała się w ciągu kilku sekund.
„Podłoga pękła, a zaraz potem zobaczyłem, jak połowa budynku przechyla się do przodu, podczas gdy część, w której się znajdowałem, zapadła się pionowo w dół. Poczułem, że moje stopy nie stoją już na żadnym podłożu, a chwilę później byłem uwięziony pod gruzami” – opowiadał.
>>> Wenezuela: co najmniej 25 kościołów w Caracas zostało zniszczonych przez trzęsienie ziemi
W obliczu nieuchronnej śmierci…
Galíndez wspomina, że jedyne, co zdołał zrobić, to schronić się przy pobliskiej ścianie. Gdy czuł, jak budynek się zawala, przed oczami stanął mu obraz Jezusa Miłosiernego, takiego, jak ukazał się św. Faustynie Kowalskiej 22 lutego 1931 roku.
„Pamiętam, że pomyślałem o Miłosiernym Chrystusie i modliłem się: «Panie, zmiłuj się»” – powiedział, z trudem powstrzymując łzy. „Potem poczułem, jak budynek się wali. Podczas tych gwałtownych wstrząsów powtarzałem tylko: «To się zawali». I rzeczywiście – zawaliło się.”

Galíndez ani na chwilę nie stracił przytomności. Jak mówi, czuł każde uderzenie, ale „wśród szoku i strachu doznania fizyczne schodzą na dalszy plan”. Gdy opadł pierwszy chaos po zawaleniu się budynku, zorientował się, że żyje. Całe jego ciało było jednak zasypane gruzem, a potężna belka przygniatała mu klatkę piersiową.
Nie mógł swobodnie oddychać. Głowa nie została przysypana i przez ogromną stertę pogiętego metalu, cegieł i ziemi widział jeszcze niebo rozświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Wokół rozlegały się rozpaczliwe krzyki innych ludzi uwięzionych pod gruzami.
Galíndez otarł twarz i próbował się poruszyć, aby się uwolnić. Wtedy zorientował się, że ma złamaną lewą rękę.
„Ogromna rozpacz, ogromny strach” – tak wspomina swoje uczucia. Mimo cierpienia nie zawahał się jednak powierzyć swojego życia Bogu.
„Modliłem się o zachowanie spokoju. Modliłem się bardzo dużo: «Dobrze, Boże Ojcze, pomóż mi stąd wyjść. Zachowaj mnie w spokoju». To była moja pierwsza modlitwa. «Zachowaj mnie w spokoju i pokaż mi, co mam zrobić»” – opowiada.
Na ile potrafił, wołał o pomoc. Nie ma pojęcia, jak długo przebywał pod gruzami, ale – jak mówi – „wydawało się to wiecznością”. W końcu mężczyzna, który wspiął się na stertę gruzu, pomógł mu się wydostać.

„Cudowny Medalik mnie ocalił”
Galíndez samodzielnie zszedł po pozostałościach zawalonego budynku. Widząc ogrom tragedii, która w ułamku sekundy pochłonęła tysiące istnień ludzkich, jest przekonany, że fakt, iż wyszedł z niej niemal bez szwanku, był cudem. Cud ten przypisuje wstawiennictwu Matki Bożej od Cudownego Medalika, do której od zawsze żywił szczególne nabożeństwo.
„Nosiłem na szyi cienki łańcuszek z krzyżykiem i małym Cudownym Medalikiem. Łańcuszek się zerwał, choć oczywiście wtedy tego nie zauważyłem” – wspomina.
W drodze do swojego domu, który również został całkowicie zniszczony, dwoje młodych ludzi udzieliło mu pierwszej pomocy. Właśnie wtedy wydarzyło się coś, co dla człowieka głębokiej wiary miało ogromne znaczenie.
Poprosił ich, aby schowali jego zegarek do kieszeni spodenek, ponieważ musiał go zdjąć, by unieruchomić złamaną rękę. I wtedy wydarzyło się coś niewytłumaczalnego.
„Miałem na sobie spodenki z małą kieszonką zapinaną na zamek. Gdy do niej zajrzałem – nie pytajcie mnie skąd, nie pytajcie jak – znalazł się tam fragment zerwanego łańcuszka i Cudowny Medalik.”
„Oczywiście powiedziałem temu chłopakowi: «Proszę, schowaj mi także ten medalik, bo to właśnie on mnie ocalił»” – wspomina. „Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.”
Zapytany, czy naprawdę wierzy, że jego życie zostało uratowane dzięki wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny, odpowiedział bez wahania: „Absolutnie. Absolutnie.”
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Caritas Wenezuela: blisko 15 tys. ton pomocy dla 40 tys. osób
Wyjątkowe miejsce na mapie Włoch. Czym tak naprawdę jest Borgo Laudato si?
Nie żyje Maja Gadowska. Miesiąc temu nagrała piosenkę z Łatwogangiem





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny