Fot. Wydawnictwo Czarne

Dlaczego socjalistka została bohaterką? 

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Podczas podróży po Izraelu stanęłam pod dedykowanym jej drzewkiem w Instytucie Yad Vashem. Stoi u wlotu alei poświęconej Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata i jest wyraźnie większe niż pozostałe. Przywołałam wtedy przed oczy obraz starszej pani, która ze skromnością opowiada o bohaterskich czynach i widać, że jej niezręcznie z szumem, który wokół niej powstał. 

Z obiegowym obrazem postaci Ireny Sendlerowej zetknęłam się przy okazji kampanii medialnej wokół amerykańskich uczennic, które przyjechały do bohaterki szkolnego przedstawienia. Potem ruszyła lawina przekazów i informacji: urocza, siwiuteńka pani o rozbrajającym uśmiechu cierpliwie odpowiadała na pytania, spotykała się z różnymi grupami, odbierała nagrody, udzielała wywiadów. Wszyscy dowiedzieli się o wywożeniu z getta dzieci odurzonych środkami nasennymi, o przemycaniu lekarstw i żywności, o fałszywych dokumentach, o ogromnym zagrożeniu i paraliżującym strachu. I o działaniu niemal w pojedynkę, żeby nikogo nie narażać. 

Fot. Wydawnictwo Czarne

Dopiero niedawno sięgnęłam do książki Anny Bikont, głównie w celu poszerzenia i uporządkowania informacji. Tymczasem czekała na mnie konfrontacja z legendą. Wyobrażenia powstałe po kampanii medialnej kazały widzieć w Irenie Sendlerowej samotnego wilka walczącego o ocalenie dzieci. Po lekturze tej książki już wiem, że prawdziwa w tym obrazie jest tylko skala zjawiska – rzeczywiście dzieci, a także dorosłych Żydów uratowanych przez Irenę Sendlerową i jej współpracowników było dużo. A fakt, że ona sama przeżyła, zakrawa na cud. Przecież – zadenuncjowana – trafiła na Pawiak, skąd na ogół się nie wychodziło. Jednak za każdym uratowanym Żydem stoi armia ludzi zaangażowanych w zorganizowanie takiego przedsięwzięcia: właścicieli mieszkań, przewodników, dostarczycieli ubrań i żywności, fałszywych dokumentów, lekarzy czy wreszcie osób, które przekupywały donosicieli bądź nawet samych Niemców. Działanie w pojedynkę było nierealne. 

Anna Bikont nie pozbawiła Ireny Sendlerowej nimbu bohaterki czy osoby dzielnej i szlachetnej. Wypunktowując nieścisłości w jej przekazach pokazała także, skąd mogły się wziąć. To nie tylko wynik kondycji ludzkiego umysłu, który nakłada na siebie fakty, miesza wyobrażenia i życzenia z rzeczywistym przebiegiem zdarzeń, wreszcie na starość zawodzi. To przede wszystkim efekt działalności konspiracyjnej: trzeba było zmieniać imiona, nazwiska, rodziny, życiorysy, adresy, nawet historię przebytych chorób. Dokładnie prowadzona dokumentacja udzielanej pomocy (która się zachowała) również mogła spowodować jakieś nieszczęście w razie wpadki, dlatego w niej znajdują się celowo zamieszczone nieścisłości. Życie w fikcji pomieszanej z poczuciem zagrożenia – to dominujący ton przekazów na temat systemu ratowania Żydów w okupowanej Warszawie.  

Annie Bikont udało się dotrzeć do wielu materiałów źródłowych. Widać w nich bardzo wyraźnie, skąd wzięła się społecznikowska pasja Ireny Sendlerowej, która zaprowadziła ją do „Żegoty” oraz do opracowania i wdrożenia całego systemu i łańcucha ludzi trudniących się ratowaniem Żydów. Przed wojną zaangażowana była w dzieła społeczne prowadzone przez Polską Partię Socjalistyczną. Należy pamiętać, że były to wówczas działania pionierskie: dzieci dożywiano, kobiety alfabetyzowano i wysyłano na kursy zawodowe, przyjezdnych murarzy namawiano na uznanie własnych, nieślubnych dzieci i wzięcie za nie odpowiedzialności. Pomocą obejmowano także Żydów, co niekiedy spotykało się z dezaprobatą. W takiej działalności zanurzona była po uszy studentka polonistyki – tak dalece, że nie udało jej się obronić pracy magisterskiej przed wybuchem wojny. Mit, że była pielęgniarką, runął również. Miała umiejętności pielęgniarskie i opiekuńcze nabyte podczas kursów towarzyszących właśnie tej działalności społecznej. I miała przekonanie, że słabszym należy pomagać, że to po prostu ludzki obowiązek. Oprócz tego była dobrym organizatorem – zachowały się dokumenty i rozliczenia jednostek, w których pracowała i którymi kierowała. Były prowadzone niezwykle pieczołowicie i są dziś kopalnią wiedzy. Trzeba tylko do tej kopalni wejść, wyłuskać z niej to, co ważne, skonfrontować z informacjami z różnych źródeł i wyciągnąć logiczne wnioski. Autorka po raz kolejny udowodniła, że ten warsztat ma opanowany do perfekcji, a Dociekliwość powinna być jej drugim imieniem.

 

Anna Bikont 

Sendlerowa. W ukryciu 

Wydawnictwo Czarne 2017 

 

Zobacz także
Wasze komentarze