Sebastian Szymczak/Misyjne Drogi

Kraina wielkiego nieba. O pewnym kryzysie

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Brakuje mi takiego kina. Proste kadry, krótkie dialogi i emocje. Ogromne emocje. Ponadto historia tak zwykła i powszechna, że chciałoby się powiedzieć, że znana nam wszystkim 

To film o poważnym pożarze, jaki wybuchł w jednej z amerykańskich rodzin. Historia kryzysu małżeństwa swoich rodziców opowiedziana jest oczami 14-latka, Joe. Nie znajdziemy tutaj jednak aktywistów złych ideologii, którzy próbują zniszczyć instytucję rodziny. To kryzys w samym środku egzystencji głównych bohaterów. To kryzys relacji i bliskości.  

To musiał być dobry film. Reżysera, Paula Dano, znam z wielu ról i bardzo odpowiadała mi dotychczas jego wrażliwość aktorska. Nic więcej dziwnego, że  sprawdził się też jako reżyser. Często mówi się, że dobry filmowy reżyser to taki, który ma za sobą doświadczenie aktorskie. Dzięki temu doświadczeniu wie, czego oczekiwać od całej obsady. Niezwykłym atutem filmu Paula Dano jest sama warstwa zdjęciowa. Proste i „ukryte” kadry stają się dodatkowym głosem tego filmu, który w połączeniu z obsadą aktorską: Carey Mulligan (możemy ją kojarzyć m.in. z filmów „Drive” czy „Z dala od zgiełku”), czy Jake’a Gyllenhaala („Donnie Darko”, „Bracia”) daje fenomenalny efekt. Zupełną nowością jest natomiast pierwsza tak duża rola  młodego aktora, Eda Oxenboulda, który stanął na wysokości zadania. Podjął się zagrania trudnej roli zagubionego chłopca, który chce stać się mężczyzną.  

Oglądając poszczególne sceny tego filmu każdy z nas zobaczy coś, co bardzo dobrze zna. „Kraina wielkiego nieba”, to bowiem doskonały portret kryzysu rodziny i małżeństwa. Każda scena i wymiana zdań niesie za sobą skrywane uczucia, które, choć ukryte, są dla nas zrozumiałe.  

Całą historię poznajemy oczami wspomnianego 14-latka, Joe. Z jednej strony to kryzys dziecka, który uwikłany jest w konflikt swoich rodziców i zaczyna dostrzegać, że są oni zwykłymi ludźmi i mają wady i słabości. Z drugiej strony to obraz niedojrzałego małżeństwa, które wciąż się przeprowadza i szuka idealnego domu i pracy.  

Tytułowy kryzys małżeństwa rozpoczyna się (a może zaczyna być widoczny), gdy ojciec rodziny traci pracę i zaczyna szukać nowej. Niestety, poszukiwania są nieudolne. W końcu decyduje się na pracę w lasach, w których w tym czasie panują ogromne pożary. Nic w tym filmie nie jest przypadkowe, wszystko przepełnione jest symbolizmem. Pożar, który trawi las i bezsilność ludzi, którzy chcą go ugasić jest tak wymowny, że nie potrzeba widzowi dodatkowych wyjaśnień ani wątków. Martwy punkt życia bohaterów widoczny jest gołym okiem. 

W tym filmie każdy jest zagubiony. Miesza się tutaj nadzieja i strach, zażenowanie i smutek. To ogromne emocje, które aż krzyczą z delikatnych scen, przepełnionych niezwykłą ciszą.  wiarygodne, chciałoby się nawet powiedzieć, że są  autentyczne (być może dlatego, że znamy je autopsji?). Choć w kilku momentach możemy być  zaskoczeni rozwojem wydarzeń – to wciąż film jest opowieścią snutą z  perspektywy czternastolatka, który szuka punktu odniesienia, ale niestety go nie znajduje. Ani w ojcu, ani w matce.  

Cała produkcja przypomina mi historię ze studium psychologicznego Sama Mendesa pt. „Droga do szczęścia”. Mamy do czynienia z pewnym szaleństwem i desperacką próbą naprawienia tej sytuacji. Okazuje się, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić. 

Sytuacja filmowego małżeństwa i ich syna nie jest wymyślona. Taki kryzys dotyka ok. 40% rodzin na całym świecie. To bardzo ważne i potrzebne kino. 

Zobacz także
Wasze komentarze