chirurg podczas operacji

Pani od serca

16 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Po seansie Harry’ego Pottera w poznańskim Multikinie przysiadła w kucki pod ścianą. Ubrana była ciepło, bo to koniec listopada. A listopad w 2010 r. był chłodny. Miała zaczerwienione oczy, które zakryła szybko dłońmi. Trzymała w ręku komórkę. Po seansie zajrzała do niej odruchowo. Przeczytała SMSa od Tomka, kardiochirurga: Mamy serce dla Justyny. Jedzie.

Jej córka, która znała cała sytuację, studentka architektury, objęła mamę. Odgarnęła jej włosy i mówiła: Mamo, będzie dobrze. Ludzie wychodzący z kina kiwali głowami. Kobieta grubo po czterdziestce, a tak się wkręciła w film. Patrzyli na nią jak na dziwaczkę. Przecież wiadomo, że Harry przeżyje i wygra w drugim odcinku ekranizacji ostatniego tomu powieści. Niezrównoważona emocjonalnie.

Gdy w swoim domu, roześmiana, opowiada tę historię, wygląda jak nastolatka. Pełna zapału. Zastanawiam się, czy te serca jej nie odmładzają. W szpitalu mówią na nią „doktor od serca”, choć na kardiologii w poznańskiej klinice takich doktorów jest ze czterdziestu.

– To normalne, że lekarze tak się zajmują pacjentami? – zapytałem.
– Chyba tak. W Poznaniu od 2010 r., kiedy nam pozwolono, przeszczepiono 36 serc.
Ona zna dokładne daty przeszczepów, imiona, historie rodzinne, ale też te oczekiwania na nowe serce, które się nie udały. Jest z tymi pacjentami na „ty”. Sama nie operuje, ale kwalifikuje ludzi do przeszczepu i zajmuje się nimi po operacji.
– To nienormalne. Dziś nikt tak nie robi – odpowiadam. Słyszę od niej holistycznym podejściu do pacjenta, które dla mnie znaczy tyle, co podejście ludzkie.
– Wiesz, zżywam się z nimi. Troszkę też z nimi umieram i cieszę się z każdego serca, z nowej szansy.
Po tym wyznaniu w pokoju nastaje cisza. Tylko dwie kotki zaczęły szaleć. Jedna wskoczyła na kolumnę, a druga na szafę.
– Może jeszcze herbatki z konfiturą malinową?

***

Czwartek. Jak zawsze przed poradnią transplantacji serca kilka osób. Najpierw spotykam ich przypadkowo. Jestem na wizycie u Ani. Dostaję skierowanie na badania krwi. Wiadomo, w pewnym wieku już trzeba badać poziom cholesterolu. W budynku wiele pomieszczeń. Znajduję laboratorium i dwie panie, które pobierają krew.
– Następny – słyszę i wchodzę. Kobieta koło sześćdziesiątki patrzy na skierowanie i na mnie. Po chwili ponownie na mnie i na skierowanie. Na jej twarzy widać zadumę.
– Taki młody i tak chory.
Uśmiecham się dwuznacznie. Okazało się, że Ania zapomniała przestawić w komputerze nazwę poradni. Zamiast: „Poradnia kardiologiczna” jest „Poradnia transplantacji serca”. Teraz już dla starszej pielęgniarki nie jestem zwykłym pacjentem, ale tym do wymiany serca i tym od Ani. Nie wiem, co jest dla tych pań ważniejsze. Jednak lustrują mnie. Ten uśmiech był dla nich podejrzany. Przecież tak nie zachowuje się pacjent na krawędzi. Ale one wiele już widziały. Ostatecznie nie wyprowadzam ich z błędu. Chcę trochę poczuć, jak to jest być człowiekiem czekającym na transplantację.

Wracam do Ani. Ma dla mnie czas. Najpierw rozmawiamy o wszystkim. O tym, jak u mnie w pracy, jak u niej. Czy córka już zdała egzaminy końcowe na studiach. Pokazuje mi stempel który trzyma na biurku. Na nim napis: „Anna Wielgus, specjalista chorób wewnętrznych, kariolog, transplantolog kliniczny”.
– W końcu się udało – kwituje. „W końcu”, bo transplantologia to dziedzina chirurgów, a internistów traktują tam „per nogam”. Po rozmowie mierzy mi ciśnienie i robi EKG. Wszystko w porządku. Czas, rozmowa i wyniki są ostatecznie dobre. Ciekawe, że gdy robi to pielęgniarka w innym gabinecie, wszystkiego jest za wiele. Nie chodzi tu o względy estetyczne, ale pośpiech, szorstkość i stres.
– Niech szybko wejdzie. Niech się rozbierze. Niech się położy.
Przykleja, a w zasadzie przyssawa odpowiednie chwytaki do ciała i człowiek z głowy. Pewnie nie wie, co to holistyczne podejście do pacjenta, a być może nawet nie zna takiego słowa – myślę. Jestem jednym z około dwustu pacjentów dziennie, którym robi EKG. Nawet chyba nie spogląda na twarz. Zakłada przyssawki. Wyciąga wynik z maszynki. – Gdzie się tak pan spieszy – komentuje wynik. Smaruje mnie jakimś mazidłem do dezynfekcji i koniec.

***

Spotykam się z nimi co jakiś czas, w czwartki. Ja pojawiam się co pół roku, oni częściej. Jakoś się polubiliśmy, a i oni przy mnie czują się raźniej. Dwa lata temu, za Anią, idącą szybko z rozwianymi niczym u nastolatki włosami, weszło do gabinetu trzech chłopaków.

– Ja na bilans trzylatka – krzyczał jeden z daleka. – U mnie, Anka, wszystko dobrze, a żona jest zadowolona z tego mojego serca. Przy okazji mruży oko.
– Z tego jestem zupełnie zadowolona. Dostaję plik recept, a wezwana pielęgniarka po chwili utacza z nas wszystkich krew. Z tego pierwszego chyba cały słoik. Taki duży, jaki miała babcia na kompot. W czwórkę: z Anią i z pielęgniarką szczelnie wypełniamy jej gabinet w piwnicy nieopodal tomografu.
– Będzie czarnina z tej waszej krwi, a z ciebie, Jacku, to nawet na dwa talerze.
Cały dzień był na badaniach. W końcu to trzy lata po przeszczepie. No i sypią się żarty, i to takie męskie. Co kto może z tym nowym sercem. Jest w nich niezwykła witalność i chęć życia. Gęby im się nie zamykają.

Hubert serce nr 2, Mariusz – nr 10 i Jacek – nr 12. Poznali się i polubili na oddziale. Ludzi w takim momencie jednoczy coś, co wspólnie przeżywają. Tym razem była to wspólnota serca, a w zasadzie jego defektu, który skutecznie ich eliminował z życia. Hubert przyjechał na badania z żoną. Trzymali się za ręce. Serce otrzymał w 2010 r. Ma je w sobie od sześciu lat. Na oko ma może z 45 lat. Zadbany, uśmiechnięty, ręce spracowane. Ubrany jest dżinsy i flanelową koszulę w kratę. Z zawodu jest mechanikiem. Opowiada o tym, że niedowierzał, że będzie miał szanse na życie. W zasadzie czekał na śmierć. Chyba nawet ją zaakceptował, o ile można zaakceptować coś takiego. Potem operacja. Najtrudniej mu było, kiedy jechał na sam zabieg wszczepienia serca. To tak, jakby na nowo się narodzić. Jest mechanikiem. Najbardziej boi się nowotworu.
Jacek – nr 10 – ma nowe serce ma od trzech lat. Widać w nim biznesmena, który co chwilę odbiera telefony. Prowadzi aktywny tryb życia: biega, czasem pójdzie na siłownię. W tym prowadzeniu biznesu, w rozmowach, słychać pokorę. Może bardziej rozumie to, że czegoś nie można albo ktoś czegoś nie potrafi. Ma trójkę dzieci.
Najbardziej z nich wszystkich martwi się o siebie Jacek nr 12. Jest z nich najmłodszy. Ma może 35 lat. Na twarzy ma maseczkę. Zakłada ją do szpitala. Wiadomo, są tu najgorsze mikroby i można najszybciej zachorować. Widział wiele trudnych, poprzeszczepowych zakażeń szpitalnych. Kończyły się szybko i źle. Bardzo źle. Rozmawiają o żonach, dzieciach, pracy, czasem nowych sercach, których częstotliwość bicia ich zaskakuje, bo nie zawsze uda się je wyregulować jak trzeba. Jak mówią, czasem też myślą o tych, dzięki którym żyją. Po badaniach umawiają się na piwo na mieście.

***

W końcu udaje mi się dostać do Ani. I to nie w szpitalu, ale w domu na poznańskiej Łacinie. Zadbany domek jednorodzinny, w którym czuć wiele ciepła. Na przywitanie z uśmiechem wyciąga długą dłoń. Może to nieważny szczegół, ale jest bardzo wysoka. Przynosi czarną herbatę wymieszaną z Earl Greyem, taką bo ponoć sama Earl Grey jest za słodka. Nakłada mi galaretkę z domowych, ekologicznych malin i bitą śmietanę. Oczywiście tę dietetyczną.
– Dokładki są przewidziane.
– Bitą śmietanę jem tylko z kardiologiem.
Uśmiechnęła się do mnie, spoglądając badawczo w twarz.

– Zostałam lekarzem przez przypadek. Przez czysty przypadek. Całe liceum chciałam być architektem. Z Mają, moją koleżanką, znamy się od czasów szkoły podstawowej. Ona pięknie malowała. Ona kończyła architekturę, a ja byłam w trzeciej czy czwartej klasie liceum. Byłam na etapie: chcę być jak… Chciałam być jak Maja. Gdy zobaczyłam jej pracę, rysunki, stwierdziłam, że w życiu nie dam rady być jak ona. Nie dam rady się tam pchać i koniec. Trzeba było wybrać coś innego. Najpierw myślałam o konserwacji zabytków. W tamtych czasach – stan wojenny – ten kierunek studiów był jedynie w Toruniu. Rodzice powiedzieli wychowawczo, że mam stuknąć się w głowę. I tak wyszła ta medycyna. Nie z wielkiego powołania, a chyba bardziej z racjonalnej decyzji. Na roku było nas ze 320 osób – opowiada.

Po domu chodzą koty. Jeden z nich podchodzi do mnie. Mruczy, przeciąga się, wymusza pieszczoty. Co jakiś czas zagląda mi na talerz. Gdy właścicielka nie widzi, w tajemnicy przed nią spycham go ze stołu. Jakoś nie lubię, gdy zwierzę zagląda mi w talerz. Choć bardzo lubię koty, a one mnie chyba też. Widać, że są rasowe.
– To Zarja, choć mówimy na nią Zara. To kot-uchodźca. To nazwa wioski w Afryce, gdzie jest bardzo biednie. Okolice Angoli czy Rwandy. To tam kobiety mają kardiopatię połogową, czyli choroby serca pojawiające się po narodzinach dziecka. Mówimy na to: „zaria syndrome”. Drugi kot to Erytrea. To trudne imię do używana na co dzień. Skróciłam to złośliwie do Eri –tak mówi się, gdy w stymulatorze trzeba wymienić baterię. Ta kotka nazywana jest jeszcze przez nas „Pimpusią sadełko”, bo jest wiecznie głodna i mocno otłuszczona jak na kota kardiologa. W czasie rozmowy Ania co chwilę wstaje i otwiera lub zamyka drzwi na balkon lub specjalny tunel dla kota.

Pytam o specjalizację. Skąd taki pomysł?

– Choroby wewnętrzne, bo najpierw je trzeba było zgłębić. Zainteresowały mnie dlatego , że lubiłam wiele rozumieć. Na drugim roku mieliśmy zajęcia z elektrofizjologii, gdzie strasznie mętnie wyjaśniono nam zapis EKG. Zaczęłam więc się dokształcać, czytać. To mnie po prostu mocno ciekawiło. Po trzecim roku chodziłam na oddział jako wolontariuszka-studentka, w trakcie ostrych dyżurów. To do nas zwożono zawałowców, i nie tylko, z całego Poznania. Potem były studenckie koła naukowe. Pisałam pracę o migotaniu przedsionków serca po naprawie wad zastawkowych i reakcjach na używanie różnych leków: który jest najskuteczniejszy i powoduje najdłuższy rytm zatokowy. Potem były wystąpienia na konferencjach dla studentów czy nawet dla kardiologów. Dyplom był rzeczywiście z wyróżnieniem. Prof. Jasiński przyjął mnie na specjalizację i asystenturę na oddziale chorób wewnętrznych. Potem była podspecjalizacja, czyli kardiologia, doktorat, a teraz transplantologia.

***

– Ostatni przeszczep – 36. – odbył się miesiąc temu i idzie nam z nim strasznie. Co się polepszy, to się pogorszy. Na liście pilnej jest 10 pacjentów, z których jeden jest podłączony do komór zewnętrznych. Teraz jest najwyższa pora, aby go przeszczepić. Miał straszliwe obrzęki nóg, brzucha. Z tym urządzeniem jest w stanie chodzić, ale musi mieć dwóch ludzi, którzy mu pomagają– opowiada, gdy pytam o transplantację.
Skąd pomysł na przeszczepy? Kasy z tego nie ma, a prof. Stefan Grajek, szef kliniki, w którymś z wywiadów powiedział, że chodzi o dostępność do tej procedury, ale i o prestiż, że klinika w Poznaniu stała się jednym z pięciu ośrodków, w których robi się takie rzeczy. Oprócz tego jest jeszcze Gdańsk, Warszawa, Kraków, Zabrze. Klinikę prof. Dziatkowiaka z Krakowa i Warszawy zniszczył Ziobro i po tej akcji liczba przeszczepów serca zmniejszyła się.
– Nie za mało tych ośrodków? Pewnie Lublin, Szczecin, Bydgoszcz też by chciały.
– Nie może być więcej ośrodków. Chodzi o wprawę techniczną w operowaniu i zajmowaniu się tymi pacjentami. Ważna jest też akceptacja społeczna metody. Na terenach wschodnich jest bardzo mało dawców i dlatego nie ma szans na przeszczepy serca w Lublinie. Po prostu nie mieliby skąd brać serc do tych przeszczepów. Wschód jest bardziej katolicki, neguje bardziej śmierć mózgu i utożsamia śmierć ze śmiercią serca. Serce, które się zatrzymało, nie nadaje się do przeszczepu, choć podejmuje się takie próby w Australii i Wielkiej Brytanii. Jednak ta metoda ma o wielu więcej przeciwników. Chodzi nie tyle o zapis EEG, ale o wykazanie, że nie ma odżywiania mózgu przez krew. Kiedy krew nie płynie przez mózg od jakiegoś czasu, to wiadomo, że on nie żyje.

– Nie mamy serc tylko z naszego regionu. Tak jest najczęściej w przypadku nerek. Jeśli chodzi o serce, to jest centralny rejestr dawców. Patrzą na listę pacjentów zgłoszonych „w trybie pilnym”. Bardzo często nasze serca lecą do Zabrza czy do Warszawy. My korzystamy z samolotów wojska i jednej firmy prywatnej. Najlepiej ma Gdańsk, bo korzysta z pomocy ratowników morskich. Już bywało tak, że myśmy nie mogli skorzystać z naszych śmigłowców przez niepogodę, a oni przylecieli. Mogą latać praktycznie w każdych warunkach. Ich „Anakonda” dała sobie radę. Najwięcej serc mamy z Gorzowa i Szczecina. Stamtąd daleko jest do Krakowa, Zabrza czy Warszawy. Gdyby nie było nikogo w „trybie pilnym”, to wówczas serce bierze ośrodek z danego terenu. Na 32 wszczepione serca dwa pochodzą z normalnej listy oczekujących. Już 12 z tych osób nie żyje: zapalenie płuc, oskrzeli, sepsa to najczęstsze powikłania po przeszczepie serca. Na stole operacyjnym i z powodu odrzutu nikt nam nie zmarł. Zajmuję się tymi osobami i trzema z innych ośrodków. Gdy idzie wszystko dobrze, to w trzecim, czwartym tygodniu po operacji wychodzą do domu.

***

Lekarz
– Widziałem twoje relacje z nimi. Nie były to klasyczne relacje pacjent-lekarz.
– Oni muszą ze mną współpracować. Im za niesubordynację w leczeniu grozi znacznie więcej. Znam ich i ich najbliższych. Mają moją komórkę. Łapią grypę i ich lekarz rodzinny, lekarz ze szpitalnego oddziału ratunkowego panikuje. Bywa, że dzwonią w nocy.
– Odbierasz?
– A co mam robić? Chodzi o holistyczną opiekę. Całościową. Mamy ich na tyle mało, że staramy się to robić. Nie zawsze to się kończy hospitalizacją. Pytają o to, jakie leki mogą zastosować.
– Jesteś taką trochę „matką Polką”;
– Trochę tak. Zresztą jak oni u nas leżą miesiącami, to po prostu się zżywasz. Rozmawiasz o zwykłych, codziennych rzeczach. Zresztą mam bardzo tolerancyjnego męża. W domu mam zakaz narzekania na pacjentów, a do tego mąż mnie dopinguje: odbierz telefon, może to naprawdę jest ważne. Może coś się dzieje. Paweł Baszyński powinien być rzecznikiem praw pacjenta. Czasem też jadę wyłączyć kardiowerter przed przeszczepem.

***

Wracam do poradni. Spotykam moich trzech przeszczepowców. Huberta nr 2, Mariusza nr 10 i Jacka nr 12. Z daleka machają mi na przywitanie. Potem silny uścisk dłoni. Tym sprawdza mnie Jacek.
– Jak wróciłem po trzech miesiącach to i żona była zadowolona – Hubert ponownie chwali się potencją. Tajemnicą tego stanu jest viagra. Jednak tu jej zadanie jest inne: skutecznie obniża nadciśnienie płucne, które wyklucza wykonanie przeszczepu.
– Widzę, że to dobrze działa antydepresyjnie. Na kobiety i na mężczyzn. Teoretycznie po przeszczepie po kilku tygodniach powinniśmy się wycofać z tego leczenia, ale bywa tak, że pacjenci nie chcą.
– Pani doktor, czy na pewno musisz mi to zabrać – zapytał Hubert. Rozmawiają ze sobą. Wspominają szczególnie tych, którzy nie doczekali przeszczepu bądź po nim odeszli. Jednak jakoś inaczej. Jakby mieli wkalkulowane, że ich to też może czekać w każdej chwili.

***

– Widzę, że się angażujesz, będąc przy pacjentach.
– Gdyby dziś była II wojna światowa, to chyba bym jak Korczak poszła z tymi dziećmi do tych komór.
– Niektórzy lekarze zakładają skorupę. Każda śmierć boli. U kardiologów to jest maska, aby pokazać, że to nie boli. Na medycynę w większości idą ludzie wrażliwi. Prof. Stefan Grajek strasznie przeżywa śmierć każdego.

– Była taka książka „Komu bije dzwon”, Hemingwaya, gdzie we wstępie zacytowano angielskiego filozofa z XVII w., J. Donne’a. W oryginale jest to napisane pięknym staroangielskim: „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie” – recytuje z pamięci Ania. Jedziemy na tym samym wózku. Ukazywanie „ludzkiej twarzy” jest imperatywem w stosunku do pacjentów. Chciałbym, być tak samo traktowana ja czy moi najbliżsi – kontynuuje.

***

Poznańscy przeszczepowcy są zorganizowani doskonale. Mają spotkania kilka razy w roku: na święta, a czasem na majówkę i jesienią. Zupełnie na luzie. To tradycja „przeszczepiona” z Zabrza. Tam organizowano rajdy rowerowe z Zabrza do Krakowa. Na tych spotkaniach czytamy listę obecności, a przy tych osobach, których już nie ma, zapada cisza. To taki moment mocnego przejęcia. Mnie przechodzą ciarki po plecach. Żywi są wyrzutem dla śmierci, że jej zostali odebrani.

– Widziałaś puste miejsce po wycięciu serca?
– Widziałam i nie dostrzegam w nim jakiegoś szczególnego poruszenia.
– Dla mnie to musi być kapitalne przeżycie. Pusta dziura w klatce piersiowej.
– Specyficznym czasem jest moment, kiedy starego serca nie ma, a nowego jeszcze nie ma. To są cztery godziny, od chwili zaciśnięcia tętnic do jego przyszycia w nowym człowieku. Samo szycie zabiera około godziny. Zatem operacje zaczyna się jeszcze w tym momencie, w którym fizycznie nie ma jeszcze serca w Poznaniu. Na transport mamy trzy godziny. Operację zaczyna się w momencie, w którym serce jest zaakceptowane u dawcy, po otwarciu klatki piersiowej i brzucha, i zatwierdzona procedura w Poltransplancie. Wrażenie robi też moment, kiedy wkłada się te małe łopatki i serce rusza. Jeszcze większe jest wówczas, kiedy serce pod wpływem ogrzania, chociażby na ciepłej ręce, samo zaczyna bić.

Czasem w ostatnim momencie następuje dyskwalifikacja dawcy, np. zauważalne są guzki nowotworowe. To też tragedia tych ludzi. To serce było dla 34-letniego zawałowca: gdy się wybudził, a był bez nowego serca, wpadł w panikę. Na szczęście serce znalazło się za dwa miesiące. Gdy chorzy przeżyją pierwszy czas po przeszczepie, jest już dobrze. Kolejny trudny czas dla nich jest 15–20 lat po przeszczepie. Ludzie umierają wówczas na choroby nowotworowe. To wina leków immunosupresyjnych. Wątroba, nerki, trzustka nie wytrzymują.

– Jak reagują na informację, że jest dla nich serce? – pytam, spoglądając Ani w oczy.
– Telefon. I jadą do szpitala. Muszą być gotowi, bo „nie znają dnia ani godziny”. Jedzie po nich karetka. Najczęstszą reakcją jest płacz, bo czekają długo. Jacek na listę pilnych biorców został zakwalifikowany 23 grudnia, a przeszczep miał 29 grudnia. To był dla niego szok i niedowierzanie.
– Adam miał telefon1 kwietnia. Myślał, że ktoś robi sobie głupi żart. Potem dopiero do niego dotarło, że jednak to prawda.
– Iwonka miała 24 lata, dziecko. Łukasz chciał się z nią ożenić, bo gdyby coś się jej stało, miałby prawo do ich wspólnego dziecka. Na 12 listopada wyznaczona była data ślubu, a piątego miała przeszczep. Ufryzowana jechała na ten przeszczep. Tak ładnej dziewczyny na stole operacyjnej dawno nie wiedziałam – podsumowała pani doktor.
Ślubu nie było. A teraz Iwonka żartuje, że ma serce od chłopaka i zastanawia się, czy zgodnie z zasadami Kościoła by mogła wyjść za mąż. Czasem podajemy imiona dawców serca, aby było można zamówić za nich Mszę św. Jest szczęście, dużo strachu, euforia. Bez wątpienia potrzebna jest wola życia. Muszą wiedzieć dlaczego i po co chcą żyć – kończy.

***

Rozmawiamy długo. Już prawie północ. Ktoś dzwoni. Widać, że sytuacja trudna, bo to telefon z SORu. Wychodzę. Ania ratuje kolejne serce.
Marcin Wrzos OMI

______________
*Imiona i nazwiska na potrzeby portalu zostały zmienione

Pani od serca
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze