Fot. Autorstwa Netflix – Netflix, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=50284157
Skończyła się pewna epoka w historii telewizji [STRANGER THINGS]
1 stycznia miało miejsce ważne wydarzenie w historii telewizji i streamingu. Tego dnia premierę miał ostatni, finałowy odcinek serialu „Stranger things”. Można mieć różne opinie i zdania o nim, i o całym finałowym sezonie produkcji Netflixa. Nie zmienia to jednak faktu, że skończyła się pewna epoka – przynajmniej dla świata telewizyjno-streamingowego.
„Stranger things” był i jest nadal fenomenem popkulturowym. Serial, który swoją premierę miał w 2016 r., zyskał ogromną popularność. To w dużej mierze dzięki niemu Netflix tak mocno wybił się jako jeden z najmocniejszych, o ile nie najmocniejszy, graczy na rynku streamingowym. Produkcja przyciągnęła przed ekrany z jednej strony osoby tęskniące za latami 80., a z drugiej – młode pokolenie, zainteresowane tym, jak było dawniej. Bo serial ten pozwala widzom na sentymentalną podróż do prowincjonalnej Ameryki lat 80. Jest pastiszem produkcji z tamtych lat – zwłaszcza tych mrocznych, horrorów itp.
Przede wszystkim przygoda
Gdy oglądałem pierwszy, ten najbardziej „kanoniczny” sezon „Stranger things”, to miałem wrażenie, że śledzę nie jeden, a trzy seriale. Równolegle toczyła się bowiem akcja z udziałem (wówczas) dzieci, nastolatków i dorosłych. Mieliśmy kino familijne, kino dla młodych dorosłych i kino dla typowo dojrzałych widzów. Ten podział zacząć się zacierać w kolejnych sezonach, dając nam bardzo różne układy postaci, ale od początku ukształtował to, dla kogo jest „Stranger things”. A jest – po prostu dla wszystkich. W koncepcie braci Duffer każdy może odnaleźć coś dla siebie, i to właśnie jest najmocniejszy element tego serialu. Bo nawet jeśli jakiś wątek interesuje nas mniej, to z wypiekami na twarzy śledzimy jakiś inny. Pod tym względem to serial skrojony na miarę, pod wymagania współczesnego widza. Nie ma co się nawet bać słowa „horror”, które używane było zwłaszcza w opisach pierwszego sezonu (sam nie jestem wielbicielem filmów grozy). Otóż, strasznych momentów tu naprawdę nie ma tak wiele. Prawie wcale ich nie ma. A jeśli ktoś nie lubi klimatu grozy i potworów – to proszę bardzo, może skupić się na śledzeniu wątków bardziej obyczajowych. Bo przecież i tych nie brakuje. Najwięcej tu zresztą po prostu szeroko rozumianej przygody. I właśnie chyba tak najlepiej podejść do tego serialu – jak do dobrej produkcji przygodowej, która łączy w sobie wiele bardzo różnych gatunków i retro klimat lat 80.
Polubicie te dzieciaki
Nie polecam oglądania sezonu finałowego tym, którzy nie widzieli poprzednich – to mija się z celem. Jeśli nie kojarzycie jeszcze „Stranger things”, to koniecznie zacznijcie od pierwszego sezonu i prześledźcie, jak potoczyła się przez te 10 lat historia Hawkins (miasteczko jest tu swoistym bohaterem) i jego mieszkańców. Zwłaszcza dzieciaków, bo to ich tak pokochali widzowie. Najmłodsi aktorzy urzekają widzów od pierwszego sezonu – swoja naturalnością, entuzjazmem i tym, jak łatwo weszli w role nastolatków żyjących w czasach, kiedy dorastali ich rodzice lub dziadkowie. I ci najmłodsi bohaterowie, dzieciaki, dorastają na oczach widzów (nawet trochę za bardzo „dorastają” – w serialu minęło mniej lat niż w rzeczywistości, więc w ostatnim sezonie są już nadzwyczaj dojrzali – grają przecież młodszych od siebie bohaterów). Ale jeśli znacie wcześniejsze odsłony, to zobaczcie i tę najnowszą. Przede wszystkim po to, by domknąć historię Hawkins i Drugiej Strony. Nawet jeśli Wasze wrażenia mogą być różne. Bo ostatni sezon zbiera bardzo skrajne opinie – od tych hurraoptymistycznych, aż po poczucie zawodu. Nie ukrywam, że sam czuję się trochę zawiedziony. Chyba liczyłem na więcej, mocniej i bardziej zaskakująco. Tymczasem – było bardzo zachowawczo. Kolejny akapit może mieć lekko spoilerowy charakter – więc czytacie na własną odpowiedzialność.
Czuję lekki zawód
Ostatni sezon wiele widzom wyjaśnił – przede wszystkim to, czym jest tajemnicza Druga Strona. I pozwolił naszym bohaterom ostatecznie rozprawić się z ich głównym wrogiem –Vecną i innymi złymi mocami związanymi z Drugą Stroną. Rozwiązania, po które sięgnęli twórcy okazały się jednak bardzo zachowawcze. Wielu widzów, w tym ja, liczyło, że będziemy zaskoczeni, że w finale twist będzie gonił twist. Tymczasem scenariusz poszedł praktycznie tropem najpopularniejszych teorii fanowskich – mało było elementów naprawdę zaskakujących. A zwrotów akcji, po których można by było powiedzieć „wow” nie było wcale. Owszem, dziwne byłoby, gdyby ta historia zakończyła się źle – happy endu należało się spodziewać. Myślałem jednak, że będzie to jednak bardziej gorzki happy end. Spodziewałem się, że bohaterowie będą musieli więcej poświęcić, by ostatecznie wygrać. Nie ukrywam, że zakładałem, że będzie więcej ofiar. Tymczasem, nawet ta śmierć, która spotkała bohaterów – byłą tą, której najbardziej się spodziewano. Od miesięcy śmierć (tu zamilczę, by nie zdradzać jednak, kto umarł) była typowana przez wielu fanów serialu. Czuję niedosyt. Wiem, że to nadal jest bardzo dobry serial na światowym poziomie. I gdybym znał tylko sezon piąty, finałowy, to pewnie byłbym bardzo zachwycony. Bo realizacyjnie to naprawdę robi wrażenie. A jednak, jako widz śledzący tę historię od początku – czegoś mi zabrakło. Nie wciągnąłem się tak bardzo, jak wcześniej. Choć były i bardzo mocne strony tego sezonu – zwłaszcza wątek Max (Sadie Sink) i Holly (Nelly Fischer). Te dwie bohaterki wybiły się na tle całości – i uważam, że to właśnie Sink i Fischer ciągną finał „Stranger things” w górę. Jeszcze nie raz usłyszymy o tych młodych aktorkach. Na pewno wizualnie finał sezonu – i serialu – był na wysokim poziomie. Ale to akurat znak rozpoznawczy całej serii, i nie spodziewałem się, żeby to nagle miało się zmienić. Mroczność Drugiej Strony i Otchłani hipnotyzuje widzów – i chyba o to chodzi. Tak samo świetna jest warstwa muzyczna, w której znów nie brakuje sentymentalnych powrotów do lat 80., ale i współczesnych utworów. Jeden z nich skomponowany został przez Polaka.
Złapany na przynętę
Urodziłem się w 1986 r. Rzeczywistość lat 80. pamiętam więc jak przez mgłę, bliższe są mi lata 90. Choć w Polsce było oczywiście inaczej niż w Stanach – przez PRL – więc myślę, że nasze lata 90. trochę przypominały te 80. z Ameryki. Dlatego czuję się trochę beneficjentem sentymentu, na bazie którego powstało „Stranger things”. Jestem jednym z tych, którzy złapali się na tę „przynętę” – i tego nie żałuję. Co roku w okolicach Bożego Narodzenia oglądam różne filmy świąteczne. Wiele z nich jest bardzo fajnych, ale żaden nowy nie bawi mnie tak bardzo jak „W krzywym zwierciadle: witaj święty Mikołaju”. To familijna komedia z – a jakże – lat 80. Dokładnie z 1989 roku. Z tęsknotą patrzy się na różne produkcje z ostatnich lat przed internetową rewolucją. Z lat, kiedy jeszcze bardziej żyliśmy analogowo niż cyfrowo. I takie są też dzieciaki z Hawkins. One żyją w świecie, którego już nie ma. W świecie, w którym zabawa – przygoda – na dworze z kolegami stanowiła clou dnia. W świecie, w którym wyobraźnia znaczyła znacznie więcej niż dzisiaj. Zobaczcie, jak młodzi bohaterowie angażują się w gry typu LARP. Tworzą całą narrację, rozwijają fabułę i w ogóle nie potrzebują do tego komputera (tym bardziej internetu). Seriale i filmy takie jak „Stranger things” poruszają w nas chyba bardzo czułą strunę – tęsknotę za latami, gdy ludzie byli zwyczajnie bliżej siebie. Owszem, dzięki internetowi łatwiej teraz utrzymywać relacje z całym światem, możemy non stop być w kontakcie ze znajomymi nawet na drugiej półkuli. Ale przy tej okazji ucierpiały nasze bliższe relacje – z przyjaciółmi, znajomymi, z rodziną. Z ludźmi bliskimi często spędzamy teraz mniej czasu. Rzadziej wychodzimy, rozmawiamy, spędzamy czas, „robimy rzeczy”. Więcej jest nas w świecie cyfrowym. Bo zobaczcie, nawet gdy spotykamy się z innymi – to mamy trudność z odstawieniem smartfona na bok. I w tej rzeczywistości dostaliśmy 10 lat temu serial jak z dawnej epoki. Produkcję wciągającą fabularnie, z potworami, przygodami i ciekawie napisanymi bohaterami. Ale przede wszystkim – produkcję sentymentalną, która choć na chwilę pozwala nam przenieść się w czasie do lat minionych. To najbardziej cenię w serialu braci Duffer.
Zaczyna się nowa epoka
Na zakończenie wróćmy do tego, że to też koniec pewnej epoki. Tak, te 10 lat to dla popkultury bardzo ważny czas. To przede wszystkim kres dominacji telewizji linearnej. Dzięki „Stranger things”, ale też wielu innym produkcjom Netflixa i innych platform, znaczenie streamingu znacznie wzrosło. I wzrasta nadal – coraz bardziej wypierając klasyczną telewizję. Owszem, ona nie zniknie – ale na pewno nie będzie już tak chętnie oglądana. Nawet w Polsce 20 czy 10 lat temu oglądalność klasycznej telewizji była wyższa niż dzisiaj. A oglądalność streamingu rośnie. Ba, nawet programy, które z łatwością można zobaczyć w telewizji linearnej – wielu z nas ogląda w internecie. Bo przecież tam nie muszę czekać na godzinę emisji, żeby coś zobaczyć – mogę zrobić to wtedy, gdy mam akurat czas. W latach 80., w których dzieje się akcja „Stranger things”, królowała klasyczna telewizja. I choć to może zabrzmieć paradoksalnie, to myślę, że koniec serialu powstałego z sentymentu do tamtych czasów – jest też zamknięciem na dobre królowania klasycznej telewizji. Nadszedł czas po „Stranger things”, epoka streamingu zaczęła się na dobre.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Film o Sercu Jezusa może otrzymać nominacje do francuskiego Oscara
Hollywood współpracuje z Watykanem – powstaje film o grobie św. Piotra
Papież spotkał się Roberto Benignim. Wspólnie obejrzeli jego nowy film „Piotr, człowiek na wietrze”






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny