Trzy billboardy ludzkiej słabości

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, to film, który trzeba obejrzeć z wielu powodów. Z pozoru czarna komedia staje się poważnym dramatem opowiadającym o ludzkich zmaganiach pomiędzy szukaniem prawdy a odkrywaniem zła. 

Nie jestem na bieżąco z hollywoodzkimi nowościami i przyznaję, że dopiero niedawno udało mi się obejrzeć obsypany nagrodami i nominacjami film Martina McDonagha. Nie liczyłam na arcydzieło, jednak ta produkcja swoją niezwykle złożoną i jednocześnie zwyczajną historią otworzyła we mnie wiele szufladek, które od jakiegoś czasu były pozamykane.  

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to film, który zebrał już wiele recenzji, a krytycy filmowi, analizując film pod wieloma kątami, wciąż nie mogą wyjść z zachwytu. Nie zdradzając zakończenia, historia rozpoczyna się od momentu, w którym samotna matka (w tej roli absolutnie genialna Frances McDormand), po nierozstrzygniętym śledztwie w sprawie zabójstwa swojej córki, postanawia rozstawić trzy bilboardy, na których zadaje prowokacyjne pytania. Za brak ujęcia zabójcy, obarcza winą miejscowego szeryfa, który bezsilny brakiem dowodów – nie może w tej sprawie nic zrobić. Sprawa bilboardów zaczyna jednak reakcję łańcuchową, której główna bohaterka nie była z początku w stanie przewidzieć. 

Jedni mogą powiedzieć, że film ten jest współczesnym westernem, inni, że czarną komedią. Ostatecznie jednak trudno zamknąć całą tę historię w jednym stylu, ponieważ McDonagh umiejętnie przechodzi z jednej formy do drugiej, tworząc holistyczną opowieść o człowieku, jego ograniczeniach i próbie walki ze złem. Jakkolwiek jednak wyświechtana jest ta filmowa śpiewka, chciałabym zwrócić uwagę na aspekt, który moim zdaniem zamyka klamrę wszystkich wydarzeń w tytułowym Ebbing.

Rachel Reiland napisała kiedyś w swojej książce:  

Ponieważ wszyscy pochodzimy od Adama i Ewy, jesteśmy ze sobą powiązani niczym rodzina. Jeśli kogoś krzywdzimy, krzywda nie zatrzymuje się na tej osobie, ale idzie dalej. Ból łatwo się rozprzestrzenia („Uratuj mnie. Opowieść o złym życiu i dobrym psychoterapeucie”). 

Ten cytat oddaje istotę problematyki głównego wątku filmu, jaką jest po prostu… grzech pierworodny. Trudno znaleźć odpowiednią definicję tego, czym naprawdę był czyn Adama i Ewy, a mimo tego każdy z nas doświadcza jego konsekwencji w codziennym życiu. Objawia się to tym, że choć tego nie chcemy, nie jesteśmy doskonali. Niektóre czyny, a szczególnie grzechy rzutują na kolejnych ludzi, zbiorowości czy nawet pokolenia. Główna bohaterka, Mildred Hayes, zawiedziona brakiem reakcji na tragedię jej córki i przemoc, której doznała, sama wpada w jej pułapkę, w której szukając sprawców – rani innych. Tak jak konsekwencje grzechu pierworodnego rozprzestrzeniają się na wszystkich ludzi, tak samo konsekwencje naszego grzechu nie dotyczą tylko nas. O ile pierwszy grzech jest odziedziczony, a drugi jest wynikiem naszego postępowania – oba ich skutki są w gruncie rzeczy podobne. Zło rodzi zło, a konsekwencje grzechu są o wiele poważniejsze niż nam się wydaje.  

Na szczęście nie jest to główne przesłanie filmu. Drugoplanowa rola oficera Dixona w pełni zasłużyła na Oscara, pokazując, że źli ludzie są tak naprawdę skrzywdzeni tym, że nie doświadczyli dobra i że warto im dać drugą szansę. Swoiste „nawrócenie” Dixona i scena rozmowy telefonicznej z Mildred z kilku powodów, wywołała u mnie ciarki na plecach. Martin McDonaghs demaskuje wiele motywów ludzkiego działania, nie odsłaniając jednocześnie wszystkich kart. Traktuje widza z szacunkiem: z jednej strony nie narzuca swojej interpretacji, ale z drugiej wiernie opowiada o meandrach ludzkiej słabości.  

Trzy billboardy ludzkiej słabości
6 (100%) 3 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze