fot. unsplash

Straciłem zdjęcia z wakacji. Zyskałem coś równie cennego

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Żyjemy w kulturze obrazkowej. Nie masz czegoś na zdjęciu? To tak, jakbyś tego w ogóle nie miał. Zamiast napisanego słowa, wyrażenia – emotikon. Krócej, szybciej, łatwiej, ale czy lepiej? Obrazki ogarnęły (może już przejęły?) naszą kulturę komunikacji. To prawda, którą znamy nie od dziś i nie odkrywam w tej chwili Ameryki. Ostatnio odkryłem ją jednak, dość dobitnie na własnej skórze. Z wakacji wróciłem z pięknymi zdjęciami (z Madrytu i z polskich gór). Krótko się nimi cieszyłem, bo szybko te zdjęcia straciłem. 

Zdjęcie: wschód słońca nad Nową Zelandią, styczeń 2019, fot. Maciej Kluczka, misyjne.pl

Straciłem przez własną głupotę i przez niedbalstwo. Wybierając się w małą podróż pociągiem wziąłem ze sobą kartę pamięci do aparatu, ale bez samego aparatu. Kartę (i zapisane na niej zdjęcia) potrzebowałem do przygotowania artykułu dla naszego portalu. Postanowiłem więc włożyć kartę do portfela. Będzie przecież lżej, mniej bagażu, a z portfela karta nie wypadnie. Pomyliłem się. Karta z portfela wypadła – a wraz z nią moje zdjęcia. Te podróżnicze, typowo prywatne, i te, którymi chciałem podzielić się w dziennikarskiej działalności.  

fot. unsplash

Na własne życzenie  

Cała sytuacja (i związany z nią ból) spotkała mnie na moje własne życzenie. Mogłem przecież włożyć kartę pamięci w bardziej bezpiecznie miejsce, mogłem też przerzucić potrzebne zdjęcia na komputer i dzięki temu nie jeździć z kartą, którą łatwo stracić. Ale co zrobić – stało się. Sprawdziłem wszystkie miejsca, gdzie mogłem ją jeszcze odnaleźć. Odmówiłem nie jedną modlitwę z prośbą o wstawiennictwo niezawodnego w tych sprawach świętego Antoniego. Tym razem – tu się lekko uśmiecham – postanowił mi dać nauczkę: „o ważne rzeczy trzeba dbać”. No cóż, musiałem tę stratę przeżyć. A bolała, i to bardzo. Z Madrytu przyjechałem ze zdjęciami między innymi z miejscowości XX – to piękna, górska mieścina, w której zobaczyć można wielki monaster, a w nim zwalającą z nóg pięknem i wielkością) bazylikę. Jaka była moja radość, że mogłem tam być. Tym bardziej więc chciałem podzielić się relacją z tego miejsca z Czytelnikami misyjne.pl (co i tak zrobię, obiecuję, bo miejsce tego warte!).

Zdjęcie: podróże małe i duże, fot. Maciej Kluczka

Strata, którą trzeba przetrawić  

Cała sytuacja uświadomiła mi jednak coś bardzo istotnego, może niezwykle przydatnego na kolejne wyprawy. Ze zdjęciami muszę się niestety pożegnać, ale zacząłem sobie przypominać kolejne miejsca, w których byłem. Malowałem je sobie w głowie. Szybko doszedłem do wniosku, że lepiej, wyraźniej i dokładniej pamiętam te, w których zatrzymałem się na dłużej, przy których pozwoliłem sobie na dłuższą refleksję, po prostu – na bycie, a nie tylko „zaliczenie” (niczym na liście „have to be”). Często przecież w czasie wycieczek i zwiedzania spotyka nas taki przymus, by zobaczyć jak najwięcej, by zrobić wszędzie zdjęcie (najlepiej i miejscu i sobie w tym miejscu), prawda? Pędzimy więc i dokumentujemy miejsca i naszą obecność w nich. A czy naprawdę tam byliśmy? Czy pozwoliliśmy sobie spojrzeć wtedy w niebo? Czy zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy dłużej na mijaną przez nas kamienicę? A może zamiast przeglądać zdjęcia w aparacie czy telefonie pozwoliliśmy sobie na pobyt w kawiarni i uśmiechnięcie się do miejscowego pana, który przyszedł na poranną kawę? 

fot. unsplash

Być a mieć  

Te rozmyślania (okupione oczywiście bólem za straconymi zdjęciami – bo nadal uważam, że fotografie to naprawdę dobra pamiątka, lepsza niż wiele suwenirów) doprowadziły mnie do kolejnego wniosku: możemy wiele stracić, możemy coś zgubić, możemy paść ofiarą kradzieży. Jedno jednak zostaje w nas bez względu na wszystko – to uczucia, wspomnienia, przeżycia, wszystko to, co duchowe. To dotyczy także wiary, jej – gdy o nią dobrze zadbamy – nikt nie jest w stanie nam zabrać. Trzeba tylko postarać się, by jej samemu nie zgubić. 

fot. unsplash

Warto więc niekiedy nie biegać za kolejnym „mieć”, a zadbać o „być”. Bo przecież na wyjazdach jesteśmy my, a nie nasz aparat, bo przecież wspomnienia zbieramy my, a nie nasz profil na portalu społecznościowym. Z tych wakacji wracam więc uboższy o zawartość albumu fotograficznego, ale bogatszy o wnioski, które (mam nadzieję) zmienią nieco mój sposób podróżowania, a nawet sposób codziennego życia. Oby! 

Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze