Relikwie św. Teresy z Lisieux, fot. Justyna Nowicka/ misyjne.pl

Teresa z Lisieux. Mała święta – wielki teolog

W dniach 13-28 sierpnia br. peregrynowały po Polsce relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Związane to było z przypadającą w tym roku 150. rocznicą urodzin Teresy (1873 r.) oraz 100. rocznicą jej beatyfikacji (1923 r.). „Sensem jej wizyty nie było oddanie czci jej doczesnym szczątkom, lecz zaczerpnięcie z jej ducha. Okazuje się bowiem, że Teresa z Lisieux ma dla współczesnego Kościoła niezwykle ważne przesłanie. Nie przypadkowo Pius X nazwał ją `największą świętą czasów współczesnych`, zaś Yves Congar – jeden z prekursorów Soboru Watykańskiego II – `światłem w erze atomowej`” – pisze w artykule ks. Andrzej Muszala, opiekun duchowy wspólnoty „Pustelnia”, inicjatora peregrynacji.

Publikujemy tekst artykułu.

W dniach 13-28 sierpnia br. peregrynowały po Polsce relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Związane to było z przypadającą w tym roku 150. rocznicą urodzin Teresy (1873 r.) oraz 100. rocznicą jej beatyfikacji (1923 r.). Warty odnotowania jest fakt, że także UNESCO doceniło przesłanie świętej z Lisieux, ogłaszając ją patronką roku 2022/23. Podczas tych szesnastu dni Teresa odwiedziła miejsca szczególnie jej bliskie – te ostatnie, najmniejsze, znajdujące się niejako na uboczu głównego nurtu życia społecznego. Zatrzymała się w niewielkich parafiach Zagłębia i Śląska (Siemonia, Gardawice), w najmniejszym krakowskim kościele św. Wojciecha na Rynku Głównym, w domu dla bezdomnych „Betlejem” w Jaworznie, w hospicjum „Cordis”, w klasztorze Sióstr Misjonarek Miłości Matki Teresy z Kalkuty w Katowicach, w Zakładach Karnych w Strzelcach Opolskich. Odwiedziła też Karmelitanki Bose w Krakowie, Spręcowie koło Olsztyna i Gdyni-Orłowie, Karmelitanki od Dzieciątka Jezus w Sosnowcu oraz Betlejemitki w Grabowcu. Wszędzie witana z wielką radością, obsypywana płatkami róż, czczona pieśniami wiernych. Setki osób – zarówno świeckich jak i duchownych – przybywało, by modlić się przy jej relikwiach, polecać Kościół w Polsce oraz swoje osobiste intencje. Dla Teresy nie było przeszkód nie do pokonania. Gdy okazało się, że drzwi klasztoru Sióstr Miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty były za wąskie, weszła przez okno na pierwszym piętrze. Przejeżdżając obok Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, skręciła w jego stronę i windą dostała się do sali, gdzie leżał ciężko chory człowiek. Pewnego dnia znalazła się w więzieniu (wniesiona m.in. przez mężczyznę z dożywotnim wyrokiem), lecz nazajutrz wypuszczono ją na wolność, nie znajdując w niej żadnej winy.

Dziś, gdy wróciła już do Lisieux, warto zastanowić się, czy chodziło tylko o te kwiatki, płatki róż i obrazki z jej wizerunkiem. Czy aby przyjechała do naszego kraju jedynie po to, by wstawiać się za nami w różnych intencjach? Gdyby tak było, sprowadzilibyśmy jej peregrynację do jeszcze jednej formy pobożności. Tymczasem nie. Sensem jej wizyty nie było oddanie czci jej doczesnym szczątkom, lecz zaczerpnięcie z jej ducha. Okazuje się bowiem, że Teresa z Lisieux ma dla współczesnego Kościoła niezwykle ważne przesłanie. Nie przypadkowo Pius X nazwał ją „największą świętą czasów współczesnych”, zaś Yves Congar – jeden z prekursorów Soboru Watykańskiego II – „światłem w erze atomowej”. W 1927 roku Teresa została ogłoszona patronką misji katolickich, a w 1944 roku – razem ze św. Joanną d’Arc – patronką Francji. Dzisiaj patronuje ponad 1700 kościołom na całym świecie. Uważana jest za inspiratorkę powstania około pięćdziesięciu kongregacji zakonnych. W 1997 roku Jan Paweł II ogłosił ją najmłodszym doktorem Kościoła. A przecież była taka niepozorna! Wstąpiła do Karmelu w wieku zaledwie piętnastu lat, by – jak sama stwierdziła – zbawiać dusze i modlić się za kapłanów. Umarła dziewięć lat później na gruźlicę, ukryta, nieznana; na jej pogrzebie zebrało się zaledwie 30 osób. „Pan Bóg będzie musiał spełnić w niebie moją wolę, gdyż nie pełniłam swojej na ziemi” – powiedziała przed śmiercią. Na pytanie jednej z sióstr, czy będzie spoglądać na nie z nieba, odparła: „O nie! Będę zstępować”. I dotrzymała słowa. Zstępuje nadal, a obecnie chce nam przekazać coś bardzo istotnego.

Fot. cathopic/Nathána José Montero

Wielki teolog

Teresa od Dzieciątka Jezus jest nie tylko jedną z najpopularniejszych świętych, lecz przede wszystkim wielkim teologiem. Wystarczy wspomnieć, że Hans Urs von Balthasar poświęcił jej osobną książkę Thérèse von Lisieux. Geschichte einer Sendung („Teresa z Lisieux. Dzieje pewnej misji”). We wstępie do hiszpańskiego wydania czytamy: „Prostota i duch dziecka Teresy z Lisieux często zacierają jej silny profil duchowy. Jej życie przedstawiane było często w sposób czysto biograficzny i psychologiczny – zazwyczaj w formie hagiografii. Tymczasem świętego można zrozumieć tylko na podstawie teologii, czyli w oparciu o jego powołanie i misję”.

Teresa przychodzi do Kościoła z bardzo ważną misją – ukazania właściwego obrazu Boga i prostej drogi, jaka do Niego prowadzi. Balthasar pisze: „Święci są wielkimi darami, które Bóg nam daje; są nie tylko patronami, do których można się zwrócić w pewnych potrzebach, ale światłami otuchy i zapału, które Bóg umieścił pośrodku swojego Kościoła. Dla nas są przede wszystkim nowym sposobem naśladowania Chrystusa, danym nam przez Ducha Świętego; są odzwierciedleniem i uosobieniem Ewangelii w życiu codziennym. Dla teologa święci są także nową formą objawienia, ubogaceniem doktryny o cechy mało dotąd dostrzegane. Nawet jeśli oni sami nie byli teologami ani uczonymi, ich życie jako całość jest fenomenem teologicznym, który zawiera w sobie żywą, owocną i zaadoptowaną do współczesnych czasów doktrynę – doktrynę objawioną nam przez Ducha Świętego – i dlatego nikt nie może przejść obok nich obojętnie”.

Słowa te padają w kontekście Teresy z Lisieux. W rzeczy samej ta młoda kobieta ukazuje nowy sposób naśladowania Chrystusa. Odzwierciedla i uosabia Ewangelię w codzienności. Ubogaca doktrynę chrześcijańską o cechy wcześniej mało dostrzegane, zaś jej życie to wielki fenomen teologiczny. Spróbujmy to zgłębić.

Teologia to „nauka o Bogu” (gr. theos – Bóg; logos – słowo, nauka). Jakże to jednak dziwna nauka, dotyczy bowiem czegoś (a raczej kogoś) nadprzyrodzonego: samego Boga. W tym celu stosuje adekwatne narzędzia poznawcze, jakimi są: rozum (naturalna władza poznawcza) oraz wiara (nadprzyrodzona władza poznawcza). Ta ostatnia aktywowana jest szczególnie w modlitwie poprzez akty wiary. Teologiem jest zatem ktoś, kto nie tylko wnika swoim umysłem w prawdy objawione, lecz przede wszystkim poświęca długie godziny modlitwie. Jak pisze Richard Rohr w książce The Divine Dance: „Wiele słabości naszej refleksji nad dogmatami wiary pochodzi stąd, że próbowaliśmy wejść w ten obszar przez drzwi umysłu a nie przez drzwi modlitwy. Wczesne znaczenie „teolog” u Ojców i Matek Pustyni oznaczało kogoś, kto naprawdę się modlił, nie zaś nawet genialnego żonglera myślowego. Teologiem był ten, kto rozumiał wewnętrzne poruszenia, subtelne energie Ducha Świętego oraz ich wzajemne powiązania. W rzeczy samej nikt nie mógł być uznany za teologa, dopóki przede wszystkim nie był kobietą lub mężem modlitwy”.

Ewagriusz z Pontu

Ewagriusz z Pontu (IV w. po Chr.) stwierdził krótko: „Jeżeli jesteś teologiem, będziesz prawdziwie się modlił, a jeśli prawdziwie się modlisz, jesteś teologiem”. Właściwa teologia zrodziła się na pustyni, w grotach i piaskach Egiptu, Syrii, Palestyny i Małej Azji. Najważniejsze dogmaty naszej wiary zostały wypracowane przez wielkich pasterzy Kościoła, którzy zarazem byli mężami modlitwy – św. Atanazego (dogmat o bóstwie Chrystusa; sobór w Nicei, 325 r.) czy św. Grzegorza z Nazjanzu (dogmat o Trójcy Świętej; sobór w Konstantynopolu, 381 r.). Wymowne w tym kontekście jest stwierdzenie Balthasara: „Cała teologia Kościoła czerpie z czasu od Apostołów do średniowiecza, kiedy to wielcy teologowie byli także wielkimi świętymi. Ich życie i doktryna wzajemnie się dopełniały i pobudzały. W czasach nowożytnych, z wielką szkodą dla obu stron, teologia i świętość rozwijały się niezależnie. Święci tylko w rzadkich przypadkach są obecnie teologami; stąd teologowie nie biorą ich pod uwagę, lecz szufladkują w bocznym nurcie „duchowości” lub – w najlepszym przypadku – `teologii mistycznej`”.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zachowuje się jak prawdziwy teolog. Modli się codziennie w ciszy dwie godziny – godzinę rano i godzinę wieczorem. Nawiązuje kontakt z Bogiem poprzez akty wiary, nadziei i miłości. Chłonie Go całą powierzchnią swojej duszy. Lecz nie tylko to – w innym czasie siada i czyta. Studiuje Pismo Święte, choć za każdym razem musi prosić przeoryszę o zgodę. Postępuje jak detektyw – szuka, idzie po ledwo widocznych śladach tu i ówdzie zostawionych w pismach natchnionych. Uparta i inteligentna odkrywa fragmenty Biblii także w innych miejscach: w Manuel du chrètien (Podręczniku chrześcijanina), będącym zbiorem fragmentów Biblii (Psalmów, części Nowego Testamentu), różnych tekstów chrześcijańskich (np. O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis z licznymi cytatami z Pisma Świętego) i tekstów liturgicznych. Wczytuje się także w pisma św. Jana od Krzyża, szczególnie Pieśni duchowej. „Ach, ileż światła czerpałam z dzieł naszego ojca, św. Jana od Krzyża! W wieku 17-18 lat nie miałam innego pożywienia dla ducha” (Rkp A 83r0) – zwierza się w swoich Rękopisach. „Ona nigdy nie przestawała szukać” – zaświadczy później Celina, rodzona siostra Teresy (w Karmelu s. Genowefa). Oświecona darami Ducha Świętego coraz bardziej wnika w Boga, poznaje Go i… zaczyna o Nim pisać. Nieprzypadkowo uznaje się Teresę z Lisieux za prekursorkę Vaticanum II – soboru, który na nowo odkrył wagę Biblii i zwrócił ją wiernym. Będąc już w Karmelu, wspomina: „Jezus obsypywał łaskami swój mały kwiat… On, który w czasie ziemskiego życia zawołał w uniesieniu: „Błogosławię Cię Ojcze, że ukryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim”, chciał, by zajaśniało we mnie Jego miłosierdzie. A ponieważ byłam mała i słaba, pochylał się nade mną i w ukryciu pouczał o sprawach miłości. Ach, gdyby uczeni, którym życie schodzi na zdobywaniu wiedzy, przyszli stawiać pytania, to zdumieliby się zapewne na widok czternastoletniej dziewczynki, która zna tajniki doskonałości. Bo przy całej ich wiedzy nie są w stanie ich odkryć; aby je posiąść, potrzeba duchowego ubóstwa!” (Rkp A, 49 rº)

fot. Justyna Nowicka/ misyjne.pl

Światła dla teologii rzucone przez Teresę od Dzieciątka Jezus odnoszą się głównie do kwestii dogmatycznych, moralnych i duchowych.

Kwestie dogmatyczne – właściwy obraz Boga

Jeśli chodzi o te pierwsze, dotyczą one przede wszystkim odkrycia właściwego obrazu Boga. Teresa żyła w okresie rozkwitu jansenizmu w Kościele francuskim (nazwa pochodzi od twórcy tego nurtu bpa Otto Jansena z Belgii, żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku). Podkreślał on zepsucie natury ludzkiej, koncentrując się głównie na grzechu i walce z nim. Jednym z zaleceń jansenistów było rzadkie przystępowanie do Komunii Świętej, ponieważ uważano, że ludzie nie są jej godni. Z tego powodu Teresa niemało wycierpiała – mogła przyjmować Eucharystię tylko raz na 3-4 tygodnie. Janseniści kładli nacisk na przepisy prawa, marginalizując głos sumienia. Twierdzili, że człowiek w dążeniu do prawdy i dobra nieustannie natrafia na przeszkody. Pozostaje w niepewności co do swojego zbawienia dopóki w dniu sądu ostatecznego nie dowie się, czy Bóg przeznaczył go do Królestwa niebieskiego, czy na wieczne potępienie.

Jansenizm został odrzucony w XVII w. przez papieży Innocentego X i Klemensa XI. Mimo to zyskał rzesze zwolenników w surowych zakonach klauzurowych Francji, a jego najsławniejszym ośrodkiem był klasztor cystersek Port-Royal-des-Champs pod Paryżem. Swój największy rozkwit przeżył w XIX wieku, przeżerając umysły wielu katolików. Powszechnie przyjmowano wówczas, że Bóg jest surowy, daleki i straszny. Że należy podejmować nadzwyczajne pokuty oraz wiele dobrowolnych umartwień, aby przebłagać Go i zasłużyć na Jego miłosierdzie.

Teresa w ogóle nie poszła tą drogą i – pewnie nie do końca świadomie – genialnie odpowiedziała na herezję jansenizmu. Swoim życiem i piórem nakreśliła obraz Boga, który jest jak małe dziecko; myśl tę umieściła nawet w swoim zakonnym imieniu. W rzeczy samej Bóg stał się dzieckiem. Jako bezbronne niemowlę leżał na sianie w Betlejem, zdany na łaskę i niełaskę ludzi. Nie chodzi tu jednak o sam fakt „bycia dzieckiem”, lecz o coś bardziej istotnego – ducha dziecięctwa. Teresa wniknęła weń jak mało kto w dwudziestowiecznej historii chrześcijaństwa, wyciągając zaskakujące wnioski.

Po pierwsze, dziecko nie może karać. Podobnie i Bóg – nikogo nie karze; to raczej człowiek sam skazuje siebie na najgorszą katorgę – oddalenie od Niego, który jest uosobioną Miłością. Niestety, duch jansenizmu wciąż ma się dobrze, co znajduje swoje odzwierciedlenie m.in. w jednej z tzw. „prawd wiary” (notabene nauczanej tylko w Polsce i nieobecnej w Katechizmie Kościoła katolickiego): „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Teresa, jako uczennica u Sióstr Benedyktynek, bardzo dobrze znała katechizm, tak że jej katecheta nazywał ją swoim „małym doktorem”. Miała wszakże jedną trudność – nie mogła zaakceptować, że ktoś mógłby zostać potępiony. Już jako dziecko sądziła, że nic nie jest w stanie przezwyciężyć nieskończonej miłości Boga.

Jeśli się głębiej zastanowić, to okazuje się – po drugie – że Bóg nie tylko nikogo nie karze, lecz dzieje się wręcz odwrotnie – sam poddaje się karze wymierzonej Mu przez człowieka! I to karze najbardziej niesprawiedliwej, proklamowanej w majestacie prawa. Zaświadczył o tym… łotr wiszący na krzyżu: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił” (Łk 23, 40-41). Teresa chce zbierać krew spływającą z krzyża Jezusa, by potem rozlać ją na dusze. Czuje, że nieskończona Miłość Boga jest odtrącona, dlatego pragnie się jej oddać całkowicie. W wieku 22 lat redaguje „Akt Ofiarowania się Miłości miłosiernej”, który podpisuje własną krwią. Jest pierwszą karmelitanką na świecie, która to czyni; wcześniej wiele zakonnic oddawało się Boskiej Sprawiedliwości, chcąc – w myśl logiki jansenistycznej – przebłagać Boga za grzechy własne i świata oraz powstrzymać Jego karzącą dłoń. Teresa nie myśli w ten sposób. Wie, że nie jest w stanie za cokolwiek wynagrodzić; że idzie do nieba z pustymi rękami. Pisze: „Myślałam o duszach, które składają siebie w ofierze Boskiej Sprawiedliwości, aby odwrócić karę przewidzianą dla winnych i ściągnąć ją na siebie. Ofiara ta wydawała mi się wielka i hojna, lecz mnie zupełnie nie pociągała. „Boże mój, wykrzyknęłam w głębi serca, czy tylko Twoja Sprawiedliwość przyjmuje duszę na całopalną ofiarę?…. Czy nie potrzebuje ich także Twoja Miłość Miłosierna?… Zewsząd jest odtrącana, nieznana; serca, które chciałbyś nią obdarować, zwracają się ku stworzeniom, oczekując od nich szczęścia i ich kruchego przywiązania, miast rzucić się w Twoje ramiona i przyjąć Twą nieskończoną Miłość” (Rkp A 84rº).

„Bóg zraniony”

„Bóg zraniony” – oto największa tragedia człowieka. Lecz czy my w ogóle o tym myślimy? Czy zamiast zanosić nieustanne pretensje do Boga, nie powinniśmy uderzyć się w pierś, świadomi, że wielokrotnie tylko pogłębialiśmy Jego ranę? Ukazuje to m.in. przypowieść o synu marnotrawnym: Ojciec zostaje zraniony zarówno odejściem młodszego syna, jak i odmową przebaczenia ze strony starszego. Jak dziecko wychodzi naprzeciw jednego i drugiego, bo nie może bez nich żyć.

Taki obraz miłującego Ojca zmienia zasadniczo relację człowieka do Boga: skoro Bóg jest jak małe dziecko, znaczy to, że tylko ktoś o duchu dziecka może Go poznać. Potwierdza to Jezus, gdy mówi: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie Nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Niestety, polskie tłumaczenie dość poważnie zniekształca właściwy sens wypowiedzi. Grecki termin nepios oznacza w pierwszym rzędzie „małe dziecko”, wręcz „niemowlę” nie potrafiące jeszcze mówić. Po tej linii idzie nowsze tłumaczenie Biblii Paulistów: „…zakryłeś to przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś tym, którzy są jak małe dzieci”. Wniosek nasuwa się sam: by poznać Boga, trzeba przyjąć postawę dziecka, szczególnie zaś takie cechy jak:

1. Ufność. Teresa pisze: „Och, gdybym mogła ci wytłumaczyć, co czuję!… To właśnie ufność i tylko ufność winna prowadzić nas do Miłości… Czyż bojaźń nie prowadzi do Sprawiedliwości? (List do Marii od Najświętszego Serca). Jak można bać się Boga, skoro jest Ojcem? Wszak nie czyha na nasze uchybienia, lecz wciąż szuka nas, wychodząc na wzgórze stęskniony i spragniony ludzkiej miłości. Niestety, tej lekcji wciąż jeszcze nie odrobiliśmy. Także w dobie współczesnej lęk paraliżuje wielu chrześcijan, którzy – jak Adam i Ewa – wolą chować się w zaroślach niż wybiec ku Ojcu i rzucić się w Jego ramiona.

2. Uniżenie. Dziecko zna swoje miejsce w szeregu. Jest pokorne. To zadziwiające, jak często lęk przed Bogiem łączy się postawą faryzejskiego przeświadczenia, że to uczynki i posty otwierają nam drogę do zbawienia (por. Łk 18, 9-14). Teresa odpowiada: „Trzymajmy się z dala od tego co błyszczy, kochajmy naszą małość, pozbawioną odczuć, wówczas będziemy ubogie w duchu i Jezus sam po nas przyjdzie. Jakkolwiek daleko [od Niego] byśmy były, przemieni nas w płomień miłości”.

3. Szczerość, prawdomówność, brak dyplomacji. Dorośli nieraz grają rolę kogoś, kim w rzeczywistości nie są; przymykają oczy na prawdę, idą na ugodę i konformizm dla „świętego spokoju”. Tylko dziecko może wykrzyknąć: „Król jest nagi”, nie zważając na konsternację tłumu. Teresa żyje w prawdzie. Nie zabiega o to, by komuś się przypodobać, choć nieraz ją to wiele kosztuje. W Rękopisie C zwierza się: „Najwięcej kosztuje mnie baczenie na uchybienia, na najmniejszą niedoskonałość, i wydawanie temu walki na śmierć i życie. (…) Nic nie uchodzi moim oczom; często dziwię się, że widzę rzeczy tak jasno. Rozumiem też, że prorok Jonasz wolał raczej uciec aniżeli obwieszczać zniszczenie Niniwy. Ja też wołałabym tysiąckrotnie przyjmować zarzuty aniżeli czynić je innym, lecz czuję, że to cierpienie jest rzeczą konieczną, jeśli bowiem powodujemy się jedynie odruchami natury, to komuś, komu chcemy uświadomić uchybienia, bardzo trudno będzie zrozumieć swój błąd. Gdyż powie sobie tak: Siostra odpowiedzialna za nowicjat ma po prostu zły humor i wszystko spada na mnie; a ja chcę przecież najlepiej!” (Rkp C 23 rº).

4. Ciągłe zaciekawienie, odkrywanie czegoś nowego (w Bogu), stawianie pytań. To bezcenna cecha dziecka, której nigdy nie powinniśmy zatracić. Nie wolno osiąść na laurach z przekonaniem, że oto już wszystko wiemy i nikt nie powinien nas pouczać. Teresa jest mistrzynią w tej dziedzinie, a najlepszym przykładem są jej teologiczne poszukiwania, które doprowadziły ją do odkrycia „małej drogi”: „Chcę szukać sposobu, by dotrzeć do nieba małą drogą, prostą, krótką, małą drogą zupełnie nową. A żyjemy w dobie wynalazków; obecnie, żeby wyjść na piętro, nie trzeba już używać schodów, u ludzi bogatych zastępuje je świetnie winda. Chciałabym więc znaleźć taką windę, która uniosłaby mnie aż do Jezusa, jestem bowiem zbyt mała, aby piąć się do góry po stromych schodach doskonałości. Poszukiwałam więc w świętych księgach czegoś, co wskazałoby mi tę upragnioną windę i tak wpadłam na te słowa Mądrości Odwiecznej: Maluczki niech przyjdzie do mnie. Podeszłam więc odgadując, że znalazłam to, czego szukałam, i chcąc wiedzieć, o mój Boże!, co zrobisz dla maluczkiego, który odpowie na Twoje wezwanie, szukałam dalej, i oto, co znalazłam: `Jak matka tuli własne dziecko, tak i ja was tulił będę i będę pieścił was na kolanach`” (Rkp C, 2v º-3rº).

5. Umiejętność przeżywania wszystkiego z całym zaangażowaniem. Dzieci wszystko przyjmują na sto procent – kiedy się śmieją, ich śmiech jest naturalny; gdy płaczą, ich płacz rozdziera serce. W tym wszystkim są takie autentyczne! O tej cesze mówił papież Franciszek podczas jednej z audiencji: „Dzieci potrafią uśmiechać się i płakać. Niektóre, kiedy je biorę, żeby przytulić, uśmiechają się; inne, widząc mnie ubranego na biało, myślą, że jestem lekarzem i że przychodzę, żeby je zaszczepić, i płaczą… ale spontanicznie! Takie są dzieci: uśmiechają się i płaczą; u nas dorosłych te dwie rzeczy często «się blokują», już nie potrafimy… Niejednokrotnie nasz uśmiech staje się uśmiechem nienaturalnym, czymś pozbawionym życia, uśmiechem, który nie jest żywy, wręcz jest uśmiechem sztucznym, uśmiechem pajaca. Dzieci uśmiechają się spontanicznie i płaczą spontanicznie. To zawsze zależy od serca, a nasze serce często blokuje się i traci tę zdolność uśmiechania się, płaczu. A zatem dzieci mogą nas nauczyć na nowo uśmiechania się i płakania. Lecz my sami powinniśmy się zastanowić: czy uśmiecham się spontanicznie, ze świeżością, z miłością, czy mój uśmiech jest sztuczny? Czy ja jeszcze płaczę, czy utraciłem zdolność płakania? To są dwa pytania bardzo ludzkie, których uczą nas dzieci” (Franciszek, audiencja generalna, 18. III 2015.).

Fot. catchopic/José Montero

Bóg najbardziej kocha dzieci

Bóg najbardziej kocha dzieci. Także te dorosłe, które zachowały ducha dziecka…

Kiedy Teresa miała niespełna siedemnaście lat i drugi rok przebywała w Karmelu, otrzymała od swojej siostry Pauliny (matki Agnieszki) mały obrazek Oblicza Jezusa, zastygłego w śmierci, z zamkniętymi oczami, w cierniowej koronie. Długo się weń wpatrywała… I nagle doznała olśnienia! Zrozumiała, że w tym oto obrazku zawarta jest cała tajemnica życia wewnętrznego Boga: Bóg jest nieskończoną miłością, tzn. nigdy się nie oszczędza! Daje się całkowicie, niejako „do ostatniej kropli krwi”! Teresa była oczarowana do tego stopnia, że dodała nowy określnik do swojego imienia. 10 stycznia 1889, w dniu swoich obłóczyn, po raz pierwszy podpisała się jako „Siostra Teresa od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza”. Była pierwszą, która w Karmelu wybrała to imię.

Lecz ponownie nie chodzi to o jakąś formę nabożeństwa i czci wobec jednej z cech Boga – chodzi o życie! Teresa rozumie, że na taki obraz została stworzona; że w trakcie swojego pobytu na ziemi ma się upodobnić do Jezusa, który oddał się totalnie Bogu, ludziom i światu. A po śmierci pozwolił sobie nawet przebić serce…

„Wcześniej nie byłam świadoma głębi skarbów ukrytych w Świętym Obliczu, nauczyłam się je rozpoznawać dopiero dzięki tobie, kochana Matko. (…) Przywołałaś i pojęłam. Pojęłam, czym jest prawdziwa chwała. Ten, którego królestwo nie jest z tego świata, ukazał mi, że prawdziwa mądrość polega na tym, by `chcieć być nieznanym i uważanym za nic – by szukać radości w oderwaniu od siebie`” (Rkp A 71rº) – zapisała potem.

Ponownie odkrywamy tu geniusz Teresy. Kontemplacja twarzy Jezusa prowadzi karmelitankę do odkrycia charakteru Boga. Na długo przed Emmanuelem Levinasem mała święta z Lisieux wypracowuje filozofię spotkania z twarzą drugiego. W twarzy, w mimice, w oczach, przejawia się wnętrze – konkretny „on”, „ona” z wszystkimi poruszeniami ducha. Twarz przekazuje więcej niż słowa. „Źrenice są zwierciadłem duszy” – mówi przysłowie. Wpatrując się w oblicze Jezusa po śmierci, Teresa odkrywa sekret życia wewnętrznego Boga, który umiera z miłości do swojego stworzenia. Ostatnim tchnieniem wypowiada jeszcze krótkie „Pragnę…” (J 19, 28). Teresa zastanawia się, czego pragnie Jezus. I dochodzi do wniosku, że Jego prośba ma przede wszystkim wymiar duchowy: pragnie, by każdy żył w takim samym usposobieniu jak On. By wpatrując się w Jego życie i umieranie, sam spalał się w darze z siebie.

„Oto czego Jezus od nas oczekuje: nie potrzebuje On naszych dzieł, lecz jedynie miłości. Gdyż ten sam Bóg, który oświadcza, że nie musi nam wcale mówić, czy jest głodny, nie wahał się żebrać u Samarytanki o trochę wody. Był spragniony. Lecz mówiąc „daj mi pić”, Stworzyciel domagał się właśnie miłości od swego biednego stworzenia. Był spragniony miłości. Ach! Czuję to bardziej niż kiedykolwiek: Jezusowi chce się pić. Pośród uczniów tego świata spotyka tylko niewdzięcznych i obojętnych, a pośród swoich, niestety! mało znajduje serc, które oddają Mu się bez reszty, które pojmują, jak czuła jest jego nieskończona Miłość” (Rkp B, 1vº).

Oto sekret życia duchowego odkryty przez Teresę. Od tego momentu już bardzo szybko idzie do przodu, wręcz biegnie ku Oblubieńcowi. Nie zatrzymuje się na sobie – oddaje wszystko. Oto prawdziwa „wiedza miłości”.

„Wiedza Miłości, o tak! Jak wdzięcznie brzmi to słowo w uchu mojej duszy. Tylko takiej wiedzy pragnę! Dla niej oddawszy wszystkie moje bogactwa, uważam – za oblubienicą ze świętych pieśni – że nic jeszcze nie dałam. Tylko miłość może nas uczynić miłymi Dobremu Bogu, pojmuję to tak jasno, że tylko o tę miłość zabiegam” (Rkp B, 1rº).

Wiedza miłości jest głupstwem w oczach tego świata. Zysk polega na stracie, szczęście – na dawaniu, życie – na umieraniu ego. Tylko na tej drodze człowiek może znaleźć prawdziwe szczęście. „Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 25) – potwierdził to kiedyś Jezus. Warto wpatrywać się w twarz Teresy na zdjęciach wykonanych przez jej siostrę Celinę. To swoisty podręcznik życia duchowego. Ona zawsze ma oczy pełne miłości i mocy. Na jej obliczu nie widać ust wykrzywionych w grymasie cierpiętnictwa czy smutku. Jej twarz przemawia. Jest miejscem ewangelizacji. Głosi Chrystusa. Jak stwierdza św. Ambroży w Komentarzu do księgi Psalmów: „Jeśli oblicze człowieka jaśnieje bardziej niż pozostałe członki ciała, łatwo się przekonujemy patrząc na czyjaś twarz, czy to ktoś nieznany, czy też znany, jako że dostrzegamy wówczas wszystko, to o ileż bardziej oblicze Boga oświeca tego, kto na Niego spogląda”.

Zadaniem chrześcijanina jest troska o własną twarz, jednak nie za pomocą kosmetyków czy makijażu, lecz przez zaangażowanie serca. Serce przepełnione miłością rzeźbi twarz pełną nadziei i chrześcijańskiego optymizmu.

Kwestie moralne – zmiana motywacji czynienia dobra

Z odkrycia dwóch kluczowych prawd dogmatycznych (Bóg – dziecko; Bóg – Miłość) Teresa wyciąga wnioski moralne: prawdziwe życie moralne to życie miłością bezinteresowną, która oddaje wszystko i oddaje siebie. Z dnia na dzień życie świętej staje się permanentnym aktem miłości: „Jezu kocham Cię” – powtarza wielokrotnie. Lecz nie poprzestaje tylko na pięknych słowach. W Rękopisie B Teresa przeprowadza kluczową refleksję: „Jestem dzieckiem Kościoła. Serce dziecka potrafi już tylko to jedno: kochać Ciebie, Jezu. Olśniewające czyny są mu zakazane, nie może głosić Ewangelii, przelewać krwi. Lecz w jaki sposób okaże swą miłość, skoro miłości dowodzi się w czynach? Otóż będzie rzucać kwiaty (…) Tak, mój Ukochany, oto jak będzie się spalać moje życie. Aby dowieść ci miłości, nie mam innego sposobu jak rzucać kwiaty, czyli nie przepuścić żadnego małego wyrzeczenia, żadnego spojrzenia, żadnego słowa, skorzystać z najmniejszych rzeczy i czynić je z miłości „(Rkp B 4rº – 4vº).

Teresa dochodzi do wniosku: prawdziwe życie moralne polega na wykonywaniu małych czynów z wielką miłością. To zaś oznacza łapanie setek okazji, jakie nadarzają się każdego dnia, by okazać miłość. Bycie wrażliwym na każdym kroku, by służyć innym, jak na przykład schorowanej siostrze od św. Piotra, którą każdego wieczora prowadzi delikatnie do refektarza. Oto „kwiaty” Teresy. Nie te malowane na obrazach, lecz niewidzialne, widoczne tylko dla Jezusa…

Równocześnie wie, że jest uboga i nie potrafi uczynić niczego wielkiego. Zatem zwraca swój wzrok ku Jezusowi. Wie, że tylko On jest mocny, i że na Jego ramionach może osiągnąć heroiczną miłość. Wystarczy tylko pozwolić Mu działać, sobie zaś nie przypisywać żadnych zasług. W ten sposób odkrywa małą drogę do nieba, dostępną dla wszystkich. W liście do swojej siostry Marii pisze: „Im bardziej jest się słabym, bez pragnień i cnoty, tym bardziej jest się poddanym na działanie tej Miłości trawiącej i przekształcającej. […] Pozostańmy zatem jak najdalej od tego, co błyszczy, miłujmy naszą małość, miłujmy to właśnie, że nic nie odczuwamy; wtedy będziemy ubogie w duchu i Jezus przyjdzie do nas, jakkolwiek byłybyśmy daleko, i przemieni nas w płomienie miłości…”

W ten sposób Teresa osiąga pełną wolność wewnętrzną. Już nie polega na sobie, ani na swoich „dobrych czynach”. Wie, że wszystko jest łaską i że nie musi „zasługiwać” na niebo. Podąża za św. Pawłem, który pisał do Efezjan: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2, 8-10).

Nie popada jednak w bierność. Zmienia tylko wewnętrzną intencję każdego czynu: nie wykonuje go z myślą o nagrodzie, lecz po to, by sprawić Bogu radość. I tyle. On zaś niech zrobi z tym, co chce.

Kwestie duchowe – życie cnotami boskimi

Zgodnie z XIX-wieczną mentalnością prawdziwe życie duchowe przeznaczone było jedynie dla osób duchownych: zakonników, zakonnic, kapłanów. Tylko one mogły żyć radami ewangelicznymi i cnotami boskimi; zadaniem świeckich było poprawne prowadzenie się i zachowywanie przykazań Bożych. Teresa przewróciła ten misternie skonstruowany gmach, ukazując, że życie duchowe może być udziałem wszystkich, niezależnie od stanu i curriculum vitae. Bóg wszedł w naturę, przeniknął świat boskością i zaprosił do dialogu każdego człowieka. Wszyscy są równi, jeśli chodzi o możliwość zjednoczenia z Nim. W ten sposób mała święta z Lisieux stworzyła podwaliny kluczowej myśli teologicznej XX wieku wyrażonej najpełniej w słynnej książce Henri de Lubac’a „O naturze i łasce”.

Teresa miała jeszcze jeden istotny wkład do właściwego zrozumienia życia duchowego: ukazała, że nie polega ono na różnych formach pobożności ani uczestnictwie w wielu nabożeństwach, lecz na życiu cnotami boskimi: wiarą, nadzieją i miłością. „Teraz tylko zawierzenie jest moim przewodnikiem, nie mam innego kompasu. Już o nic nie potrafię się modlić tak żarliwie, jak tylko o to by spełniła się we mnie wola Boża” (Rkp A 83r°) – zapisała.

W końcu Teresa podała jedną z najlepszych definicji modlitwy, która znalazła się w oficjalnym Katechizmie Kościoła Katolickiego: „Dla mnie modlitwa to poryw serca, to proste spojrzenie ku Niebu, to okrzyk wdzięczności i miłości, tak w doświadczeniu jak i w radości, słowem: to coś wielkiego, nadprzyrodzonego, co powiększa moją duszę i jednoczy mnie z Jezusem” (Rkp C 25rº -25vº).

Przy okazji warto wspomnieć, że Teresa jest – po Najświętszej Maryi Pannie – najczęściej przytaczaną i cytowaną kobietą w Katechizmie Kościoła Katolickiego. To postać zupełnie nietuzinkowa w dwudziestowiecznej historii chrześcijaństwa. Teolog, którego Bóg dał nam na czasy współczesne. I choć jej relikwie wróciły już do Francji, jednak jej duch pozostaje z nami. Misja Teresy ciągle trwa. Jean Guitton, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, wyraził kiedyś przekonanie, że na jej pogrzebie nie powinno się śpiewać Requiem aeternam (Wieczny odpoczynek) lecz raczej Actionem aeternam (Wieczne działanie racz jej dać Panie). Ona nie wie, co to spoczynek. Zstępuje, inspiruje, rozpala ogień w wielu ludzkich sercach. Na zakończenie tej refleksji warto jeszcze raz przytoczyć słowa Hansa Ursa von Balthasara:

„W wielkim świętym najważniejsza jest jego misja, nowy charyzmat dany przez Ducha Kościołowi. Człowiek, który ją przyjmuje i niesie, jest jego sługą, słabym sługą. Prześwieca przez niego nie osoba, ale jego świadectwo, misja, posługa: „Nie był on światłością, ale przyszedł, aby zaświadczyć o światłości”. Naprawdę trudno było oczekiwać, że z tak prostego i skromnego życia tej dziewczyny pod koniec wyłoni się jasna i niepodważalna doktryna i teologia. Jej samej, z początku, nawet nie śniło się, że będzie zwiastunką kluczowego orędzia dla całego Kościoła. Świadomość ta zrodziła się w niej dopiero wówczas, gdy jej dzieło było prawie skończone, pod koniec jej życia tak zgodnego z jej doktryną, po napisaniu zasadniczych części jej Rękopisów. Porównuje swoją misję z misją swojej siostrzanej duszy Joanny d’Arc: „W mojej misji, jak u Joanny d’Arc, spełni się wola Boża, mimo zawiści ze strony ludzi”. Coraz dokładniej określa treść swojego przesłania, starając się wyrazić swoją doktrynę „małej drogi” w coraz jaśniejszych sformułowaniach. Widzi w wydaniu swoich Rękopisów „ważne dzieło”, wie, że „wszyscy je pokochają”, że jej pisma „zdziałają wiele dobrego”. Bardzo precyzyjnie wypowiada się o swojej pozaziemskiej misji w niebie, która ma się rozpocząć już wkrótce: „Czuję jednak przede wszystkim, że moja misja dopiero się rozpocznie. Moja misja, aby sprawiać, że Dobry Bóg będzie kochany tak, jak ja Go kocham, i uczyć dusze mojej małej drogi. Teresa przewiduje zatem miejsce swojego orędzia w Kościele powszechnym; przewiduje kanonizację, jeśli można tak powiedzieć, swojej doktryny. Jej doktryna to nie tyle jej pisma, co raczej samo życie, podobnie jak jej pisma prawie nie mówią o niczym innym niż o jej własnym życiu. Teresa należy do grona tych, którzy „zostali wywłaszczeni na użytek publiczny”, jak to stwierdziła Maria Antonina de Geuser. Jej życie ma dla Kościoła wartość kluczową, ponieważ Duch Święty wziął ją w posiadanie i użył, aby przez nią ukazać coś nowego Kościołowi; aby otworzyć nowe perspektywy Ewangelii”.

Ks. Andrzej Muszala

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie

———–

Ks. dr. hab. Andrzej Muszala jest kapłanem archidiecezji krakowskiej, kierownikiem Poradni Bioetycznej przy Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Redaktor działu „Etyka” w miesięczniku „Medycyna Praktyczna”. Współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Opieki Duchowej w Medycynie. Redaktor „Newslettera bioetycznego” oraz „Encyklopedii bioetyki”. Członek komisji bioetycznej przy Konferencji Episkopatu Polski oraz Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Autor książek z bioetyki („Embriologia starożytna”, „Bioetyka w dialogu”, „Przewodnik po cierpieniu”, „Współczesny Samarytanin”) oraz duchowości chrześcijańskiej („Modlitwa w ciszy”, „Modlitwa w czynie”, „Ojcowie naszej wiary”). Prowadzi rekolekcje o modlitwie w ciszy w pustelni św. Teresy z Lisieux na Potrójnej w Beskidzie Małym.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze