fot. PAP/Paweł Kula

W dwudziestą rocznice pamiętnego kwietnia. Wspomnienia

Duch Święty uczy nas zwykle pedagogią czasu długiego: Jego dary ukrywają się w zakamarkach naszej codzienności. Działa jak powiew łagodnego wiatru. Cicho unosi się nad wodami – jak przy stworzeniu świata. Istnieją jednak chwile, kiedy Duch rozprzestrzenia się niczym ogień. Są to czasy przez Niego wybrane, kiedy to przybywa, aby czynić rzeczy nowe.

Historia zbawienia zna czasy Ducha. Są one niczym fale morskie: czasami wznoszą się bardzo wysoko, aby później powrócić do spokojnej toni morskiej. Pamiętnej wiosny 2005 r. staliśmy się świadkami działania Ducha Świętego i mogliśmy doświadczyć Jego mocy, która najpełniej zaowocowała trwałą przemianą wielu serc.

Jeszcze o tym nie myśleliśmy

Święta paschalne 2005 r. spędziłem we wspólnocie braci w maleńkiej miejscowości w okolicach Caserty, o nic nikomu nie mówiącej nazwie Roccamonfina. Tak jak w każdą niedzielę udawałem się tam z duszpasterską posługą. Opuszczałem Rzym w przeddzień Niedzieli Palmowej, w najmniejszym stopniu nie przeczuwając, że miasto to, w chwili powrotu, przywita mnie całkowicie nową i niepowtarzalną atmosferą. Kiedy pociąg powoli ruszał ze stacji Roma Termini myśli moje krążyły gdzieś między sprawami uczelnianymi, a czekającymi mnie świątecznymi obowiązkami w sanktuarium Madonny del Lattani. Kilka tygodni wcześniej obroniłem egzamin licencjacki i przygotowywałem się do tzw. lectio coram, czyli do lekcji, którą miałem poprowadzić przed profesorskim gronem. Przede mną otwierały się dwa tygodnie na apenińskiej wiosce, wśród kasztanowych drzew, z dala od huku i smogu metropolii. To prawda: papież był już slaby i chorował. Ale czy to pierwszy raz? Wielokrotnie pokazał moc, która nim kierowała i nierzadko w przeszłości okazał, jak bezpodstawne są wszelkie medialne przepowiednie.

fot. PAP/Piotr Polak 

Dni Wielkiego Tygodnia mijały w spokojnej atmosferze. Widok papieża siedzącego w swojej prywatnej kaplicy, przed ekranem monitora telewizyjnego i trzymającego krzyż w czasie, gdy przed Koloseum odprawiana była droga krzyżowa, poruszył. Nieme błogosławieństwo urbi et orbi w Niedzielę Zmartwychwstania wywarło także silne wrażenie. Ale przecież i wtedy nikt jeszcze z nas nie myślał, że nieuchronnie zbliża się kres ziemskiej pielgrzymki naszego papieża.

Przerwane wspomnienia

W czwartek po Wielkanocy informacje w mediach zdominowane zostały przez fakt, że stan zdrowia papieża znacznie się pogorszył. Od tego momentu uwaga wszystkich kanałów włoskiej telewizji została skierowana na przekaz płynący z Watykanu i z placu Świętego Piotra. Wraz ze współbraćmi z klasztoru śledziłem medialny przekaz. W sobotę wieczorem, po skończonej kolacji, zasiedliśmy przed telewizorem. W pierwszym programie telewizji RAI nadawany był program publicystyczny Porta a porta, prowadzony przez znanego dziennikarza i publicystę Bruno Vespa. Całość programu skoncentrowana była na osobie Jana Pawła II. W studiu młodzi ludzie, tzw. papaboys, wspominali swoje spotkania z Ojcem Świętym w czasie Światowych Dni Młodzieży. Przed godziną 10 prowadzący przerwał te wspomnienia i powiedział: „Właśnie otrzymaliśmy informację. Papież umarł. Pomódlmy się wspólnie”.

fot. PAP/Piotr Polak 

Pamiętam, że następnego dnia w głoszonym przeze mnie kazaniu odniosłem się do niedzieli in albis deponendis. Według wczesnochrześcijańskiej tradycji ochrzczeni w czasie liturgii wigilii paschalnej, właśnie w niedzielę po Wielkanocy składali swoje białe szaty. Był to znak, że już są dojrzałymi w wierze.

Tego samego dnia, po obiedzie, wsiadłem do pociągu, aby udać się do Rzymu. Zostawiłem swoje rzeczy w Antonianum i bezpośrednio udałem się na plac Świętego Piotra. Dominowała podniosła atmosfera. Ludzie gromadzili się w małych grupach: wspólnie modlili się, śpiewali. Już tego wieczoru dominował na placu język polski.

Spotkanie z Ojcem

Następnego poranka otrzymałem informację, że wszyscy księża i osoby duchowne mieszkające w Rzymie mogą udać się do sali klementyńskiej Pałacu Apostolskiego, aby tam oddać cześć zmarłemu papieżowi i pomodlić się przy jego ciele. Bez chwili namysłu udaliśmy się w stronę Watykanu. Kolejka przed bramą św. Anny była już długa. W najmniejszym stopniu nas to nie zniechęciło. Cierpliwie oczekiwaliśmy momentu, kiedy staniemy przed ciałem naszego zmarłego Ojca. Przechodząc przez wewnętrzny dziedziniec św. Damazego, widzieliśmy zajeżdżające samochody przedstawicieli korpusu dyplomatycznego, niektóre głowy państw, kardynałów. Wszędzie dominował spokój i klimat trudny do opisania.

Po około czterech godzinach oczekiwania stanąłem przed zastygłym obliczem papieża. Trudno mi teraz opisać myśli, które wtedy towarzyszyły mojej modlitwie. Na pewno obecna była wdzięczność wobec Boga za to, że pozwolił mi żyć w czasach tak wielkiego pontyfikatu.

Niezbędni klerycy

Wtorek, 5 kwietnia. Od samego rana rozdzwonił się telefon. Zaczynają przybywać pielgrzymi i współbracia z Polski. Proszą o pomoc zorganizowaniu pobytu i noclegu. Nasze kolegium studentów w Rzymie zamienia się w dom pielgrzyma. Z radością spotykam braci z prowincji, których tak dawno nie widziałem. Przybywają klerycy. Pragną pójść na plac Świętego Piotra i stanąć w wielogodzinnej kolejce, aby przez kilka sekund móc pomodlić się przed wystawionym w bazylice ciałem zmarłego papieża.

I oto kolejna niespodzianka. Codziennie o godzinie 17, przy ołtarzu katedry św. Piotra, odprawiana jest msza św., którą koncelebrować mogą wszyscy kapłani. Zainteresowani powinni zgromadzić się o oznaczonej godzinie przed aulą Pawła VI. Wraz z przybyłymi klerykami udaję się w wyznaczone miejsce. Właściwie oni nie mają prawa wejść do bazyliki od strony zakrystii. Jednakże któż sprawdzi, że to nie kapłani? A gdy będą już wewnątrz – nikt nie zweryfikuje motywu ich obecności. Udało się. Jesteśmy w środku. W zakrystii my, kapłani, ubieramy szaty liturgiczne, a klerycy… okazują się niezbędni. Brakuje bowiem asysty liturgicznej i nagle ci, którzy podstępem weszli do bazyliki, usługują przy ołtarzy i, co więcej, nie będąc jeszcze akolitami, otrzymują upoważnienie do udzielania Komunii świętej. Po mszy świętej zatrzymujemy się na modlitwie. Z boku obserwujemy jak cały świat, w niekończącym się pochodzie, oddaje cześć zmarłemu papieżowi.

fot. PAP/Piotr Polak 

Duch działa

W następnym dniu brat Emanuel, wtedy jeszcze kleryk, prosi mnie o pewną przysługę. Jego znajomy i przyjaciel, pan Marek Zając, wówczas jeszcze dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, jest w Rzymie i prosi o kontakt z kimś z Watykanu, kto mógłby przybliżyć obrzędy papieskiego pogrzebu. Na myśl przychodzi mi ojciec Silvano Maggiani, człowiek wielkiej dobroci, wykładowca na mojej uczelni i główno protoplasta rytuału obrzędów pogrzebu papieża. Dzwonię do niego i umawiam zainteresowanego na spotkanie. Po kilku dniach czytam wywiad, którego udzielił mój profesor. Na dwa dni przed pogrzebem mówił o sekwencji przygotowanych rytów i obrzędów. Wspomniał o wymowie liturgicznych znaków i zaznaczył, że nie wszystko w liturgii zależy od naszej ludzkiej aranżacji. Głównym reżyserem liturgii pozostaje zawsze Duch Święty i może przemówić do nas znakami, których nikt nie jest w stanie przewidzieć. Ojciec Silvano wspomniał wtedy o czynnikach pogodowych: o wietrze, deszczu, słońcu. O tym, jak prorocze okazały się te słowa, mogliśmy przekonać się wszyscy, wpatrując się w powiew wiatru przewracającego kartki i zamykającego księgę Ewangelii, rozłożoną na trumnie Jana Pawła II.

Niezwykły pogrzeb

W ten oto sposób zbliżył się dzień pogrzebu. Media informowały o zablokowanym mieście, wiele mówiono o nadzwyczajnych środkach ostrożności i o siłach porządkowych, które w związku z przybyciem do Rzymu głów państw, postawione zostały w stan podwyższonej gotowości. Wędrując jednak w tych dniach po Rzymie, doświadczało się czegoś zupełnie przeciwnego. Wszędzie panował niespotykany dla Rzymu spokój i porządek. Komunikacja działała nadzwyczaj sprawnie.

Uroczysta msza pogrzebowa papieża Jana Pawła II na placu św. Piotra w Watykanie, fot. PAP/Paweł Kula

Wieczorem, w przeddzień pogrzebu, pożegnałem braci, którzy udawali się na plac Świętego Piotra. Mieli zamiar nocować pod gołym niebem, gdyż obawiali się trudności w znalezieniu później dobrego miejsca. Ja, który od kilku dni, pełniłem rolę gospodarza, odczuwałem już pewne zmęczenie i zdecydowałem się pozostać w domu. Zamierzałem śledzić uroczystość pogrzebu z ekranu telewizora. Nie posiadałem biletu na jakieś specjalne miejsce i byłem już zbyt zmęczony, aby całą noc spędzić w oczekiwaniu na celebrację.

Po przebudzeniu się wczesnym rankiem i po wypiciu tradycyjnej filiżanki kawy, wewnętrzny impuls kazał mi udać się w kierunku miejsca celebracji. Miasto było całkowicie zamknięte dla ruchu kołowego. Bez konieczności zwracania uwagi na samochody, szło się bardzo dobrze. Świadomie zaniechałem myśli skierowania się na via della Conciliazione, o której wiedziałem, że będzie zatłoczona. Postanowiłem udać się na plac bocznymi uliczkami, od strony Szpitala Dzieciątka Jezus. Przy sobie, jako jedyny dokument, posiadałem kapłański celebret wystawiony przez Wikariat Miasta Rzymu. Podejrzewałem, że ten dokument, który w tym wypadku do niczego mnie nie upoważniał, będzie całkowicie nieznany przybyłym na ten dzień z całego kraju policjantom i włoskim służbom bezpieczeństwa. Jednocześnie jednak widniejąca na nim pieczęć z kluczami św. Piotra będzie mogła posłużyć za niezbędny pass. Tak też było. Bez najmniejszego problemu, zachowując na twarzy całkowity spokój i pewność siebie, udało mi się pokonać wszystkie bariery i zabezpieczenia, i dostać się na plac Świętego Piotra. Tam dopiero, gdy trafiłem pod jurysdykcję sił porządkowych Państwa Watykańskiego, zostałem zablokowany i skierowany na miejsce przeznaczone dla kapłanów diecezji rzymskiej (miejsce w bezpośrednim sąsiedztwie ołtarza, o którym nie śmiałem nawet marzyć).

fot. PAP/Bartłomiej Zborowski

Uroczystość jedyna i niepowtarzalna. Słowa homilii kardynała Josepha Ratzingera, wiatr rozwiewający szaty koncelebrantów i zamykający Ewangeliarz, śpiew przedstawicieli Kościołów Wschodnich, dzwon bijący na pożegnanie, okrzyki santo subito – na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Duch Święty obecny na placu Świętego Piotra w niemal fizyczny sposób pozwalał doświadczać nam swojej obecności.

Powrót do klasztoru przy via Merulana to była droga z sercem przepełnionym wdzięcznością i radością. W refektarzu, gdzie każdy z nas po powrocie zasiadał do posiłku, dzieliliśmy się wrażeniami i przeżyciami, towarzyszącymi nam w czasie uroczystości. I właśnie wtedy, gdy już wróciliśmy do domu, zaczął padać deszcz. Niebo, które do tej pory ze względu na wielomilionowy tłum pielgrzymów, powstrzymywało się od wyrażenia swojego żalu i tęsknoty, właśnie wtedy, nie mogąc wytrzymać już dłużej, łzami deszczu wyraziło swój smutek i żal po tym, który nas opuścił.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze