Misje – lekcja dialogu – rozmowa z o. Kasprem Kaproniem OFM

13 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wznawiamy cykl #PytaniaPonadGranicami. Będzie jednak ukazywał się w nieco innej formie niż dotychczas. Każda z rozmów przedstawi pracę misjonarzy z innego zakątka świata. Zapraszamy!

O tym jak należy pojmować „misje”, czym jest dobrze rozumiana inkulturacja i jak wygląda praca w Boliwii z o. Kasprem Kaproniem rozmawia Michał Jóźwiak. 

 

Papież Franciszek porównuje Kościół ze szpitalem polowym. Czy pierwszą linią frontu Kościoła  misje? Tutaj trzeba szczególnie mocnego świadectwa misjonarzy, a i warunki głoszenia Dobrej Nowiny są czasem szczególnie trudne. 

Pojęcie „misji” wymaga doprecyzowania. Już Jan Paweł II w adhortacji „Christifideles laici” w 1989 r., trafnie określił nową sytuację misyjną Kościoła: „Całe kraje i narody, w których niegdyś religia i życie chrześcijańskie kwitły i dały początek wspólnocie wiary żywej i dynamicznej, dzisiaj wystawione są na ciężką próbę, a niekiedy podlegają procesowi radykalnych przemian wskutek szerzenia się zobojętnienia, sekularyzmu i ateizmu. Chodzi tu przede wszystkim o kraje i narody należące do tak zwanego Pierwszego Świata, w których dobrobyt materialny i konsumpcjonizm, aczkolwiek przemieszane z sytuacjami zastraszającej nędzy i ubóstwa, sprzyjają i hołdują zasadzie: „żyć tak, jak gdyby Bóg nie istniał”. Wobec zaistniałej sytuacji Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris missio” z 1990 r. wyróżnił trzy różne formy działalności misyjnej Kościoła, biorąc pod uwagę różne konteksty i sytuacje, w jakich misja jest urzeczywistniana. Są to: 1) działalność duszpasterska prowadzona w krajach, gdzie istnieją wspólnoty chrześcijańskie, które posiadają odpowiednie i solidne struktury kościelne; 2) „nowa ewangelizacja” albo „re-ewangelizacja” w krajach o chrześcijaństwie dawnej daty, ale czasem również w Kościołach młodych, gdzie całe grupy ochrzczonych utraciły żywy sens wiary albo wprost nie uważają się już za członków Kościoła, prowadząc życie dalekie od Chrystusa i od Jego Ewangelii, i 3) misja „ad gentes” prowadzona w krajach gdzie Chrystus i Jego Ewangelia nie są znane.

Czyli mamy nieco fałszywe skojarzenia z misjami? 

Trudno utrzymać prosty schemat zakładający podział na Kościół zakorzeniony w krajach tradycyjnie chrześcijańskich, gdzie należy prowadzić zwyczajne duszpasterstwo i Kościół, który dopiero należy zakładać na terenach misyjnych. Działalność misyjna dzisiaj dotyczy przecież także tych, którzy utracili sens wiary lub nie żyją według wymagań Ewangelii. Bardzo wyraźnie mówił o tym Benedykt XVI w przemówieniu do uczestników sympozjum z okazji 40. rocznicy soborowego dekretu Ad gentes (2006 r.): „Pojęcie missio ad gentes jest znacznie szersze i nie można odnosić go jedynie do kryteriów geograficznych czy prawnych. Prawdziwymi adresatami misyjnej działalności Ludu Bożego nie są bowiem tylko narody niechrześcijańskie i odległe ziemie, ale również środowiska społeczno-kulturalne, a zwłaszcza serca”.

Dlatego każdy z nas powinien czuć się misjonarzem. 

Jezusowego wezwania: „Idźcie na cały świat”, nie można rozumieć tylko w znaczeniu geograficznym, lecz w sensie przenikania Ewangelią wszystkich sfer rzeczywistości ziemskiej i kultury. W tym znaczeniu, oczywiście biorąc pod uwagę wszelkie uwarunkowania lokalne, nie ma dużej różnicy pomiędzy Polską, krajami zachodniej Europy, Boliwią w której mieszkam pracuję, innymi krajami Ameryki lub Afryką. W każdej tych rzeczywistości pierwszym narzędziem ewangelizacji jest zawsze świadectwo życia autentycznie chrześcijańskiego: życia wiernego Chrystusowi, życia naznaczonego ubóstwem, świętością, wolnością. Nie ma lepszego sposobu ewangelizacji niż Ewangelia wcielona w życie. Święty Franciszek zachęcał braci: „Zawsze głoście Ewangelię, a gdyby okazało się to konieczne, także słowami”. Paweł VI natomiast trafnie zauważył: „Współczesny świat potrzebuje bardziej świadków aniżeli nauczycieli. A jeżeli słucha nauczycieli to dlatego, że są świadkami.” Współczesny świat potrzebuje przede wszystkim świadectwa. Chrześcijanie powinni tak żyć, żeby zadziwiać innych swoją uczciwością, dobrocią, miłością do każdego człowieka. Kiedy inni to zobaczą i zadziwią się, że można tak żyć, sami zapytają: „Jak ty to robisz?”. Jest to model ewangelizacji doskonale znamy z Dziejów Apostolskich: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne… Lud zaś ich wychwalał. Coraz bardziej też rosła liczba mężczyzn i kobiet, przyjmujących wiarę w Pana”.

Boliwia, fot. Kasper Kaproń OFM

Jak wygląda praca w Boliwii? 

Obecnie pracuję w dużym mieście, gdzie przy niewątpliwych dysproporcjach w rozwoju ekonomicznym pomiędzy krajami Europy a Boliwią, to jednak standard życia mieszkańców jest ogólnie wysoki. Oczywiście całkiem inna sytuacja jest w wioskach, gdzie mieszkańcy do tej pory pozbawieni są elektryczności, podstawowej opieki zdrowotnej, dostępu do edukacji. Niestety rażące dysproporcje w rozwoju ekonomicznym, to jeden z najpoważniejszych problemów współczesnego świata i źródło takich zjawisk jak migracja oraz przestępczość i terroryzm. Sposobem wyeliminowania negatywnych zjawisk nie jest jednak budowa kolejnych murów i stwarzanie kolejnych ograniczeń, lecz zmniejszanie tych wielkich dysproporcji, które istnieją w świecie.

Czy misje to może być dla nas lekcja współistnienia wielu kultur i dialogu? Wydaje się, że jest to lekcja dzisiaj szczególnie ważna. 

Ewangeliczny nakaz: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody” jest czytelny i nie wymaga głębszych, egzegetycznych interpretacji. Warto jednak zwrócić uwagę na cały proces dokonującego się nawrócenia jako konsekwencji realizacji powyższego nakazu. Zbyt często koncentrujemy się na zadaniu nauczania, przekazywania doktryny, a zapominamy, że pierwszym słowem nakazu jest „idźcie”, a dopiero później pojawia się słowo „nauczajcie”. Pierwszym zadaniem, jakie stawia Jezus swoim uczniom, jest wyruszyć. Wyruszyć od siebie. To właśnie w zetknięciu z innymi ludźmi, inną rzeczywistością, inną kulturą, w trudnościach związanych z brakiem możliwości swobodnego komunikowania się, w pewnym osamotnieniu człowiek odkrywa prawdę o sobie. Jest to bolesny proces oczyszczenia i nawrócenia, który dokonuje się o wiele bardziej w tym, który został posłany, niż w tych, do których jest się posłanym. O wiele bardziej jest to nawrócenie w wymiarze „ad intra”, niż w przestrzeni „ad extra”. 

To chyba proces wielowymiarowy? 

Jest to proces, który dotyczy zarówno płaszczyzny moralnej, jak i religijnej człowieka. W płaszczyźnie moralnej wyruszenie i opuszczenie swego środowiska jest jedyną w swoim rodzaju szkołą pokory. Bariery związane z odmiennością kulturową miejsca, do którego zostało się posłanym, trudności związane z odmiennością języka, konieczność zmiany utrwalonych nawyków i przyzwyczajeń, brak osób, które stanowiły naturalne oparcie w chwilach trudności; to wszystko powoduje bunt, chęć rezygnacji i ucieczki lub też skłania do tego, aby przewartościować swoje dotychczasowe sposoby na życie i złożyć całkowitą ufność w Bogu. Każdy, kto doświadczył tego procesu, doskonale wie, na czym on polega. Przychodzą chwile załamania, siły ludzkie okazują się słabe. To na tym etapie wielu załamuje się i wraca. Inni z głębokości własnej słabości zwracają się do Boga w pokornej modlitwie, ufając Bożemu zapewnieniu: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”. W znaczeniu religijnym natomiast, poprzez spotkanie z całkowicie odmienną kulturą, dokonuje się proces oczyszczenia własnego wizerunku Boga. W pewnym sensie każdy z nas posiada pewne wyobrażenie Boga. Nosimy w sobie obraz Boga, który wytworzony został przez język i kulturę do której należymy. W zetknięciu z odmienną kulturą, na drodze właściwie rozumianej inkulturacji następuje proces oczyszczania się z obrazów, które są związane z kulturą kraju pochodzenia i otwieramy się na Tego, którego nie można zamknąć językiem jakiejkolwiek kultury. Przestajemy być panami Boga (lub lepiej: stworzonego przez siebie lub przekazanego nam o Nim wyobrażenia), a stajemy się sługami Nieogarnionego. Jest to droga, która zaprowadzić nas może do mistycznego spotkania z tym, który jest Totaliter Alius… całkowicie inny.

Zadaniem Kościoła jest przedstawianie Boga takiego, jakim On jest. Tymczasem zawsze konfrontuje się to z wyobrażeniami danej społeczności i jej kultury. Jak znaleźć tę granicę pomiędzy fałszywym obrazem Boga a kulturową formą, która siłą rzeczy będzie kształtowała nasze wyobrażenie o Bogu? 

Spotykając się z inną kulturą, wielokrotnie człowiek staje przed problemem wskazania wyraźnej granicy między tym, co stanowi nienaruszalny depozyt wiary i Objawienia, a tym, co jest tylko kwestią języka lub też sposobu wyrażenia tej tajemnicy. Osobiście jestem dzieckiem szeroko pojętej kultury europejskiej i przebywając obecnie w świecie całkowicie odmiennym kulturowo, wielokrotnie doświadczam zderzenia, konfliktów i niezawinionych prób przekazywania wzorców zachowań typowych dla mentalności Europejczyka. A przecież nie przychodzę tutaj kolonizować kulturowo, narzucając tutejszej społeczności formy życia lub też sposoby pracy Europejczyka, a jedynie pragnę głosić Chrystusa i Jego Dobrą Nowinę o zbawieniu. W zderzeniu z odmiennością kulturową i w poszukiwaniu odpowiedzi dotyczących tego, co zmienne i tego, co niezmienne; tego, co nas łączy jako ludzi i tego, co nas odróżnia jako inna kultura, rodzi się zatem pytanie o to, co jest zmiennym, a co niezmiennym na płaszczyźnie wiary. Jest to droga, która prowadzi do odkrywania Boga, który jest ponad wszelkimi wyobrażeniami kulturowymi. Jest to moment kryzysu, w dosłownym, etymologicznym znaczeniu tego słowa. Jest to punkt przesilenia, rozstrzygnięcia. Oczywiście może nastąpić całkowite zanegowanie wszystkiego. Na płaszczyźnie religijnej może pojawić się relatywizm w kwestiach odnoszących się do Boga (skoro nie ma jakiś ogólnych wzorców, tak więc wszystko jest zmienne). Można jednak na tym etapie wejść na wyższy poziom wiary i pozwolić, aby to tajemnica pochłonęła człowieka, bo przecież żaden obraz, wyobrażenie czy też teologiczny koncept nie są w stanie zamknąć tego, który jest Tajemnicą.

Boliwia, fot. Kasper Kaproń OFM

Poznanie innej kultury to spojrzenie na ten sam świat zupełnie innymi oczami. To niezbędne, żeby móc rozumieć drugiego człowieka i skutecznie mówić mu o Bogu? 

Jestem franciszkaninem i myślę, że jako franciszkanie jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji. Cała struktura naszego zakonu ułatwia nam to wychodzenie w kierunku nowych kultur, a przez to odkrywanie siebie i Boga. Dobrze byłoby, gdybyśmy przemyśleli nasze zakonne modele formacji i przynajmniej jeden z etapów formacji (np. etap studiów teologicznych) realizowali w środowisku kulturowo odmiennym od tego, w którym przyszliśmy na świat. Jest to model, który oczywiście wymaga porzucenia pewnego bezpieczeństwa, wyrzeczenia się tego, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jest to jednak niepowtarzalna okazja do otwarcia się na różnorodność kulturową świata i pomaga w spotkaniu z drugim człowiekiem. Jest to podróż w głąb siebie samego i wznoszenie się ku tajemnicy Boga.

Chrześcijanie w Boliwii stanowią około 90% społeczeństwa. To kraj, który zna Chrystusa, ale pracy misyjnej chyba tutaj nie brakuje? 

Boliwia to kraj o wielkim bogactwie kulturowym i religijnym. Tutejsze chrześcijaństwo zdecydowanie jednak odbiega w formach przeżywania wiary od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Na tutejszy sposób przeżywania Boga wpływ mają liczne elementy z pogranicza magii i zabobonu. Nieobce jest tutaj zjawisko synkretyzmu. Wielkim wyzwaniem dla Kościoła jest ekspansja różnego rodzaju sekt wywodzących się z protestantyzmu. Chrześcijaństwie w Boliwii to swoista mozaika religijna.

Jak Boliwijczycy praktykują swoją wiarę? 

Boliwijczycy to bez wątpienia ludzie religijni, którzy wierzą wiarą ludu ubogiego: otrzymali sakramenty chrześcijańskiego wtajemniczenia, mają swoje domowe kapliczki, w których czczą Matkę Bożą, oddają cześć wizerunkowi Chrystusa, przynajmniej raz do roku udadzą się w procesji do jednego z sanktuariów, gdzie zapalą świece przed wizerunkiem Matki Najświętszej lub Chrystusa. Wielu z nich uczestniczy w nabożeństwie drogi krzyżowej i w procesji z grobem Pańskim w Wielki Piątek, a już na pewno wszyscy odwiedzają swych zmarłych na cmentarzu, modlą się za nich i kładą na ich grobach kwiaty. A równocześnie wszystko to, bez najmniejszego problemu, współgra z elementami kultów rodzimych i przedkolumbijskich. Poważnym problemem tutejszego Kościoła jest bark wystarczającej liczby osób duchownych. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego pomimo prawie 500 lat ewangelizacji Kościół w znacznej mierze nadal musi liczyć na duchownych przybywających z zewnątrz? Jest to zjawisko złożone i nie jest łatwo wskazać tylko jedną przyczynę. Są diecezje, gdzie nie brakuje powołań, ale są też obszary (szczególnie Amazonii), gdzie Kościół nadal oparty jest przede wszystkim na misjonarzach w przybywających z zewnątrz. Pracy na pewno nie brakuje. Wystarczy wspomnieć o wioskach, gdzie kapłani przybywają co najwyżej jeden raz w roku, a nawet rzadziej, a przecież mieszkają tam osoby ochrzczone, pragnące stałego dostępu do sakramentów. Z nadzieją zatem myślimy o zbliżającym się Synodzie na temat Kościoła w Amazonii.

Nie bez znaczenia są też młodzi, którzy niekoniecznie widzą w Kościele swoje miejsce. 

Jasne. Pojawiają się też nowe wyzwania. Młodzi Boliwijczycy wzrastają w świecie Facebooka: w świecie, który jest dla nich globalną wioską. W ich życiu dokonuje się proces zderzenia kultur, tradycji i wiary ich rodziców ze współczesnością laicką, globalizacją kulturową, obojętnością religijną i praktycznym agnostycyzmem, które to zjawiska są już obecne w Boliwii. Chrześcijaństwo w Boliwii przypomina budynek, którego fundamenty jeszcze dobrze nie osiadły, a już musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami współczesności. Z perspektywy tej jednak najlepiej szukać odpowiedzi na temat przesłania jakie Kościół ma do zaoferowania współczesnemu światu w jego aktualnym momencie dziejowym. Czy nie należałoby wyjść od rzeczywistego życia ludu, jego codzienności, od jego kultury, jego wiary, ale i wątpliwości i zagubienia? Zmierzenie się z rzeczywistością powinno skłonić nas do odpowiedzi na pytanie: co znaczy ewangelizować dzisiaj świat? Aby móc głosić Jezusa, który przyszedł dać światu nadzieję musimy zdobyć się na odwagę zmierzenia się z pytaniami dotyczącymi duszpasterstwa, ewangelizacji, katechezy, sposobów wprowadzenia w wiarę. Być misjonarzem i pracować na tym terenie to wspaniałe i ubogacające doświadczenie. W kontakcie z tutejszym ludem, wchodząc z nim w dialog, uczymy się, że są oni nie tylko adresatami nauczania, lecz przede wszystkim aktywnym podmiotem ewangelizacji i całej misji Kościoła. Tutaj naprawdę doświadczamy tego, że Kościół jest przede wszystkim ludem, a nie strukturą.

Boliwia, fot. Kasper Kaproń OFM

W styczniu na ulicach Boliwii było niespokojnie. Dochodziło do strajków i manifestacji. Sytuacja społeczna nadal jest niespokojna. Czy odbija się to na misjonarzach lub boliwijskim Kościele? 

Od 2006 r. w Boliwii rządzi „Ruch na Rzecz Socjalizmu” na którego czele stoi Evo Morales, pełniący funkcję prezydenta kraju. Jest to partia typowo populistyczna, która zwyciężyła miedzy innymi głosząc hasła dekolonizacji oraz przedstawiając siebie jako obrońcę praw rdzennej ludności indiańskiej. Kościół ukazywany jest przez obóz władzy jako obca kulturowo struktura, a wręcz narzędzie kolonizacji. W 2009 r. została proklamowana nowa konstytucja, zgodnie z którą chrześcijaństwo przestało być religią państwową. Do sporów na linii Kościół – państwo dochodziło wielokrotnie. Warto przypomnieć próbę nacjonalizacji obiektów kultu w 2013 r., kiedy to przedstawiciele władz zarzucili Kościołowi, że nie dba o zabytki, a wręcz ułatwia dokonywania kradzieży. Napięcie na linii boliwijski rząd – Kościół katolicki wywołał także list pasterski Konferencji Episkopatu, w którym hierarchowie wyrażali troskę wobec coraz większych problemów jakie, ich zdaniem, stwarza w Boliwii fakt, że kraj ten jest „producentem, miejscem tranzytu i konsumpcji narkotyków”. W dokumencie biskupi stwierdzili m.in. że przemyt narkotyków to zjawisko, które spenetrowało ośrodki władzy i to na najwyższych szczeblach. Słowa te wywołały ostrą reakcje prezydenta. Kościół także wielokrotnie krytykował niektóre projekty ustaw, takie jak dotyczące legalizacji małżeństw homoseksualnych, dopuszczające aborcję czy wprowadzające „trzecią płeć”. Na skutek działań Kościoła i silnego oporu społecznego żadna z wymienionych ustaw ostatecznie nie weszła w życie. Prezydent Evo Morales starał się także stworzyć w Boliwii Kościół narodowy mający służyć realizacji polityki rządu i całkowicie mu podporządkowany ideologicznie.

Jak by to miało wyglądać w praktyce? 

W styczniu tego roku przedstawiono projekt znowelizowanego prawa karnego, gdzie znalazł się zapis dotyczący przestępstwa rekrutacji lub nakłaniania do udziału w organizacjach zbrojnych lub w grupach religijnych. Artykuł mówił o możliwości popełnianiu przestępstwa w momencie „agitowania, transportowania, przekazywania lub przyjmowania ludzi w celu ich uczestniczenia w organizacjach religijnych”. Czyny te miały podlegać karze pozbawienia wolności od 5 do 12 lat. Według komentatorów nowe prawo mogło stać się okazją do popełniania poważnych nadużyć. W praktyce bowiem można było ukarać każdego, kto prowadzi działalność ewangelizacyjną, przewozi samochodem do kościoła np. chorą osobę lub zaprasza kogoś na nabożeństwo. Przez grupę religijną można też rozumieć zakon. W konsekwencji zatem wszelka działalność powołaniowa mogła być rozumiana jako próba werbunku. Także i tym razem nowe propozycje prawne doprowadziły do manifestacji społecznych i rząd kolejny raz musiał ustąpić. To mogłoby rysować bardzo negatywny obraz i stwarzać wrażenie sytuacji Kościoła prześladowanego. Nie czujemy się jednak Kościołem prześladowanym. Musimy bowiem pamiętać, że Kościół w Boliwii cieszy się o wiele silniejszym poparciem społecznym niż rząd, co sprawia, że sprawujący władzę liczą się z głosem Kościoła. Sam prezydent szuka poparcia u papieża i często powołuje się na więź, jaka rzekomo miałaby go łączyć z Franciszkiem. Należy też otwarcie przyznać, że niektóre decyzje rządu (np. o przejęciu przez państwo złóż ropy naftowej i gazu ziemnego, czy też różne formy pomocy społecznej) miały wpływ na widoczną poprawę sytuacji ekonomicznej i gospodarczej kraju i sprawiły, że stopień dysproporcji społecznych uległ znacznemu zmniejszeniu. 

 

Rozmawiał Michał Jóźwiak 

 

Misje – lekcja dialogu – rozmowa z o. Kasprem Kaproniem OFM
5.7 (95%) 4 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze