Fot. pixabay

W tym kraju dzieje się jeden z największych cudów [ROZMOWA] 

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Rwanda to kraj, który wciąż kojarzy się z ogromnym ludobójstwem, które miało miejsce w latach 90-tych. Szacuje się, że życie straciło wtedy od 800 000 do 1 071 000 ludzi. Ale w tym kraju, dosłownie zmiażdżonym przez wojny, dzieje się też jeden z największych cudów. Gosia miała okazję zobaczyć go na własne oczy. 

Gosia Karłyk, misjonarka z Przymierza Miłosierdzia, w tym roku była na misji w Rwandzie. Zobaczyła cuda? Myślę, że śmiało można tak to nazwać. Cud przemiany serca. Cud pojednania. Coś, co zupełnie nie mieści się w głowie. Tylko pojednanie jest drogą wyjścia. 

Justyna Nowicka: Gosiu, nie bałaś się pojechać do tak – też mentalnie – zmasakrowanego kraju? 

Gosia Karłyk: To zabawne, że Przymierze Miłosierdzia zawsze trafia do miejsc, w których coś się działo. Kiedy przyjechaliśmy latem do tego miejsca, mogliśmy zobaczyć zakończenie i owoce „drogi pojednania”. I oficjalne pojednanie. To było naprawdę mocne doświadczenie. 

>>>„Widziałem, jak mojej siostrze pocięto twarz”. Rwanda i świat wspomina tragiczne wydarzenia [ZDJĘCIA]

Fot. pixabay

A co to za „droga pojednania”? 

Jest to grupa, w której ofiary i sprawcy spotykali się przez około rok po to, żeby „ćwiczyć” przebaczenie i miłosierdzie. Mieli rok na to, żeby „nauczyć się” przebaczać.  

Kiedy grupa powstawała pojechali tam misjonarze Przymierza Miłosierdzia z Belgii. Mieli pomóc księdzu w poprowadzeniu tego dzieła, w głoszeniu Słowa Bożego. Na początku tej drogi obie grupy nie potrafiły nawet spojrzeć na siebie. Bali się siebie nawzajem. Nie tylko ofiary bały się sprawców, ale także sprawcy bali się tego, że ofiary mogą również je zaatakować, że mogą chcieć się zemścić. 

Rok to w sumie bardzo krótko, jeśli weźmie się pod uwagę to, że to nie były błahe rzeczy. Ktoś mógł np. ciężko mnie zranić i wymordować mi pół rodziny. Czy udało się obu grupom osiągnąć zamierzony cel? 

Były takie dwa najmocniejsze momenty, które nas spotkały w tej wspólnocie pojednania. 

Jeden miał miejsce w sobotę, dzień przed tym, kiedy miała mieć miejsce msza pojednania. Było to podczas kolacji. Siedziała cała nasza grupa. Była też kobieta i mężczyzna. I oni zachowywali się, jak najlepsi przyjaciele, jakby się znali z piaskownicy. Cały czas żartowali, rozmawiali, podawali sobie chleb. Miałam wrażenie, że mają bardzo bliską relację. 

Ta kobieta miała dużą bliznę na czole. I proboszcz na nią wskazał i mówi: Zobaczcie tę jej bliznę. To jest właśnie ofiara z ludobójstwa. I zaczął opowiadać, że tym, który ją tak skrzywdził i zabił pół jej rodziny jest mężczyzna, który siedzi obok niej i obok nas. I w moim wnętrzu słyszałam jak mówię do siebie: „O matko! I co teraz?”. I kiedy patrzyłam na nich, zadawałam sobie pytaniaAle jak to jest możliwe? Jak można być w takiej relacji?. 

A teraz siedzisz z nim i jesz kanapkę. 

I żartujesz, tak jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Do końca nie potrafię sobie tego wyobrazić. 

>>>Jak wybaczyć swoim oprawcom? [WIDEO]

Fot. pixabay

Bardzo ciekawi mnie to, w jaki sposób i ofiary i sprawcy trafili do tej grupy? Jak to się stało, że chcieli wejść na taką drogę? 

Ludzie różnymi drogami trafili do tej grupy. Jedna z kobiet opowiadała, że wiedziała, że w parafii powstaje taka grup przebaczenia, ale jej to nie interesowało. Ale pewnego razu do jej domu przyszedł sprawca i próbował powiedzieć jej „dzień dobry” i zainteresować ją taką grupą. Chciał prosić ją o przebaczenie i o to, by też dołączyła do tych spotkań, do tej drogi. Za pierwszym razem ona się nie zgodziła. Ale za jakiś czas wrócił, by jeszcze raz ją zaprosić. I kobieta w końcu dołączyła. 

Niektórzy sami szli do tej grupy. Czasami sprawcy prosili ofiary, by dołączyły do grupy, by mogli się z nimi pojednać. By mogli te ofiary przeprosić i uzyskać przebaczenie. A czasami ofiary szły i prosiły sprawców, by dołączyli do tej drogi.  

Mówiłaś, że był jeszcze jeden mocny moment podczas pobytu w tej parafii.   

Tak, to była msza święta następnego dnia, która trwała siedem godzin.  

Kiedy siedziałyśmy w kościele i przypomniałam sobie opowieści o tym ludobójstwie – że rzeki płynęły krwią, że wszędzie leżały ciała – i spojrzałam na tych 30 mężczyzn, to trudno mi było sobie wyobrazić, że oni kiedyś chodzili z maczetami i szukali dzieci po zaroślach, by je zabić. Trudno było połączyć te dwa obrazy. Trudno było połączyć widok ich w kościele z tym, co kiedyś robili.  

Na mszy świętej w pewnym momencie ksiądz zaprosił sprawców, by ustawili się wzdłuż ołtarza. Zbrodniarze stoją przed ołtarzem. Ile odwagi i pokory trzeba mieć, żeby wyjść przed ołtarz i powiedzieć: „Tak, to ja zamordowałem. Ofiary stały za nimi i każdy położył rękę na ramieniu drugiego. I wszyscy obecni w kościele modlili się. To było niesamowicie mocne przeżycie. Trudno było powstrzymać łzy.  

Później był czas świadectw. Jeden ze sprawców mówił: Słyszałem grupę dzieci przy drzewie. I wysłałem trzech mężczyzn, żeby je zamordowali. To były dzieci kobiety, która stała obok niego. I ona słuchała tego cały czas. Za chwilę chwyta go za rękę i mówi: Ja mu wybaczyłam. Przeszliśmy razem tę drogę. Miłosierdzie Boże jest nieskończone. 

Fot. pixabay

To się nie mieści w głowie. 

Kiedy słucham takiego świadectwa, to uświadamiam sobie, że miłosierdzie Boże nie mieści mi się w głowie. To, co się wydarzało, jest ogromne, ale przecież miłosierdzie Boga jest jeszcze większe. To, co wydarzyło się w Rwandzie, to jest coś wielkiego, ale wciąż jest tylko procentem tego, jakie miłosierdzie Bóg ma dla nas wszystkich.  

Duchowo jest to bardzo mocne. Zwłaszcza, kiedy uświadomimy sobie, że Bóg miłosierny wyciąga ramiona do kogoś, kto wymordował pół wioski, ale tego żałuje. Niestety, jest jeszcze wielu, którzy nie przyjmują do wiadomości, że to, co robili, to było ludobójstwo.  

Mam nadzieję, że tak będzie w niebie. Że staniemy, a za nami będą ci, których być może skrzywdziliśmy, ale oni nam przebaczyli i w ten sposób przybliżyli nas do nieba. Mam nadzieję, że będą tam otwierać dla nas drzwi. 

>>>#MisyjnyWtorek – Rwanda 

Zobacz także
Wasze komentarze