Wiosna, czas się zakochać! 

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nie robiąc sobie nic z brexitu, na przyrodniczy, a zarazem pobożny i ogólnoludzki temat rozmawiają dwie misjonarki oddzielone kanałem La Manche: s. Monika pracująca w Londynie i s. Agnieszka z Brukseli.  

 AgnieszkaSiostro, wiosna idzie. Jak się masz? 

 MonikaZ cyklu „Znalezione w Internecie”: Dobrze być gąsienicą. Jesz, jesz, jesz, kładziesz się, śpisz, śpisz, śpisz, wstajesz – piękność. 

A: O, dobre! Ale znam nieco trudniejszą poezję na ten sam temat, bo to jednak chyba nie jest takie proste jak nam się wydaje. Posłuchaj i trzymaj się fotela – w pewnym momencie robi się dość ostro.  

M: Tekst dobry na ten czas dla mnie. 

A: Czy możemy zatem pociągnąć wątek larw i robactwa? Który fragment porusza cię najbardziej?  

M: Może to: Larwa poczwarna, larwa taka brzydka, skąd ma wiedzieć, że rosną jej skrzydła. I motyl, który bał się śmierci larwy. Znam te stany. 

A: Może to tak ma być, że przez całe życie się „stajemy”, tylko kiepsko z naszą zgodą na taki stan rzeczy, na takie bycie „niedokończonym”.  

M: Takie przepoczwarzanie się jest bliskie wszystkim, którzy doświadczają swojej biedy. Często podejmujemy walkę, widząc tylko brzydką larwę, a nie rosnące jej skrzydła.  

A: Ktoś mi niedawno powiedział, że Bóg kocha proces. 

M: Jestem przekonana, że Pan Bóg kocha proces. I kocha nas w tym procesie. Myślę, że bez bólu wykuwania człowieka relacja z Bogiem nie byłaby tak żywa i autentyczna. Uderzania dłuta wydobywają głębsze warstwy, zbliżamy się do jądra siebie, odpadają z nas kamienne, martwe skorupy i stajemy się żywymi kamieniami Jego Świątyni.  

Jakiś czas temu Pan Bóg powiedział mi, że jeśli chcę przybliżyć się do Niego, potrzebuję przybliżyć się do samej siebie. Okazuje się, że potrzeba mojej pracy na człowieczeństwie, żebym poszła głębiej w duchowości. Dla mnie tym dłutem jest poznawanie i przyjmowanie prawdy o sobie, o tym, kim jestem, skąd pochodzę, jakie dziedzictwo dostałam od  najbliższych. 

A: Taka droga do wnętrza jest chyba właśnie najtrudniejsza. Bo to jest twarde „samo życie”, całkiem konkretna walka ze sobą o prawdę i prostotę. Zmaganie. Tymczasem Słowo stało się Ciałem – jak pisze Jan Ewangelista i w jakimś sensie, to Słowo „wycięło nam numer”, bo stało się sarx. To się w głowie nie mieści, że tak właśnie Pismo Święte, czytane wprost po grecku mówi o Jezusie, który przyjął nasze człowieczeństwo. Spotkałam tłumaczenie słowa sarx jako mięso. Jan napisał tak szokująco, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że ludzkie ciało Jezusa było dokładnie takie samo jak nasze. 

Przyjęcie tego ciała oznacza przecież także przyjęcie tych jego najtrudniejszych aspektów: mozołu, potu, trudu, „niekochanych” emocji. On, chociaż nigdy nie zgrzeszył, wziął na siebie skutki naszych grzechów. A z nami jest jak w tej wytartej anegdocie: wolimy mówić, że Pan Jezus nie chodził tylko kroczył… itp. To jest chyba taka ogólnoludzka pokusa – toczyć życie duchowe dwa metry ponad ziemią. To, co cielesne, jest „fuj”. Jezus, który przyjmuje, takie zwykłe ludzkie ciało kompletnie nas z tego odziera. W rozważaniach jednej z Ekstremalnych Dróg Krzyżowych ktoś napisał, że Jezus biegał, chodził po górach, trenował, żeby mieć świetną kondycję.. (uwaga!) przed Męką. Co w Tobie „robi” taki obraz? 

M: Taka Jezusowa, fizyczna zaprawa przed centralnym wydarzeniami Zbawienia? Hm… myślę, że aby udźwignąć krzyż, na którym skoncentrowana się bieda, ciężar i brzydota całej ludzkości, potrzebował siły mięśni. Patrzę też na Jego upadki i widzę, że jednak nie osiągnął maksymalnej siły męskiego bicepsa. Ale doszedł. Nie tylko przetrwał, lecz świadomy wszystkiego, bez znieczulaczy, oddaje Ducha. Wniosek: siła ducha znaczy więcej niż siła ciała. „Mięso” – jak mówisz… 

A: Nie ja, tylko św. Jan Ewangelista (śmiech). 

M: …ono wielokrotnie ciągnie w dół. Jeśli jednak podnoszę się ze wzrokiem  utkwionym w Jego oczach, mój duch może się umocnić. Jezus przekonuje mnie, że jestem kochana za darmo. Co ja mogę Mu dać? Mogę odpowiedzieć na tę miłość, która daję mi wolność, poszerza serce, mogę oddychać pełną piersią. Jestem przyjęta w całości! Ale trzeba mieć cierpliwość do procesu „stawania się”, który może trwać latami. We mnie on ciągle się toczy. 


A: A dla mnie te upadki – trudno mi się o tym mówi, bo nie lubię patosu, a wiem, że to może zabrzmieć górnolotnie – nawet te upadki są miejscem bliskości. Pytam sama siebie, kim jest Bóg, który pozwolił napluć sobie w twarz? Dla Jezusa przyjęcie ludzkiego ciała to nie było „zło konieczne”.  

To jest świetne, że w naszych domach często mieszkamy przez ścianę z Najświętszym Sakramentem. Kiedyś (w młodości zakonnej) miałam poważny dylemat: czy powinnam zasypiać plecami do ściany, za którą mieszka Pan Jezus. I wiesz, co mi powiedział pewien mądry spowiednik? „Aga, a co ty myślisz? Że Pan Jezus cię z tyłu nie kocha?”  

M: Super! Ta Jego Miłość chce ogarniać w nas wszystko. Może zwłaszcza to, co tak często chowamy przed Nim za plecami. Sama często z powodu różnych lęków chowam się w krzakach jak Adam w Raju.  Jezus cierpliwie uczy mnie z nich wychodzić. 

A: Właśnie taki Jezus najbardziej mnie przyciąga. A najbardziej kiedy mówi: Teraz dusza moja doznała lęku i co mam powiedzieć? Ojcze ocal Mnie od tej godziny? Ale właśnie przyszedłem na tę godzinę… (J 12, 27) W tych słowach autentycznie zakochuję się w Jezusie.  

M: Tak, zakochać się w Słowie to zakochać się w Nim. 

A: I jeszcze to: Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. (J 10, 17-18). Jaka to jest wolność! W tym „moim” słowie Jezus jest jednocześnie zdeterminowany i zawadiacki. Prawdziwie męski. Nigdy nie znałam nikogo takiego.  

M: Jeśli o mnie chodzi, od wielu lat prowadzi mnie Jego obietnica: Będziesz prześliczną koroną w ręku Pana, królewskim diademem w dłoni Twego Boga, nazwą Cię moje w niej upodobanie. Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak Twój Budowniczy ciebie poślubi (por. Iz 62). 

Całość tego Słowa jest mi bliska. On czyni mnie coraz piękniejszą. Jem, jem to Słowo, kładę się spać i budzę się piękna. Zupełnie jak gąsienica (śmiech). On mnie buduje, pracuje nad detalami dniem i nocą, jest ekspertem od dekoracji wnętrz. A że czasem, trzeba użyć dłuta, przekopać ogródek, podciąć krzewy… Mnie taki Jezus, bardzo urzeka. 

A: Cóż, wiosna przyszła. Jak to dobrze zakochać się ze wzajemnością (śmiech). 

Fot. główne: Agnieszka Eltman

Wiosna, czas się zakochać! 
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze