fot. unsplash

Za więziennymi kratami rodzi się Chrystus [REPORTAŻ]

10 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Duża sala przy parafii Matki Bożej Królowej Pokoju na wrocławskich Popowicach jest po brzegi wypełniona gośćmi. W okolicach świąt Bożego Narodzenia duszpasterze organizują tutaj tradycyjne spotkania opłatkowe dla grup parafialnych. To, na które trafiłem jest jednak nietypowe, inne niż wszystkie. I może właśnie dlatego tak bardzo potrzebne. 
 
Pokrywające ciała tatuaże, ogolone głowy i rozbudowane mięśnie siedzących przy odświętnie nakrytych stołach mężczyzn rozwiewają moje wątpliwości, czy na pewno dotarłem na właściwe wydarzenie. To tutaj – wigilia dla mężczyzn osadzonych we wrocławskim areszcie śledczym i zakładzie karnym “na Fiołkach”. Każdy z nich trafił tam z innego powodu. Każdy z nich popełnił w życiu wiele zła. Ale w każdym z nich kryją się też pokłady dobra. Wbrew moim oczekiwaniom, to właśnie przeczucie o tym, że dobro jest w nich, uderza mnie już od progu. 

Przeczytaj też tę historię >>> W więzieniu spotkałem Boga – były gangster opowiada swoją historię

fot. unspash

Nie stracili rodziny i własnej godności 

Choć to wigilia zakładów karnych dla mężczyzn, wśród gości znajduje się sporo kobiet i dzieci. Spotkanie jest dla osadzonych nie tylko szansą na spędzenie kilku godzin poza celą, ale też jedną z nielicznych okazji do zobaczenia się z rodziną. W ciągu roku takich chwil jest jak na lekarstwo. Więzienne sale widzeń z pewnością nie sprzyjają ciepłej atmosferze. Tutaj jest inaczej. Ci, którzy spotkali się ze swoimi najbliższymi, nie odstępują ich teraz na krok. Cały czas trzymają się za ręce. Dzieci kurczowo obejmują nogi swoich ojców. Te mniejsze, podtrzymywane na rękach, wtulają się w szyję. Widać, że dla wszystkich to bardzo silne przeżycie.  Mężczyźni nie wstydzą się swoich emocji. Niejeden “twardy gangster” ociera łzy wzruszenia. Właśnie dzięki tym chwilom spędzonym z bliskimi wiedzą, że tam, po drugiej stronie ktoś na nich czeka i wciąż bardzo ich kocha. To daje siłę i nadzieję na każdy dzień przybliżający do odzyskania upragnionej wolności. Spotkanie ma także inny cel. Jak podkreślają organizatorzy, ci, którzy na nie przychodzą czują, że choć stracili wolność, to nikt nie odbierze im godności człowieka. Dlatego tak ważne jest to, by im o tym przypominać, by zadać sobie trud towarzyszenia i wspierania ich resocjalizacji. 

fot. unsplash

Razem, choć osobno 

Z gardeł dziesiątek osób rozlega się gromkie „Wśród nocnej ciszy”. Kapelan odmawia modlitwę i rozdaje opłatki. Wszyscy rozchodzą się, by podzielić się białym chlebem i złożyć sobie życzenia. Niektórzy podchodzą też do mnie, chociaż wcale się nie znamy. Ten gest świadczy o tym, że potrzebują dobrego słowa i życzliwego spojrzenia. Tego samego spojrzenia potrzebują też ich rodziny. Chcą rozmawiać, bo rozmowa może przynieść im ulgę.

>>> Dadaab – więzienie bez krat 

fot. Unsplash

Pani Irena żali się, że już kolejne święta spędza bez męża. Nie widziała się z nim już dłuższy czas. Nie jest łatwo godzić pracę i zajmowanie się domem z wizytami w więzieniu. Ona zostanie w domu, z córką i dwójką wnuków. Zjedzą wieczerzę, usiądą wokół choinki i pośpiewają kolędy. O północy pójdą wspólnie na pasterkę. Przez cały wieczór będą myśleć o Marku, który w tym samym czasie będzie tęsknie spoglądał na zakratowane okno celi. Wcześniej zje kolację. Tradycyjnie podadzą rybę, barszcz i pierogi. Potem czas wolny. Pójdzie na chwilę do kolegów obok. Mają pozwolenie, żeby obejrzeć razem jakiś film. Pan Marek przyznaje, że taka okazja zdarza się właściwie tylko w święta. Warunki w więzieniu do najlepszych nie należą.  – Jest jednak ktoś, dzięki komu życie tam staje się bardziej znośne – mówi, wskazując na więziennego kapelana.

Kapelan więzienny, ojciec Robert Żukowski i Sebastian Zbierański, fot. archiwum autora

Wszystkiemu błogosławi Pan Bóg  

Ojciec Robert Żukowski, oblat, pełni posługę wśród więźniów od czterech lat. Kiedy wchodzi do pomieszczenia, od razu oblegają go osadzeni. Każdy z kilkudziesięciu mężczyzn chce się przywitać i zamienić z nim choć parę słów. A on dla każdego znajduje chwilę – by spojrzeć w oczy, uścisnąć dłoń czy przyjaźnie poklepać po plecach. Temu wszystkiemu towarzyszy szczery, szeroki uśmiech. – Jak ojciec to robi? – pytam, kiedy wreszcie udaje mi się „porwać” go na krótką rozmowę. Ojciec Robert spogląda na mnie i zaczyna swoją opowieść. – Nigdy nie planowałem podjąć posługi w więzieniu – mówi z rozbrajającą szczerością.  – Cztery lata temu zadzwonił prowincjał. Pyta mnie: „Potrzebuję kapelana. Podejmiesz posługę w dwóch więzieniach?”. Odpowiedziałem: „podejmę”. W słuchawce cisza. Nie spodziewał się tak szybkiej riposty. Ja zresztą też nie. Do dziś nie wiem, czemu tak szybko wyrwało mi się to “podejmę”. Po chwili przyszła refleksja: co ja właśnie zrobiłem? Poszedłem do kaplicy. Powiedziałem, że to wszystko zawierzam Bożej Opatrzności. I z Bożym błogosławieństwem podejmę to zadanie. Bez tego błogosławieństwa nie byłoby niczego.

Ojciec Robert z jednym z osadzonych, fot Sebastian Zbierański

Więźniowie zgodnie przyznają, że ojciec Robert zawsze ma dla nich otwarte serce i pomocną dłoń. – Kapelan bardzo dużo organizuje, poświęca swój czas, żeby nas wspierać. Ostatnio zorganizował nawet mistrzostwa w piłce nożnej, które rozgrywaliśmy między reprezentacjami pawilonów – mówi pan Dariusz, odbywający karę w zakładzie na Fiołkowej. – Wśród osadzonych, nawet tych niewierzących czy wyznających inne religie, chyba nie ma nikogo, kto by go nie lubił – zdradza. 

Budować więzi 

Ojciec Robert uważa, że u podłoża resocjalizacji jego podopiecznych leżą więzi człowieczeństwa.  – Kryminał zabija człowieczeństwo. Kiedy człowiek jest zamknięty w czterech ścianach ciasnej celi, zaczyna naprawdę poznawać samego siebie. Uczy się siebie na własnych emocjach. Osadzeni są odcięci od świata, od mediów. Nawet okno jest zasłonięte pleksą. Człowiek w takiej sytuacji jest zmuszony wejść w siebie i poznać siebie – po to, żeby przetrwać. Bo istotą kryminału jest przetrwanie za wszelką cenę. Dlatego więźniowie nie mogą sobie pozwolić na okazanie słabości. A kiedy sztucznie blokują swoje emocje, ich człowieczeństwo cierpi, choruje. Żeby je uzdrowić, trzeba tworzyć więzi. My podejmujemy próby ich tworzenia i robimy właśnie takie spotkania. Nikt tutaj nie awanturuje się, nie bije. To są efekty. Oni na dobro też chcą odpowiedzieć dobrem.

fot. unsplash

Po prostu być 

Wśród uczestników wigilii spotykam też kilkoro byłych więźniów. Jak mówią, wracają, bo ludzie, których tu spotkali dali im nadzieję na to, że życie można jeszcze wygrać. Pan Jacek spędził w zakładzie karnym kilka lat. Przyznaje, że siłę do pokonywania słabości czerpał właśnie od kapelana i towarzyszących mu wolontariuszy. “Zacheuszki”, bo tak nazwali swoje stowarzyszenie wolontariusze, dzielą się z osadzonymi swoim czasem i dobrym słowem. – Tutaj odkryłem, że najbardziej pomagam, gdy po prostu jestem – mówi Bartek, od dwóch lat wolontariusz. – Nie wszyscy i nie zawsze chcą rozmawiać. Ale kiedy nawet wspólnie milczymy, sami przyznają, że jest im raźniej. Nikt nie jest samotną wyspą, jak mówił Tomasz Merton. I oni też nie są. Naprawdę potrzebują obecności. Może bardziej niż czegokolwiek innego

>>> Niemcy: z okazji Świąt Bożego Narodzenia wypuszczono ponad tysiąc więźniów

fot. unsplash

“Żeby oni poznali Boga”

 Co dla mnie jest w tej posłudze najważniejsze? – zastanawia się kapelan. – Autentyczność. Wiem, że oni mnie czytają. A jeśli mnie czytają, to muszę być sobą, muszę być autentyczny. Ja głęboko wierzę w ich człowieczeństwo. W dobro, które gdzieś tam w środku każdy z nich ukrywa. W kryminale zrozumiałem, że wszystkie moje trudne doświadczenia w życiu przygotowywały mnie do tej pracy. I tak jak wcześniej obrażałem się czasem na Pana Boga, że one miały miejsce, tak teraz wiem, że oni widzą to we mnie, wiedzą kim byłem i kim jestem teraz. Nie mówię im, że ksiądz jest idealny. Sami widzą, że nie jestem. Jestem za to otwarty na każdego z nich. I wdzięczny za każdego, kto tę otwartość dostrzega i chce z niej skorzystać.  Uczę ich, że Bóg jest przy nich w każdej sytuacji, w każdym momencie. To wszystko co robię ma tak naprawdę tylko jeden cel. Żeby oni poznali Boga, odkryli Go i dostrzegli, że nawet w największym bagnie ich nie opuści.  
 
***  
– Powiedziałbyś, że ci stąd mają wyroki? Zobacz, jacy z nich grzeczni chłopcy – uśmiecha się o. Robert, kiedy przychodzę się pożegnać. Uczciwie przyznaję, że nie powiedziałbym. – Pamiętaj, nic z tego by nie wyszło, gdyby nie Boże błogosławieństwo – przypomina, wracając do swoich “chłopaków”.  

Zobacz także
Wasze komentarze