fot. D. Stube

Zabawa w Berlinie się skończyła [RECENZJA]

„Cabaret” w reżyserii Łukasza Brzezińskiego pojawił się właśnie na deskach poznańskiego Teatru Muzycznego. To spektakl, który zachwyca muzycznie i wizualnie, ale przede wszystkim – który jest dla nas ogromną przestrogą. Opowiada bowiem o mrocznych latach 30. poprzedniego wieku – i o tym, jak bardzo są nam to bliskie czasy.

Wrzesień to nie tylko początek roku szkolnego. To też m.in. start nowego sezonu artystycznego w wielu teatrach i innych instytucjach kultury. Teatr Muzyczny w Poznaniu nowy sezon rozpoczął, podobnie jak poprzedni, od premiery. Tym razem widzom zaprezentowano „Cabaret”, czyli musical, który w przyszłym roku będzie świętował 60. rocznicę pierwszego wystawienia na Broadwayu. Poznańska odsłona „Cabaretu” pokazuje, że choć to spektakl „starej daty”, musicalowa klasyka – to jest niepokojąco aktualny. Podczas wizyty w teatrze nie raz przeszły mnie ciarki.

fot. D. Stube

Musical „Cabaret”, jak łatwo policzyć, pierwszy raz wystawiono w 1966 r. Libretto do tego dzieła napisał Joe Masteroff, bazując na sztuce „I am a Camera” Johna van Drutena i na powieści „Pożegnanie z Berlinem” Christophera Isherwooda. Od tego czasu wystawiano go wielokrotnie na całym świecie, również w Polsce. Na samym tylko Broadwayu pojawił się ponad 1100 razy. Jeśli nie kojarzycie wersji scenicznej, to możecie kojarzyć tę filmową. W 1972 r. powstał bowiem film „Cabaret” z wybitną rolą Lizy Minelli (film jednak znacznie różni się od spektaklu). „Cabaret” należy do klasyki musicali. Niektóre piosenki z tego spektaklu – „Pieniądz rządzi światem” czy „Życie jest kabaretem” – stały się wielkimi przebojami muzycznymi i żyją już swoim życiem. Z tak klasycznym materiałem zmierzył się Teatr Muzyczny w Poznaniu na czele z Łukaszem Brzezińskim, reżyserem „Cabaretu”. I zrobił to wyśmienicie, tworząc spektakl, który zarazem bawi, ale i budzi w nas ogromny niepokój. Bo choć opowiada o czasach dawnych – to jest to niepokojąco aktualna historia.

fot. D. Stube

Nie jest Niemcem

„Cabaret” przenosi nas do Berlina na początku lat 30. poprzedniego wieku. Schyłek Republiki Weimarskiej. Na razie jest to bardzo dekadenckie, stawiające na dobrą zabawę i rozrywkę miasto. Mieszkańcy lubią spędzać wieczory w popularnych klubach, bawiąc się w nich przy muzyce, tańczą, oglądając kabaretowe rewie. Ale już za chwilę losy niemieckiej stolicy, jak i całej Europy, zaczną naznaczać idee nacjonalistyczne. W Niemczech – w postaci partii nazistowskiej na czele z Adolfem Hitlerem. Na progu tej wielkiej zmiany historycznej poznajemy Clifforfda Bradshawa, pisarza z Ameryki, który przybywa do Berlina, by napisać powieść. Podczas sylwestrowego wyjścia do klubu Kit Kat poznaje śpiewającą w nim, a pochodzącą z Anglii, Sally Bowles. Główną osią spektaklu jest wątek relacji, która zawiązuje się między Cliffordem a Sally. Uczucie to trudne, na jego drodze pojawia się wiele przeszkód. Nie pomagają też charaktery bohaterów – Clifford jest idealistą, ale też człowiekiem dobrze analizującym otoczenie i rozumiejącym mechanizmy rządzące światem, Sally stawia na zabawę i raczej niczym się nie przejmuje – choć i to się w końcu zmieni. Poza tym poznajemy też kilkoro bohaterów drugoplanowych – lokatorów kamienicy, w której pokój wynajmuje Clifford. Poprzez różne sposoby życia tych postaci przyglądamy się temu, jak różnorodny i bogaty kulturowo był Berlin na początku lat 30. Widzimy, jak różne sposoby i style życia wzajemnie się tutaj przenikały i nikomu nie przeszkadzały. Każdy mógł być sobą. Do czasu. Bo nagle wszystko się zmienia, a to że ktoś „nie jest Niemcem” zaczyna być problemem. W świat zabawy i rozrywki zaczyna wchodzić zło i je przenikać – czego mocno doświadczają widzowie w finale pierwszego aktu (bardzo wymowny utwór). W pewnym momencie spektaklu ze sceny padają bardzo istotne słowa – „Zabawa w Berlinie się skończyła”. I na scenie śmiech wydaje się już coraz bardziej udawany, wymuszony. Od tego momentu już nic nie jest takie jak wcześniej.

Ignorancja przeraża

Opowieść, którą zaprezentował Teatr Muzyczny w Poznaniu jest bardzo aktualna. Europa stawała się w latach 30. coraz bardziej brunatna – i nie sposób odnieść wrażenia, że dziś znów tak się dzieje. I wróg też jest bardzo konkretny – w tym tygodniu doświadczyliśmy tego z jeszcze większą mocą. Dlatego to bardzo ważne spotkanie ze sztuką – bardzo uświadamiające. Gdy widzimy, jak w losy bohaterów coraz bardziej wchodzi wielka polityka i niebezpieczne idee – czujemy przerażenie. Nieraz czułem podczas tego spektaklu, że po moim ciele przechodzą ciarki. Nawet skoczne piosenki kabaretowe, niby czysto rozrywkowe, z czasem stawały się coraz bardziej podszyte niepokojem. I już mniej bawiły, a bardziej wprawiały w poczucie konsternacji. Zresztą, pod tym względem muzyczną kulminacją jest utwór „Życie jest kabaretem” – zaśpiewany i zagrany fenomenalnie (w przypadku oglądanego przeze mnie spektaklu przez Natalię Kujawę), totalnie przejmujący. Widz po tym utworze długo jeszcze nie może dojść do siebie.

Poznański spektakl pokazuje, jak różne przyjmujemy postawy, gdy skrajności zaczynają rządzić i gdy wokół rodzi się zło. Właściwie jedynym bohaterem, który jest tutaj wolny od ideologii jest Clifford. To jedyny bohater bez skazy, dobry człowiek. I Amerykanin szybko orientuje się w sytuacji i próbuje uratować z niej innych. A inni albo już są odpowiednio zmanipulowani, albo próbują bagatelizować okoliczności, albo nie chcą się wychylać i próbują się dostosować, albo – co chyba najgorsze – wykazują się ignorancją. Po co mają się interesować polityką… Ignorancja, prezentowana tutaj przez Sally, przeraziła mnie chyba najbardziej. Przyjęcie takich postaw nie może się dobrze skończyć dla bohaterów tej historii. Clifford to najbardziej dramatyczna postać tej historii (i chyba też najmniej śpiewająca – co jest dla mnie symboliczne, bo chyba i ta postawa pokazuje, że bohater się dobrze nie bawi, nie próbuje maskować śpiewem i rozrywką tego, co dzieje się wokół). Aktorzy wcielający się w Clifforda mają naprawdę wymagające zadanie. Maksymilian Puto-Prądzyński doskonale sobie z nim poradził. Jego Cliffordowi kibicujemy i współodczuwamy z nim. I to dzięki niemu czujemy tak ogromny dyskomfort – potrzebny podczas tego spektaklu! Rola wybitna! Tak samo jak i postać wykreowana przez Jakuba Cendrowskiego. Jego Mistrz Ceremonii spina całą opowieść. Jest narratorem i komentatorem, pomaga nam przejść przez kolejne akty tej historii. Jego opowieści stają się coraz bardziej podszyte cynizmem i ironią – bo jak nikt, to on najbardziej zdaje sobie sprawę z tego, do czego prowadzą berlińskie wydarzenia.

fot. D. Stube

By nie wróciły tamte dni…

A prowadzą do wybitnego finału, w którym widz przeżywa niezwykłe katharsis. I po którym zamiera. Nie zdradzę, co się zadziało na scenie – ale napiszę tylko, że było to dla mnie najmocniejsze doświadczenie teatralne w życiu. Jeśli po zobaczeniu tego spektaklu nadal będziemy ignorantami, nadal będziemy dawali się topornej propagandzie z Kremla, nadal będziemy wierzyć w szerzące się dezinformacje – to znaczy, że jest z nami bardzo źle. Wierzę jednak, że sztuka ma ogromną moc – moc poruszania najczulszych strun w naszej duszy. Dlatego tak zachęcam do tego, by zobaczyć poznański „Cabaret”! To naprawdę oczyszczający spektakl.

fot. D. Stube

Oczywiście, to przede wszystkim przedstawienie, więc chcę też docenić jego walory artystyczne. A te są wyjątkowe. Muzyka Johna Kandera i piosenki Freda Ebba świetnie prezentują się na deskach poznańskiego teatru. Warto zauważyć, że tłumaczem utworów na język polski jest Wojciech Młynarski – „Cabaret” to jeden z kilku musicali, które przetłumaczył zmarły kilka lat temu poeta i muzyk. Artyści Teatru Muzycznego w Poznaniu (i zespól aktorski, i instrumentaliści) doskonale poradzili sobie z tym materiałem. Obok utworów żywych, takich typowo musicalowych (prezentowanych na scenie wspomnianego klubu Kit Kat), mamy też sporo refleksyjnych, kameralnych piosenek. To świetny zabieg, dzięki któremu widz odkrywa dwie płaszczyzny tej opowieści – z jednej strony pełen wiecznej zabawy Berlin, a z drugiej – nadchodzące zło. W klimat spektaklu wprowadza nas też bardzo surowa scenografia. Dzięki niej jeszcze bardziej pogłębia się nasz niepokój. Scena bardzo często pełna jest czerni i odcieni szarości, dominuje na niej mrok. I nawet barwne kabaretowe stroje z czasem zmieniają swój charakter. Polecam, by „Cabaret” chłonąć całościowo, oddać się temu spektaklowi w pełni. Wtedy wyjdziecie z teatru z przeświadczeniem, że coś trzeba zrobić, by świat sprzed prawie 100 lat nie wrócił na nowo.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze