Fot. arch. Paweł Cwynar

Zagrał z Panem Bogiem w pokera. Były gangster o swoim nawróceniu [ROZMOWA] 

11 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Był poważnym gangsterem, miesięcznie zarabiał kilkadziesiąt tysięcy złotych. W więzieniach odbył łącznie 15 lat kar i poznał w nich wielu znanych dziś przestępców. Jednak pewnego dnia w więziennej izolatce znalazł Pismo Święte. Przeczytał je całe.

Po tej lekturze i doświadczeniu Boga postanowił się nawrócić. Jak sam mówi, przez miesiąc leżał krzyżem w więziennej celi. Sąd proponował mu potem status świadka koronnego, jednak Paweł Cwynar odmówił, nie chcąc nikogo zdradzać. Gdy wyszedł z więzienia, zaczął nowe życie, które z początku było trudne i doprowadziło go do bezdomności na ulicach Londynu. Jednak przy pomocy miejscowego proboszcza udało mu się znaleźć pracę, a za zarobione pieniądze wydać pierwszą powieść. Dzisiaj Paweł Cwynar opowiada o swoim doświadczeniu nawrócenia i o tym, że przyjął propozycję od samego Pana Boga.

Jak z przestępcy „podwórkowego” stał się pan poważnym gangsterem? 

To są szczeble. Wcześniej, jak byłem sportowcem, starałem się być jak najlepszy, dużo trenowałem. Na dzień dzisiejszy, staram się aspirować do roli pisarza, poświęcam kilkanaście godzin dziennie nad pracą przy biurku. Staram się pracować nad swoim warsztatem, podglądam innych autorów, staram się to robić dobrze. Jeśli chodzi o bycie gangsterem, to marzyłem jako mały chłopiec o tym, żeby stać się drugim Corleone, to było moje marzenie. Robiłem wszystko, żeby je zrealizować – starałem się to co robiłem, robić jak najlepiej. Kolejna rzecz, to jest to, że byłem bardzo brawurowy i nieobliczalny. Nie wahałem się za długo. Jak były jakieś tzw. rozkminki czy inne spotkania, to ja przyjeżdżałem sam. Inni przyjeżdżali na kilka samochodów, a ja byłem sam, co było bardzo głupie, bo w każdej chwili mogłem stracić życie. Ale ja tym dawałem sygnał „nie boję się, jestem zdecydowany, idę va banque”. I to powodowało, że zdobywałem coraz większy szacunek, ale było to wszystko oparte na moim strachu. Do tego dochodziły treningi siłowe, boks, uczyłem się walki. Nie podejmowałem wtedy głupich decyzji, one były dosyć przemyślane, one skutkowały tym, że zarabiałem niezłe pieniądze. I to wszystko razem wzięte, sprawiało to, że awansowałem. Z roku na rok coraz bardziej się piąłem. Z bandziora wszedłem w wyższy pułap. Podczas walki Andrzeja Gołoty z Witherspoonem poznałem Pershinga, i innych bossów półświatka. To było w 1998 r. we Wrocławiu, tam zostałem dopuszczony do wyższej ligi. Zaczęły się duże pieniądze, nawet 50 tysięcy miesięcznie. Zmieniłem dres na garnitur, Rolexa na zegarek na pasku, najlepsze perfumy, zacząłem uczyć się nowej kultury. To wszystko to jednak były konkretne szczeble, na każdym z tych szczebli musiałem się wykazywać, od poprawczaka przez te wszystkie lata, że jestem w porządku, że jestem fair, że jestem bezwzględny, zdecydowany, że się nigdy nie cofam. Więc tej pracy żeby zajść tam gdzie zaszedłem musiałem włożyć bardzo, bardzo dużo.

A czy było coś, prócz momentu czytania Pisma Świętego, co dało Panu najważniejszą lekcję pokory? 

Pierwszy moment, kiedy spotkałem się z pokorą, to jest coś, o czym zdaje sobie sprawę dzisiaj, wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. Duch Święty podpowiedział mi, żebym padł krzyżem w celi więziennej. Kiedy uchyliłem wtedy okno, po ludzku myślałem, że wariuje, że dostaję po prostu na głowę. Byłem sam w tej celi, a raczej klatce, gdzie była betonowa posadzka, temperatura minusowa, w spodenkach się tam po prostu położyłem na godzinę. Robiłem tak przez miesiąc. Wtedy nie wiedziałem, po co to robię, ale teraz wiem, że chodziło o to, żebym zgiął kark, żeby Słowo Boże stało się dla mnie zrozumiałe. Pan Bóg wtedy tak do mnie zaczął przemawiać. Stało się to dla mnie zrozumiałe. Bóg odsłonił zakryte. W ten sposób wyraził swoją propozycję dla mnie, że ja w to wszedłem i odpowiedziałem twierdząco. Tak!

[Waszyngton: Jezus wśród gangsterów]

Od tej pory Pan Bóg uczy mnie pokory, niemal codziennie upominając na różne sposoby. Zostałem wychowany w takiej a nie innej rodzinie, na którą nie miałem powodu narzekać. Trudne życie ukształtowało mój charakter, mimo tego, że jestem wciąż na drodze nawrócenia, zdarza mi się wiele potknięć i wybuchów gniewu. Jednak św. Paweł też nie był taki łagodny: potrafił się ze św. Piotrem poważnie poróżnić. Ja mam podobnie, mam taki a nie inny charakter, często mówię dosadnie i konkretnie. Niektórzy mnie za to rugają, ponieważ ta życiowość internetowa jest trochę inna od mojej. Nie jestem arogancki, jednak stanowczy. Niektórzy siedzą przed komputerem w kapciach i wszystkich pouczają, bo czerpią swoją wiedzę głównie z książek teologicznych czy wielkich świętych, którzy byli eremitami, którzy żyli w niszach klasztornych. To przecież była zupełnie inna duchowość, to nie ma pełnego przełożenia na świat, który jest teraz jaki jest. Niektórzy mnie rugają, że pewne rzeczy mówię bardzo dosadnie i konkretnie. Uczę się pokory w tym, żeby po prostu milczeć, i im nie odgryzać. Znosić to. Przecież ojciec Pio miał zakaz sprawowania publicznej Mszy św. To dlaczego ja nie mam się tak samo starać być pokornym? Czasami się zastanawiam, czy to, w jaki sposób o czymś mówię, jest dobre czy złe. Ale codziennie robię rachunek sumienia i zadaję sobie takie pytania. Myślę, że skoro już taki jestem, to znaczy, że jestem jakimś żołnierzem, który powołany jest do trochę innej walki. Na innym odcinku frontu – na przykład takiej, gdy chodzę do więzień, gdzie są faceci, którzy nie akceptują innej mowy, aniżeli ta, którą ja wyrażam. Tę mowę doskonale znam, to twardy język. Ksiądz, który tam to organizuje, mówi mi „oni pana słuchają’. Słuchają, bo mówię ich językiem, który sam kiedyś tam poznałem. Do tego jestem przysposobiony.

Fot. arch. Paweł Cwynar

Fot. arch. Paweł Cwynar

Ale działa pan również w Internecie.  

W Internecie częściej spotyka mnie tzw. hejt. Niestety są to zazwyczaj ludzie, których nie znam, a których wiara jest, można powiedzieć, trochę afiszowa. To często fałszywe konta, to właśnie oni mnie często atakują lub wręcz dają reprymendy. Odpowiadam, że moje decyzje są zawsze w porozumieniu z Panem Bogiem. Na Adoracji słucham, co On mi ma do powiedzenia. Kolejna osoba to mój spowiednik, który mi podpowiada, co mam robić. Gdybym miał słuchać wszystkich w Internecie, to bym zwariował. Powiem nawet szczerze, że z wieloma znajomymi się o to pokłóciłem. Są takie osoby, które trochę poczytają, trochę filmików na YouTube zobaczą i stają się doktorami dusz. Nagrywają filmiki i mówią ludziom, co mają robić, a przecież w to się wkrada dużo błędów. Takie osoby prowadzą innych na manowce. Byłem w dwóch odnowach, które okazały się zwyczajną sektą. To bardzo niebezpieczne, w tej kwestii potrzebna naprawdę dużo pokory, żeby słuchać spowiednika, który jeśli ci coś powie, to go rzeczywiście słuchać, a nie mówić, że „ja czytałem takiego świętego i on powiedział inaczej”. Pochodzę z oczytanej rodziny, sam czytam wielu filozofów, a mimo to trzymam gębę krótko. Jeśli o czymś mówię, to tylko o swoim doświadczeniu i nie przekraczam tej granicy tzw. internetowej filozofii, że według mnie to jest tak i tak. Tego unikam i na ten temat się zdążyłem już nieraz poróżnić.

Mieszka pan teraz w Szwecji, tam też pan działa? 

Tak, ale nie na stałe. To właśnie temat, o którym rozmawiam z ludźmi, którzy często lubią dawać mi różne rady. I radzą mi właśnie, żebym stamtąd uciekał. Ja jednak mam do tych zaleceń duży dystans. Wiem, że po coś Pan Bóg mnie tam umieścił. Będąc w Londynie, gdy spałem na ulicy, pytałem się Boga, co mam robić. Tak samo w Szwecji, pytam się Pana Boga: co chcesz, żebym robił? Nie narzekam, że jest tak i tak, choć mówię, jak jest, bo dzisiaj ludzie często są zastraszeni poprawnością polityczną, która nie idzie w parze z prawdą. Mówię o tym, że mi podpalają samochody pod oknem, ale to nie jest żalenie się. Jednak inną sprawą jest to, że św. Paweł szył po nocach namioty, obcierał czoło w potu, za zarobione pieniądze kupował sobie jedzenie. Nie siedział w ciepłym miejscu i nie opowiadał swoim uczniom jakichś teologicznych prawd, tylko po prostu działał. Ja wyjechałem, bo nie mogłem znaleźć pracy, nikt nie chciał zatrudnić przestępcy. Dzisiaj moje losy toczą się już inaczej. Bardzo kocham Polskę, ale niestety obecnie jestem za granicą i tam teraz rozglądam się, co mam tam do zrobienia. Dlatego spotykam się z ludźmi, daję świadectwa o Panu Bogu. Gdy nie znam języka, tak jak w Wielkiej Brytanii, to robię coś innego: poszczę. Pamiętam, że Brytyjczycy się dziwili, dlaczego nie jem mięsa w piątki, ja im opowiadałem „becouse I’m Catholic”. Jakaś grupa mi mówiła: słuchaj napijemy się piwa i pójdziemy na dziewczyny. Ja im odmawiałem – nie! Też się dziwili, wtedy znów mówiłem, że jestem katolikiem. To był dla nich znak zapytania. Tak samo w Szwecji. Niektórzy potem do mnie przychodzą i mówią „wiesz co Paweł, masz w sumie rację, przemyślałem to co mówiłeś”. Czasami nie widzę efektów swojej pracy, ale ufam, że Pan Bóg wie, co robi. Wczoraj byłem na Jasnej Górze i mówiłem do kilku tysięcy osób. Ja nie wiem, co się z nimi potem dzieje, ufam, że to Pan Bóg tym wszystkim kieruje. Nikt mi też jakoś specjalnie nie dziękuje. Jezus robił to samo z uczniami: gdy uzdrawiali, zabierał ich, żeby sobie tego nie przypisywali, żeby nie obrastali w pychę. Jezus robi ze mną to samo. Jestem mężczyzną i mam w genach to, że jako samiec, szukam zagrożenia, żeby chronić samicę. Jako katolik też szukam tych pułapek, gdzie schowany jest szatan. I on jest schowany w pysze i zarozumiałości. Ludzie mi piszą, że mam parcie na szkło i tak dalej. Powiedziałem o tym mojemu spowiednikowi, a on mówi „popatrz na Jana Pawła II. Powiesz mu, że miał parcie na szkło? Cały świat go zna. Co mu powiesz, że nie był skromnym człowiekiem? Był, ale chodzi o coś innego”. Spowiednik wytłumaczył mi to w pięć minut i ja to też wszystkich powtarzam.

Jest pan autorem książki, jednak nie dotyczy ona pańskiego życia i nawrócenia. Myśli pan, żeby taką napisać? 

Myślę, ale to nie o to chodzi. Ludzie wiedzą, kim jestem i codziennie zadają mi pytanie, kiedy napiszę książkę o sobie. Ale to miałoby się nijak do tego, co mówił św. Jan Paweł II: wypłyńcie na głębię. Pisząc książkę o sobie, poszedłbym na łatwiznę. Zrobiłbym coś, co by mi łatwo przyszło. Nie mówiąc o fali hejtu, który by pewnie się na mnie skierowała: że zbijam na tym kapitał. Ale hejtu bałbym się mniej niż tego, że bym dalej nie wzrastał. Jeśli miałbym taką napisać, to tylko dlatego, żeby uporządkować swoją pamięć i mieć materiały, np. do więzień, gdzie na spotkaniach może być ograniczona liczba osób. Na pewno nie chciałbym na tym zarobić. Teraz staram się wejść na rynek, gdzie są prawdziwi pisarze. Wciąż się uczę, ale największa nagrodą dla mnie jest to, że ktoś mi pisze, że po przeczytaniu mojej książki zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem. To jest przecież prawdziwa historia. To najlepsze, co może być. Wtedy mówię do Boga: Panie Boże, to chyba droga, którą mi wyznaczyłeś. Tak czy nie? Bóg milczy, bo Bóg często milczy, ale piszę kolejną i ona dostaje pozytywne recenzje. Więc wiem, że to jest to. Aktualnie ukończyłem drugą książkę, ale to znów nie jest książka o mnie.

Fot. arch. Paweł Cwynar

Fot. arch. Paweł Cwynar

Może pan uchylić rąbka tajemnicy? 

Mogę. To kryminał. To trudne wyzwanie, żeby napisać kryminał, nie zachęcając ludzi do złych uczynków i jeszcze wyciągnąć z tego pozytywną puentę. Znawcy tematu mówią, że ludzie chcą flaków i krwi. To jest prawda. Krew musi się w kryminale znaleźć. Ale zadałem sobie pytanie: skoro są autorzy, którzy mają naprawdę dobre pióro, to z czym ja wyjadę? Spytałem się Pana Boga, i dał mi odpowiedź: przecież ja tak naprawdę mam mnóstwo ciekawych tematów. Bycie w więzieniu i słuchanie tych wszystkich historii, o których nikt tak naprawdę nie wie, jest bardzo cenne. Siedziałem w celach z mordercami, którzy zwierzali mi się ze swojego życia. Tego żaden pisarz nie usłyszy. Ja chcę się przebijać bardzo dobrymi historiami. To będzie historia o porwaniu małej dziewczynki, które było pomyłką. Była po prostu podobna do bogatej koleżanki z klasy. Ja tę historię znam, ta historia nie zakończyła się w sądzie. To była mocna sprawa.  

Rozumiem, że będzie tam pozytywny wątek? 

Jest tam pewna babcia, która chodzi do kościoła. Babcia w tej historii była, tylko że jej akurat nie znałem. Pozwoliłem sobie na zabieg, by opisać pierwowzór kobiety, którą akurat znam. To ważny wątek, ponieważ nie wyobrażam sobie stanąć na Sądzie Ostatecznym i usłyszeć: dałem ci umiejętność pisania, a ty piszesz kryminały, po których ludzie sobie gardła podcinają. I co? Przychodzi szatan, bierze mnie pod pachę i mnie z sobą wyprowadza? (śmiech). Chciałbym, żeby to mnie ominęło.

[Przeżyła własną aborcję. Świadectwo]

A więc pana misja teraz to dawanie świadectwa. 

Tak, moja główna misja teraz to odwiedzanie zakładów karnych. Jeśli mówię w kościele, to głównie ku pokrzepieniu serc. Ale jak jestem w więzieniu, to mówię inaczej, mam przełożenie, ci ludzie mnie znają i wiedzą, jak się zmieniłem. Mój kolega, który siedzi 25 lat za zabójstwo, pytał mnie ostatnio: Paweł, jak to się wszystko stało? Oni mnie dopytują, szukają przez to Boga. Teraz to moje szczególne powołanie. Z zachowaniem ostrożności, by samym sobą nie przysłonić Tego, Który w tym wszystkim jest najważniejszy – Jezusa Chrystusa, któremu dozgonnie jestem wdzięczny za uratowanie życia.

Dziękuję za rozmowę.  

Zagrał z Panem Bogiem w pokera. Były gangster o swoim nawróceniu [ROZMOWA] 
6 (100%) 3 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze