O Bogu, którego można spotkać w więzieniu, będąc wcześniej komunistą, partyzantem i premierem, o katechistach i roli miejscowych w ewangelizowaniu, a także przebaczeniu z Tamrata Layne rozmawia Marcel Płoszczyński.

Marcel Płoszczyński: Jak się zostaje komunistą?

Tamrata Layne: To nie takie proste. Od młodości fascynował mnie komunizm. Razem ze kolegami spędziliśmy godziny czytając książki największych jego przedstawicieli i rozmawiając o nowym lepszym świecie. Wierzyliśmy, że komunizm jest odpowiedzią na problemy naszej cywilizacji. Byliśmy idealistami.

Jak to się stało, że trafił do partyzantki?

Najpierw jako młodzi komuniści próbowaliśmy przejąć władzę w mieście poprzez sieć grup rozsianych w mieście. Nie udało się to nam z jednego powodu: rząd rozpoczął przeciwko nam represje zabijając ludzi na masową skalę. Zdecydowaliśmy, że przeniesiemy się w góry i stamtąd zdobędziemy miasto. Wzorowaliśmy się na Mao Zedongu, który doszedł do władzy w podobny sposób.

Skąd mieliście na to wszystko środki? Wojna przecież kosztuje.

Na początku było nas siedemnastu i mieliśmy jedynie cztery sztuki broni. Resztę zdobyliśmy walcząc. Pod koniec było nas już 150 tys.

Jak doszedł Pan do wysokiej pozycji w swoim ugrupowaniu?

Od początku naszej działalności odbywały się głosowania, podczas których decydowaliśmy o ważnych sprawach. Zostałem wybrany na przywódcę podczas jednego z takich głosowań. Podobnie było w przypadku mojej pozycji w rządzie. Głosowanie zdaje się być takie demokratyczne –  nie pasuje do komunistycznych stereotypów.

Prawda jest taka, że wszyscy komunistyczni przywódcy zyskali zwoje pozycje w drodze głosowania. Różnice między komunizmem, a kapitalizmem jest taka, że w tym pierwszym wyniki znane są już przed głosowaniem, które jest jedynie formalnością. Wszystkie ważne decyzje zapadają dużo  wcześniej.

Dlaczego po przewrocie na Haile Mariam’ie Mengistu, którego w Polsce znamy z Hebanu Kapuścińskiego, to właśnie Pan został premierem?

W tamtym okresie w kraju istniało wiele organizacji rebelianckich. Niektóre z nich były z nami w górach, jednak to my byliśmy najwięksi i najsilniejsi. Kiedy przejęliśmy władze zaprosiliśmy wszystkie partie opozycyjne na ogromną konferencję. Przyszli na nią przedstawiciele około 23 grup politycznych. Wspólnie powołaliśmy instytucję przypominającą kongres, w której zasiadło około 500 osób. Następnie odbyło się głosowanie, na którym mój przyjaciel z partii został wybrany prezydentem, a ja premierem. Stało się tak z powodu naszej siły – mieliśmy największą armię i ogromne wojenne doświadczanie. Przez  następne 4 lata istniał rząd „przjściowy” a następnie udało się nam zmienić cały system polityczny. Z czasem  udało się nam wyeliminować inne partie polityczne i umocnić naszą dominację.

Jak doszło do tego, że znalazł się Pan w więzieniu? Jak długo Pan tam przebywał?

Jako premier byłem przede wszystkim odpowiedzialny za gospodarkę. Powoli zacząłem zauważać, że komunizm najzwyczajniej w świecie nie dzieła. Niestety, nie wszystkim podobały się moje przemyślenia. Gdy zacząłem się nimi dzielić okazało się, że mój najlepszy przyjaciel z okresu partyzantki – prezydent Meles Zenawi – nie był ich zwolennikiem. Z tego powodu były między nami różne napięcia. Meles Zenawi udało się po kryjomu nastawić najważniejsze osoby w partii przeciwko mnie. Zrobił to również dlatego, że obawiał się mojej popularności. W przeciwieństwie do mnie pochodził z mniejszościowej grupy etnicznej. Zbliżały się wybory i jeśli doszłoby do konfrontacji to z pewnością bym ją wygrał. Wiedziałem, że oddaliliśmy się od siebie coraz bardziej, ale takie zagrania się nie spodziewałem. Pewnego poranka moje biuro otoczyły osobiści ochroniarze prezydenta, zaaresztowali mnie i po cichu umieścili w więzieniu i zmusili do rezygnacji ze stanowiska premiera. Następnie sfabrykowano dowody i oskarżono mnie o finansowe malwersacje.

Czym zajmował się Pan podczas uwięzienia? Jak był Pan traktowany?

Okropnie. Regularnie bito mnie i torturowano. Przez pierwsze trzy miesiące trzymano mnie w całkiem ciemnym pomieszczeniu. Następnie trafiłem do celi, w której nie było nawet łóżka czy toalety. Fekalia leżały w rogu pomieszczenia, a ja w drugim. Dopiero w późniejszych latach przydzielono mi celę z łazienką, a krewni przysłali mi materac. Dwanaście lat spędziłem praktycznie na kilku metrach kwadratowych.

Więzienie, Fot. Flickr.com/Matthias Müller

Więzienie, Fot. Flickr.com/Matthias Müller

Po pierwszych kilku miesiącach spędzonych w takich warunkach próbowałem odebrać sobie życie. Próba samobójcza okazała się niepowodzeniem.

Jak dokonało się Pańskie nawrócenie?

By nie myśleć o sytuacji w jakiej się znalazłem zacząłem czytać. Najpierw sięgnąłem po książki filozoficzne, a później religijne. Uczyłem się buddyzmu, hinduizmu a później islamu. Na jakiś czas stałem się muzułmaninem i dwukrotnie świętowałem ramadan. Moje poszukiwania skończyły się jeszcze większą frustracją. W środku czułem pustkę, a moja sytuacja uległa pogorszeniu. Pewnego dnia zachorowałem. Przetransportowano mnie do szpitala. Jedna z pielęgniarek po kryjomu wręczyła mi ewangelizacyjną ulotkę, o tym że Jezus jest drogą, prawdą i życiem. Zadałem zadawać sobie pytanie: kim jest ten Jezus? Gdy wróciłem do więzienia w środku nocy obudziła mnie ogromna światłość.

Z tej światłości pojawiła się postać i powiedziała: „Jestem Jezus, uwierz we mnie i pójdź za mną. Jestem tym, który może dać ci nowe życie”. Odpowiedziałem, że nie wierzę, że to dzieje się naprawdę i poprosiłem go, by przyszedł do mnie ponownie jeśli jest prawdziwy. Następnej nocy znów  pojawił się w mojej celi i powtórzył poprzednie słowa dodając, że wyciągnie mnie z więzienia i że  będę podróżował po świecie i o nim świadczył. Gdy przyszedł po raz trzeci poddałem się jego woli i oddałem mu swoje życie. Zacząłem czytać Pismo Święte. Te 7 lat spędzone w więzieniu po tym, jak Go poznałem, to był najpiękniejszy  zas w moim życiu. Do  dziś tęsknię za tamtymi chwilami. Nie byłem zajęty robieniem tysiąca rzeczy. Czytałem Biblię i modliłem się.

Trudno było przebaczyć?

To był cud, który zawdzięczam Bogu. Prezydent mimo licznych petycji nie był gotowy by wypuścić mnie z więzienia. W końcu ugiął się, napisał list i przesłał wszystkie potrzebne dokumenty. Gdy wyszedłem na wolność od razu zadzwoniłem do jego biura prosząc o możliwość spotkania. Zgodził się i gdy byliśmy sam na sam w gabinecie przytuliłem go i powiedziałem, że mu wybaczam. Zaproponowałem żebyśmy zapomnieli o przeszłości i znów byli przyjaciółmi. Spytał, czy czegoś od niego nie chcę. Odpowiedziałem, że  nie. Musiałem nauczyć się wybaczać – to była najważniejsza  lekcja mojego życia.

Czy w Etiopii wielu ludzi świeckich głosi Ewangelię, pomaga księżom, pastorom?

Tak, jest ich bardzo dużo. Są to zwyczajni chrześcijanie wywodzący się z różnych środowisk czy grup społecznych. Głoszą ewangelię dzieciom i młodzieży, ludziom na ulicy, biznesmenom czy politykom. Są jako miejscowi, bardzo dla Etiopczyków przekonujący. Też teraz jestem jednym z nich w USA, gdzie aktualnie mieszkam z rodziną.

Co teraz jest dla Ciebie najważniejsze?

To, że wielu ludzi uwierzyło w Jezusa i oddało mu swoje życie z powodu mojego świadectwa. To mówi samo za siebie.

W więzieniu spotkałem Boga – rozmowa z Tamrata Layne z USA
3 (50%) 1 ocen.


źródło: Marcel Płoszczyński

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze