„Na rowerze, z Jezusem”: rozmowa z o. Tomaszem Maniurą

11 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

2 lipca w Kokotku koło Lublińca rozpoczyna się oblacki Festiwal Życia. Z jego inspiratorem, założycielem Niniwy i liderem rowerowej grupy NINIWA Team o. Tomaszem Maniurą OMI rozmawiała s. Agnieszka Eltmann MChR. 


Agnieszka Eltmann MChR: Nie owijając w bawełnę: pierwszy Ojca rower?

Tomasz Maniura OMI: Pierwszy rower dostałem na I Komunię Świętą i następnego dnia rano, jak się obudziłem i poszedłem do piwnicy, to już go nie było. Został skradziony.

 

Naprawdę? I jak Ojciec to przeżył? 

 

– Płakałem, jak to dziecko, po prostu. Dostałem rowerek i się cieszyłem. 

 

To była kolarzówka? 

 

Zdjęcie: o. Tomasz Maniura

– Nie, malutki składak, ale fajny: taki czerwony. Miał lusterka, z tyłu odblask. To były takie czasy w Polsce, że gadżetów nie było za dużo. Więc jeśli miałem nowy rower z lusterkami i z odblaskiem, to było to coś. A oni mi go ukradli. Tyle pierwszy rower. A pierwsza wyprawa? 

Właśnie: kiedy odbyła się pierwsza wyprawa? 

 

– Rok później, gdy byłem w podstawówce. Pojechałem na nią z tatą. Pochodzimy z Lublińca, a mój wujek, brat mojego taty, mój chrzestny, mieszkał wtedy w Tarnowskich Górach. Trzeba było jechać tam 25 kilometrów, cały czas lasem. Kiedyś w sobotę rano tata mówi: „Jedziemy do wujka Andrzeja na rowerach”. Dla mnie to był szok! Jak to możliwe? Mnie się wydawało wtedy, że to jest wyprawa na koniec świata, a tata to jest mistrz. To było nie do pojęcia, że mogliśmy jechać kilka godzin przez las, a on wiedział, gdzie jechać i się nie zgubił. To było oczywiste, że tata wszystko wie, że zna po prostu cały świat. Wydawało mi się, że dojechaliśmy na koniec świata: dwadzieścia kilometrów przez las. Taki był mój pierwszy wyjazd. 

 

Dzisiaj Ojciec sam prowadzi wyprawy na koniec świata. Co jest najważniejsze w tych wyprawach? Co Ojciec zyskuje w tym dla siebie, także w przestrzeni duchowej? 

 

– Najważniejszy w wyprawach jest Bóg, ale to brzmi tak bardzo ogólnie. Generalnie jest to forma duszpasterstwa. To jest okazja dla młodych do doświadczenia wiary – i to jest rzeczywiście mocne doświadczenie. Sam dla siebie zyskuję poznanie siebie, bo każdy z nas na wyprawie widzi, jak słaba jest kondycja ludzkiej miłości. Ja także widzę to u siebie – jak daleki jeszcze jestem od upodobnienia się do Jezusa. To życie razem jest bardzo ścisłe i nie da się uciec, faktycznie trzeba to przeżyć: zmęczenie, pot, wysiłek, monotonię, wszystkie nieprzewidywalne warunki. Trzeba podejmować tysiąc decyzji dziennie. Cały czas jesteśmy razem, każdy ma swoje przeżycia, uczucia, emocje, zmęczenie, ktoś ma radość, ktoś smutek. Jezus potrafił funkcjonować tak, że nigdy nikogo nie skrzywdził. W tej ścisłej wspólnocie – dwa miesiące to już trochę jest – rzeczywiście widzę, kim jestem. Dla mnie to jest największa wartość. O to właśnie chodzi w każdych rekolekcjach. Nie o nabożeństwa i pobożne konferencje, ale o to, żeby z boku zobaczyć, kim jestem, a dzięki temu odkryć Boga, i potrzebę Boga w życiu. 

 

Wtedy coś zmienia się w nas głęboko, a nie tylko na zewnątrz. 

 

– Tak, dla mnie wyprawa to jest poznanie siebie. A dla nich to jest doświadczenie wiary i także poznanie siebie. Bo dzisiaj ludzie mało znają siebie. Są „wypchani” wszystkim, tylko już nie wiedzą, kim są.  

 

Któregoś razu podczas wyprawy, na której internauci wyznaczali wam trasę, dotarliście do Brukseli. Czy mógłby Ojciec opowiedzieć tą historię? 

 

fot: Facebook, Tomasz Maniura

– To była „Wyprawa w nieznane”. Ludzie codziennie głosowali i decydowali o tym, dokąd pojedziemy. Niczego nie byliśmy w stanie przewidzieć i zaplanować. Nie wiedziałem, że dojedziemy do Brukseli. Wiedziałem, że tutaj są oblaci, ale nigdy tutaj nie byłem, nie znałem ojca proboszcza. Nie da się wszystkich znać, jest nas dość dużo. Jeden współbrat wysłał mi adres sms-em i podjechaliśmy pod ten dom. Zadzwoniliśmy i nikogo nie było. Odprawiliśmy sobie najpierw Mszę św. na ulicy, w takiej wnęce. A potem ojcowie wrócili do domu i przyjęli nas. Gdybyśmy dali znać wcześniej, to by było po królewsku. A i tak było po królewsku, bo ich serca były otwarte. Dla nas to był luksus, bo od kilku dni nie mieliśmy dostępu do kranu z bieżącą wodą, a tutaj można było się umyć i nie trzeba było rozbijać namiotów. Rano odprawiliśmy Mszę św. w kaplicy i zjedliśmy śniadanie. Wyjeżdżaliśmy naprawdę zregenerowani i z poczuciem, że byliśmy na dobrych odwiedzinach. U swoich. Jeszcze dostaliśmy dużo za dużo na lody. 

 

Odprawialiście wtedy Eucharystię właśnie w tej wnęce naprzeciw kaplicy. Nie wiem, czy Ojciec wie, ale przez ostatnie pół roku na tym samym miejscu mieszkał ubogi. Wiele osób okazywało mu serce, chciało pomóc, chociaż odnosiło się wrażenie, że życie w tym miejscu to jest jego wybór. Ale w tym kontekście stanął mi przed oczyma związek ołtarza z ludzką biedą. Jak Ojciec widzi relację między miłością bliźniego a ołtarzem, czyli w najgłębszym sensie – Eucharystią? 

 

– Związek jest bezpośredni, po prostu. To jest jedno i to samo. Eucharystia to jest Chrystus. To jest Ciało Chrystusa. A człowiek, ochrzczony człowiek, jest cząstką Chrystusa. Tworzymy Ciało Chrystusa. Na tyle, na ile trwamy w Bogu, na tyle też potrafimy trwać przy człowieku, potrafimy kochać człowieka. Gdy się karmimy ciałem Chrystusa, to mamy siły przyjmować człowieka. Biednego, innego niż my. Tak samo tutaj. Jezus stał się najbardziej ubogi. Dał wszystko, dał całego siebie, nie miał niczego, był całkowicie dla nas. Wszystko oddał, został ogołocony na krzyżu. I miał wolność, miał miłość w sobie. Zabrali Mu nawet wolność fizyczną na krzyżu, nie mógł się poruszać, był przybity, ale miał w sobie wolność prawdziwą. Dawał to wszystko po prostu i stał się całkowicie ubogi. Kiedy ktoś ubogi jest w miejscu Eucharystii, to jest to tak najbardziej naturalne, tylko pytanie, na ile ten ubogi przeżywa to swoje ubóstwo tak jak Jezus. Często to jest z jakimś żalem, wyrzutem, często to jest rezygnacja z życia. Ubóstwo to jest też nasze zadanie – pod warunkiem, że znamy Jezusa ubogiego. Znamy Go wtedy, kiedy sami tacy jesteśmy, kiedy mamy w sobie tę wolność i miłość. 

 

 

 

Mam czasem poczucie, że mówiąc o swoich wyprawach, Ojciec opowiada o marzeniach, które wszyscy mają, ale z jakiegoś powodu nie wszyscy je realizują. Dlaczego wielu ludzi nie idzie za najgłębszymi pragnieniami serca? 

 

– Ludzie boją się żyć, po prostu. Są przywiązani. To, co mówiliśmy o ubóstwie, można pociągnąć dalej. Człowiek, gdy ma w sobie wolność, jest zdolny do miłości, a żyć to znaczy kochać. Człowiek jest w stanie żyć wtedy, kiedy jest wolny. Nie chodzi o jakąś głupią swobodę. Ludzie mają pragnienie życia i miłości, ale często nie mają wolności. Dlaczego nie realizują czasem pewnych marzeń, bo się po prostu boją coś stracić. Ktoś na przykład chciał dobrze kochać żonę i dzieci, ale uwikłał się w romans i boi się stracić jakąś przyjemność. Może to głupi przykład, ale obrazowy. Taki człowiek boi się, a wtedy dopiero rozwinąłby skrzydła w tym małżeństwie. 

 

Gdyby wszystko zainwestował w jedną miłość. 

 

– Tak jest. Ludzie nie robią czegoś pięknego, dobrego, bo się do kogoś przywiązali: do rzeczy, do osób, do towarzystwa. Przywiązanie uniemożliwia, przybija do ziemi, obciąża człowieka. To jest brak wewnętrznej wolności. Od komórek na przykład. Ile to zabiera życia. Każdy chciałby spotkać się, cieszyć, śmiać się, ale ciągle patrzy w ekran. Dlaczego ludzie nie realizują pięknych marzeń? Wszyscy chcą żyć, dlaczego więc nie żyją? Bo się boją coś stracić. Jezus mówił: „Kto chce zachować swoje życie na tej ziemi, ten je straci”. A kto straci, rezygnując z tego wszystkiego, ten zyskuje. 

 

Na życie wieczne… 

 

– Już nawet teraz, bo Jezus nie chce, żebyśmy byli szczęśliwi tylko kiedyś tam w niebie, tylko chce żebyśmy dzisiaj mieli radość w obfitości.  

 

W jednej z homilii powiedział Ojciec: Zachód posiada majętność, a Wschód posiada obecność. Czy mógłby Ojciec to rozwinąć? 

 

– To jest z doświadczenia wypraw. Sokoro jedziemy bez pieniędzy na noclegi, zawsze liczymy na pomoc ludzi. Każdego wieczoru do kogoś przyjeżdżamy. Materialne możliwości na Zachodzie są sto razy większe niż na Wschodzie, ale gdy mówimy o wolności, na przykład dzielenia się z kimś, to Wschód ma sto razy większe możliwości. Generalnie na Zachodzie najczęstsza reakcja to telefon na policję. Zachód posiada majętność, domy są piękne. Ale gdy ludzie mają to wszystko, to się o to troszczą. Boją się o to, ubezpieczają to. Ciągle to remontują, malują, odnawiają, koszą, ustawiają kamery, oglądają, doglądają. Już nie ma przestrzeni do życia. Oni już nie mają kiedy żyć, bo muszą się zajmować tą majętnością. I kiedy nagle pojawia się ktoś taki jak my, to przeszkadza po prostu. Niby to wszystko ma służyć życiu, ale pochłania. Często dzisiaj ludzie, zajmując się życiem, tracą życie. I nie ma już przestrzeni na jakąś spontaniczność: na spotkanie, na to żeby nagle usiąść i spotkać się z człowiekiem, tak bezinteresownie, rozmawiać. Chodzi o zwykłą obecność.  

 

Natomiast na Wschodzie przyjedziesz i oni się cieszą, i się gada po prostu. Nie ma tak, że gonią, szybko, szybko. Co mają, to dadzą, nie chcą pieniędzy, nie mają tyle, ale wpuszczą na podwórko. Widzą, że trzeba się obmyć, wąż z wodą szybko do studni podłączą. My na Wschodzie codziennie się myjemy, a na Zachodzie nieraz przez tydzień nie. To cały paradoks: w domu każdy ma kilka pryszniców, a my jak tydzień długi nie mamy możliwości się umyć. Wschód jest dużo szczęśliwszy, zdrowszy w relacjach międzyludzkich, jest więcej szczerości między ludźmi. Pomijając tamtejszą władzę, normalni, prości ludzie mają dużo więcej naturalności, życzliwości. Na Zachodzie jest dużo gry i kamuflowania. 

 

 

 

Z naszej rozmowy wypływa wyraźnie temat ubóstwa. Czy może Ojciec zafascynował się jako młody człowiek właśnie Chrystusem ubogim? Jak to było z Ojca powołaniem? 


– Rzeczywiście tak. Jezus pociąga w ogóle w całości. Ale jeśli chodzi o ubóstwo, to mnie fascynowała i dalej fascynuje Matka Teresa z Kalkuty. Miałem jej książkę „Miłość – owoc, który dojrzewa w każdym czasie” z taką czerwoną okładką. Pracowałem trochę na myjni samochodowej, tak sobie dorabiałem, gdy byłem w liceum. Zawsze miałem tę książkę ze sobą i czytałem. Była potem cała wilgotna. Pamiętam moment, kiedy decydowałem się na nowicjat, choć nie mogłem się zdecydować. W lipcu cały miesiąc pracowałem właśnie na myjni i tę książkę przeczytałem chyba ze trzy razy. Uderzała mnie taka prostota Jezusa, takie Jego ubóstwo. I tak jak to jest u Matki Teresy: tylko Bóg i miłość Boża do człowieka. Najpierw jej doświadczenie, że kocha ją Pan Bóg i ona może innych. To mnie bardzo pociągało, też chciałem tak po prostu żyć. Taka bliskość Boga, która prowadzi do człowieka i nic więcej praktycznie. Ta książka mocno mi to pokazała. Na naszych wyprawach to się także realizuje. W życiu człowiek jest odpowiedzialny za jakieś przedsięwzięcia, oficjalnie nazywa się tym dyrektorem Centrum Młodzieży, ale tak naprawdę to jest fajnie, bo ja nic nie mam. To wszystko i całą przestrzeń angażuję w tą misję, którą dostałem dla młodych. Czas, środki, które się zdobywa, możliwości. Kiedyś mówiłem, że nie mam żadnych talentów: nie umiem śpiewać, nie umiem grać na gitarze, a dziś wiem, że mam dużo tak naprawdę: po prostu staram się tym wszystkim służyć Bogu. To jest takie ubóstwo, to nie jest moje. Wiem, że umiem organizować, pomyśleć całościowo, dlatego robimy tyle rzeczy dla młodych i rozwija się Niniwa, Kokotek.  

Zdjęcie: Festiwal Życia, fot: Grzegorz

Zadam to pytanie, choć jest trochę osobiste: jak Ojciec lubi się modlić? 

 

– W ciszy. Naprawdę w ciszy. Lubię ciszę. Niektórzy myślą, że jestem typowym aktywistą, ale tak może myśleć tylko ktoś, kto mnie nie zna. Gdybym mógł, to nic bym nie organizował, żadnych zjazdów, festiwalu. Ja to robię, bo taka jest wola Boga, naprawdę. Gdybym nie miał tych zadań, to siedział bym po prostu w ciszy i czytał książki. Lubię się modlić w ciszy. Lubię modlitwę zawierzenia, nie lubię za dużo mówić, Pan Bóg i tak wszystko wie. Nieraz jestem zmęczony i brak energii, by wykrzesać coś od siebie. Ale nie czuję, że powinienem, Pan Bóg tego nie chce. Lubię być. Po prostu być przy Panu Bogu. Usiąść, klęknąć, słaby, zmęczony nieraz, nawet nic nie mówię. Tak zwyczajnie. Modlitwa jest czymś żywym, to jest relacja z Bogiem. Tak jak w małżeństwie: nieraz jest dużo uczuć, a nieraz ich nie ma. Identycznie jest między mną a Panem Bogiem. Nieraz by się chciało wszystko opowiedzieć, a nieraz nic. Czasem trzeba tę relację ożywić, pojechać gdzieś na rekolekcje. Ale przede wszystkim lubię tak po prostu być w ciszy. Wiem, że Pan Bóg mówi i prowadzi. 

„Na rowerze, z Jezusem”: rozmowa z o. Tomaszem Maniurą
6 (100%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze