Grafika: Agnieszka Robakowska/Anna Gorzelana
Anna Ptak (hos_anna): jeśli coś kochasz, to nieuchronnie doświadczysz bólu. I to jest dobry znak [ROZMOWA]
– Dzisiaj mogę powiedzieć, że Kościół jest moim domem. Takim prawdziwym domem, który w pewien sposób odzwierciedla to, czym jest ludzki dom. To miejsce bezpieczne, ostoja, przestrzeń, do której wracamy, bo wiemy, że jesteśmy tam chciani – mówi Anna Ptak, znana w mediach społecznościowych jako hos_anna. Rozmawia z nią Mikołaj Lisiak.
Mikołaj Lisiak (misyjne.pl): Jesteś osobą, która otwarcie dzieli się swoją drogą do Pana Boga w mediach. Czy mogłabyś trochę o niej opowiedzieć?
Anna Ptak (hos_anna): . Czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność. W życiu byłam w bardzo różnych miejscach. Były takie, które kojarzą mi się ze smutkiem i dużym trudem, ale były też momenty głębokiego doświadczenia Bożej miłości. To właśnie każde z nich może umocnić wiarę i stać się czymś, do czego można wracać w sytuacjach kryzysu, przypominając sobie, że po ludzku trudno jest to wytłumaczyć, ale to właśnie doświadczenie miłości i prowadzenia, które są dla mnie niezaprzeczalnym dotknięciem Boga.
Dlatego jestem wdzięczna za całą moją drogę. Za momenty trudne i za momenty piękne. Myślę, że tak jak nasze życie, tak i wiara buduje się poprzez te wszystkie doświadczenia. Zarówno radosne, jak i bolesne. Chwała Panu za nie wszystkie.
A czy tą drogą prowadzącą do Pana Boga można iść samemu?
– Jeśli pytamy o drogę wiary w kontekście przeżywania jej samotnie, to mam w sobie pewną wątpliwość. Oczywiście zawsze mamy wolność wyboru, ale rodzi się pytanie, czym jest wtedy ta droga. Jesteśmy stworzeni do relacji. Do życia we wspólnocie, w społeczeństwie, blisko drugiego człowieka. Im bardziej się od siebie odsuwamy, tym więcej tracimy. Myślę, że wiara, przeżywana w osamotnieniu, nie rozwija się naturalnie. Wiara rodzi się ze słuchania, ale też wzrasta wtedy, kiedy się nią dzielimy. Nie mam tu na myśli wielkich wystąpień czy spektakularnego głoszenia na stadionach i w kościołach. Chodzi o codzienne świadectwo, mówienie prostym językiem, poprzez gesty i wybory, o tym, kim jest Bóg w moim życiu.
Dlatego jesteśmy w Kościele, który jest wspólnotą.
– Nieprzypadkowo mamy Kościół. Wierzę, że Bóg w nim działa. Sam fakt, że trwa od tylu lat, jest dla mnie dowodem Jego obecności. Jezus powiedział, że On jest głową, a my jesteśmy ciałem. Kościół jest oblubienicą Chrystusa. Wiele osób odcina się od Kościoła jako instytucji, ale poza nim nie ma sakramentów. Kościół jest też wspólnotą, która niesie i podtrzymuje. Mam głębokie przekonanie, że wiara bardzo zyskuje, gdy jest przeżywana razem z innymi. Drugi człowiek naprawdę ma wpływ na to, jak ją przeżywam i jak dojrzewam w relacji z Bogiem.

W tym kontekście, czy dla Ciebie Kościół jest domem?
– Dzisiaj mogę powiedzieć, że Kościół jest moim domem. Takim prawdziwym domem, który w pewien sposób odzwierciedla to, czym jest ludzki dom. To miejsce bezpieczne, ostoja, przestrzeń, do której wracamy, bo wiemy, że jesteśmy tam chciani. Ale jest to jednocześnie miejsce, gdzie pojawiają się trudności. Myślę, że to naturalne. Gdy coś nas rani, łatwo uznać, że cały Kościół jest zły albo daje złe świadectwo. Zapominając, że ten Kościół tworzymy my, ludzi słabi, którzy błądzą popełniają błędy, ale to właśnie w tym Kościele mogę odnajdywać drogę do przemiany serca. Faktycznie czuję, że Kościół jest moim domem i że chcę do niego wracać. Czasem człowiek potrzebuje nabrać dystansu, gdy jest trudniej – nie po to, by odejść, ale by złapać oddech. To jednak wciąż mój dom. I tak, kocham go jak dom. Czuję się w nim jak w miejscu, które naprawdę jest moje.
Skoro mówimy o tych trudniejszych momentach, chciałbym zapytać, czy były w Twoim życiu takie sytuacje, kiedy czułaś się w Kościele obco? Jeśli możesz o tym opowiedzieć, to jak udało Ci się przez to przejść? Jak to się stało, że mimo trudności potrafiłaś wrócić do tego domu i nadal w nim być?
– Były takie sytuacje. To zdecydowanie były momenty bólu przeżywanego w Kościele, ale nigdy nie były to chwile odejścia. I mogę powiedzieć tylko „chwała Panu”, bo nie traktuję tego jako swojej zasługi, tylko jako wielką łaskę i wynik tego, że Pan Bóg prowadził mnie przez różne doświadczenia. Dzięki temu nie podjęłam decyzji, że to już nie jest moje miejsce, że nie chcę tu być, ani że się tu nie odnajduję.
Najtrudniejsze były dla mnie chwile, kiedy ludzie w Kościele całkowicie zaprzeczali temu, kim powinien być Kościół jako odbicie Chrystusa. Więcej bólu i trudnych słów usłyszałam od osób związanych z Kościołem niż od tych, którzy z zewnątrz patrzą na niego z dystansem i nie uznają się Jego członkami. To jest dla mnie bolesne, bo jeśli mnie to tak raniło, to próbuję sobie wyobrazić, jak głęboko musi to ranić Chrystusa, patrzącego na swoje dzieci, swoją Oblubienicę (Kościół) i na zaprzeczenie Jego miłości.
Jak sobie z tym radziłaś?
– Mam poczucie, że Pan Bóg mnie na te sytuacje przygotowywał i wyposażał. Jeśli trwałam przy Nim, to stopniowo przeprowadzał mnie przez te doświadczenia. Wzmacniał moją wiarę. Uczył przez to towarzyszenia tym, którzy też cierpią. Pokazywał, jak spojrzeć z miłością na osobę, która mnie zraniła, nie pozwalając, by w moim sercu zrodziła się nienawiść.
A w praktyce? Najprościej mówiąc – modlitwa i trwanie przy Bogu. Mam takie doświadczenie, że kiedy czułam, jak moje serce było ranione przez ludzi Kościoła, to błaganie Jezusa, aby nie pozwolił mi ich nienawidzić, sprawiało, że to serce odradzało się jeszcze bardziej wrażliwe na drugiego człowieka. I nie ugrzęzło w nienawiści. Dlatego wierzę, że najgorsze, co możemy zrobić, to odejść od Boga i od Kościoła tylko dlatego, że zranili nas ludzie.

Czyli trochę jak w rodzinie. Często jest tak, że najtrudniejsze słowa i największe rany pochodzą od tych, którzy są nam najbliżsi: od rodziców, rodzeństwa, krewnych. Może dlatego, że ich opinia najbardziej do nas trafia i najdłużej w nas zostaje. Podobnie bywa w Kościele. Ci, z którymi jesteśmy najbliżej, potrafią zranić najmocniej.
– Przypominają mi się słowa C.S. Lewisa. Pisał, że jeśli coś kochasz, to nieuchronnie doświadczysz bólu. I to jest dobry znak. Bo jeśli ktoś postanowi zabezpieczyć swoje serce przed zranieniem, zamknie je w skrzyni tak, żeby nic go nie dosięgło, to rzeczywiście może uniknie bólu, ale ominie go także miłość. Czasami ze strachu przed cierpieniem uciekamy też przed tym, co piękne.
I tak właśnie o tym myślę w kontekście Kościoła. Gdy doświadczałam bólu, uświadomiłam sobie, że naprawdę kocham Kościół. Jeśli boli mnie to, co w nim trudne, to znaczy, że nie jest mi obojętny. Bo gdyby był, przyjęłabym to ze wzruszeniem ramion, bez emocji. A skoro dotyka i boli, to dlatego, że jest dla mnie ważny. Może brzmi to trochę jak sprzeczność, ale miałam w sobie pewną radość, gdy to zrozumiałam, że ból jest nieodłączną ceną miłości i jednocześnie jej potwierdzeniem.
Co sprawia, że człowiek w Kościele może poczuć się jak u siebie, a co utrudnia?
– Myślę, że osobiste doświadczenia mają ogromne znaczenie. Skoro mówimy o Kościele jak o domu, to naturalne jest, że nasze relacje z rodziną, bliskimi czy duchownymi wpływają na to, jak ten Kościół przeżywamy i postrzegamy. To, co może realnie pomagać, to wspólnota. To doświadczenie Kościoła, który nie jest anonimowy, ale bliski. Kościoła, w którym ludzie się znają, wspierają, niosą w trudnych momentach i dają siłę wtedy, kiedy sami mają jej więcej. Dlatego uważam, że warto szukać swojej wspólnoty. Zadomowić się. A może nawet tworzyć ją w lokalnym Kościele.
Przez wiele lat nie należałam do żadnej wspólnoty i dzięki temu wiem, jak dużą różnicę robi odpowiedź na pytanie, kim jestem w Kościele. Czy przychodząc na Eucharystię, na nabożeństwo patrzę na innych z dystansem i nieufnością, bo ktoś spojrzał krzywo? Czy też widzę w nich braci i siostry? Ludzi, których chcę kochać, bo jesteśmy w jednym domu i próbujemy patrzeć oczami Jezusa. Świadomość tego naprawdę ułatwia bycie w Kościele. A co utrudnia? Zamykanie się. Unikanie relacji. Kościół to relacja z Bogiem, ale też relacja z drugim człowiekiem i z samym sobą. Nie modlimy się słowami „Ojcze mój”, ale „Ojcze nasz”. I to jest kluczowe. Nie bez powodu jesteśmy zaproszeni do tego, żeby być razem, a nie w pojedynkę.
Jak wspominaliśmy, mówisz o wierze otwarcie w mediach społecznościowych. Jak ważna jest ewangelizacja w mediach?
– Obecność w mediach jest po prostu konieczna. Internet stał się naturalnym środowiskiem życia. Gdziekolwiek się pojawimy, widzimy ludzi wpatrzonych w telefony, laptopy, różne urządzenia. Często nie przeżywają w pełni tego, co dzieje się wokół nich w tej namacalnej codzienności, bo sporą część uwagi i czasu pochłania świat wirtualny.

Gdybyśmy uznali, że ewangelizacja powinna odbywać się tylko w przestrzeni realnej, a nie w wirtualnej, to kompletnie rozmijałoby się to z rzeczywistością. Dlatego uważam, że jest tam absolutnie potrzebna.
Myślę też o tym, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną. A w mediach jest mnóstwo treści trudnych, bolesnych, a wręcz krzywdzących, które potrafią prowadzić myśli w mroczne miejsca. Tym bardziej potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy światła. I wiele razy słyszałam głosy ludzi, którzy mówili, jak bardzo brakuje w mediach właśnie takiej nadziei.
Nie każdy nazwie to Ewangelią. Ale dla nas, którzy wierzymy i doświadczyliśmy działania Boga, Dobra Nowina, nadzieja i światło są z nią nierozerwalnie związane. Dlatego uważam, że to przestrzeń, w której naprawdę warto być.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Ks. Damian Wyżkiewicz: różnorodność Kościoła jest piękna, dobra i daje do myślenia [ROZMOWA]
Magdalena Wolińska-Riedi: gdy przekraczam próg kościoła, wiem że jestem u siebie [ROZMOWA]
Zuzia i Michał Bukowscy: relacja i zaangażowanie tworzą dom – tak samo jest we wspólnocie chrześcijan [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny