Polska. O dzieciństwie biskupa Jacka [MISYJNE DROGI]

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Kiedy oczekiwaliśmy narodzin naszego pierwszego syna, w duchu wdzięczności prosiliśmy Boga o szczęśliwe rozwiązanie. Planowaliśmy, że damy mu imię Piotr. Pomyśleliśmy, że może zostanie księdzem, jako że św. Piotr był następcą Chrystusa. W piątek 17 sierpnia 1962 r. urodził się nasz syn. Nie posiadałem się z radości. Ci, z którymi dzieliłem się tą wiadomością, powiedzieli, że będzie miał na imię Jacek, bo takie sobie przyniósł imię. Wracając ze szpitala, wstąpiłem do Sióstr Służek w Samogoszczy. Kiedy podzieliłem się z nimi swą radością, usłyszałem w odpowiedzi:
„Będzie Jacek, bo w piątek było św. Jacka”. A my zaplanowaliśmy, że dziecko otrzyma imię Piotr! Żona też była zaskoczona. Ponieważ nie było u nas telefonów, drugi raz pojechałem rowerem do odległego o 24 km szpitala. Wracając z pośpiechem do domu, planowałem zdążyć na sumę odpustową w Wildze. Pomyślałem wtedy: „Matko Boża, dajże mi jakieś natchnienie”. Gdy wszedłem do kościoła wyjąłem z kieszeni mszalik. Otworzył mi się tam, gdzie był Msza do św. Jacka na 17 sierpnia…

W wieku przedszkolnym mały Jacek zrobił w domu „ołtarz”, ubrał się w coś, co przypominało szaty liturgiczne, przygotował kadzidło. Ustawił wysoką ambonę i głosił kazanie, które zakończył donośnym głosem: „Ludzie! Nawracajcie się, bo jak się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie i do piekła pójdziecie!”. Pozorował „podniesienie” i rozdawanie komunii św. Mówiliśmy wtedy: „Co z niego wyrośnie?”. W szkole podstawowej nawiązał korespondencję z młodzieżą ze Związku Radzieckiego. W listach posyłał im krzyżyki i medaliki. Gdy zapytał jednej z korespondentek, czy chce, żeby jej pisać o Bogu, odpowiedziała, że ona już słyszała coś o polskim Bogu. Gdy Jacek skończył podstawówkę, interesował się szkołą lotniczą w Dęblinie. Opowiadał mi, że w przyszłości czekają go w tej szkole skoki spadochronowe, na które trzeba mieć pisemną zgodę rodziców. Powiedziałem wtedy: „Dziecko, ja takiego wyroku na Ciebie nie podpiszę”. Spytał też oficera, czy będzie mógł w niedzielę wyjść na Mszę św. (a był to czas komunistyczny). Usłyszał, że choć byłby najlepszym uczniem, a ktoś doniesie, że chodzi do kościoła, to zaraz go ze szkoły wyrzucą. Powiedział wtedy: „Jak ja mam się skradać do kościoła po kryjomu, to nie chcę takiej szkoły”. Pewnej niedzieli pokazał pismo: został przyjęty do Niższego Seminarium Oblatów w Markowicach. Było to dla nas ogromne zaskoczenie; ucałowaliśmy go z radości. Zaczęła się Jego służba Bogu.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze