Fot. s. Rachela Pitura/Facebook

Spotkanie z samym sobą 

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Rozpoczęła się już pora deszczowa. Czuję się jak w Polsce. Liście lecą mi na głowę pełną myśli. Deszcz zrasza spękaną od słońca ziemię, a delikatny wiatr kołysze się między drzewami. Cała ta aura sprawia, że zastanawiam się nad tym, po co mi doświadczenie samotności. 

Kiedy jedziesz na misje, nawet nie myślisz o realnym spotkaniu z sobą. Własne „ja” odwraca lustro w sercu, aby nie spotkać się z tęsknotą, która towarzyszy przy starcie. Raczej w głowie pojawiają się pytania typu: „Jak tam będzie?”; „Kiedy minie czas do pierwszego urlopu?”, „Jak Bóg doda mi sił?” itd. Po czym lądujesz na misjach i czujesz się niczym orzeł szybujący w przestworzach z wróblami. Już od wielu lat misjonarze wyruszają z własnych krajów, by wspomagać, leczyć, edukować, a nade wszystko ewangelizować. Spotyka się różnych ludzi i dzieli się własnym doświadczeniem w każdej dziedzinie. Na ile jest się autentycznym, na tyle ludzie się otwierają i chcą rozmawiać i dzielić się własnym doświadczeniem biedy, bólu, samotności. Kim są owe wróble? To dzieci. To najprostsi ludzie świata, którzy nie wymagają od ciebie zakładania maski siłacza czy geniusza i dowodzenia, że na wszystkim się znasz. Ich wzrok mówi: „bądź sobą”.

Na początku myślałam, że najtrudniejsze na misjach będzie spotkanie z nową kulturą, nowymi ludźmi, językiem, pająkami, wężami czy biedą. Jednak przyznanie się przed sobą, że tęsknię, że chwilami czuję się samotna pomimo ciągłego przebywania z ludźmi, było najtrudniejsze.

Samotność na misjach bardzo często może być mylona z depresją, którą nie jest. Choć jeśli nie zaakceptujesz tego, że samotność jest wpisana w realia twojego życia i nie będziesz mieć na to zgody, to może przerodzić się w depresję. Pracoholizm, gonitwa za ploteczkami, bieganie za odhaczaniem każdego punktu dnia może sprawić, że zasypiesz własne „ja” i serce pod stertą błahostek. Z boskiego punktu widzenia posłanie na misje to podróż z aniołem w plecaku, z ludzkiego punktu widzenia to wyjazd z planem działania.

Fot. s. Rachela Pitura/Facebook

Dla misjonarza samotność może być zbawienna. Bo jak każdemu innemu człowiekowi, tak misjonarzowi potrzebny jest w życiu czas, żeby się zatrzymać i przemyśleć, ponieważ może wpaść w pułapkę o nazwie: „działać, działać, działać, działać…”. A co, jeśli przestanie działać? Czy straci na wartości, jeśli się na chwilę zatrzyma?

Stop… reset… Jezus. 

On także wysyła swoich uczniów na miejsce pustynne, osobno. Nie parami, jak wysyłał wcześniej, by szli do ludzi. Zatrzymać się, ale nie w pustce, bo tego nie zniesiesz. Zatrzymaj się i pokaż Jezusowi to co cię trapi, pokaż bolące miejsca. Boski Lekarz pokrzepia i daje siłę by wrócić ze spotkania ze sobą silniejszym a nie pognębionym.

Jednak prawdziwe doświadczenie bycia sam na sam ze sobą pozwala zobaczyć świat z innej perspektywy. Pozwala dać sobie wolność na bycie takim, jakim się jest naprawdę. Odległość od bliskich, od ojczyzny czy chociażby od tego, co było tak łatwe do przewidzenia w świecie cywilizacji. Tutaj jest inaczej. Nie znajdziesz żadnego podręcznika pod tytułem „Jak przeżyć na misjach”. Bo rozdziały ewentualnej książki (podręcznika) pisze samo życie. Aż korci, żeby powiedzieć, że życie to nie telenowela tylko poważna powieść. Jednak trzeba pamiętać, iż autorem owego dzieła jesteś ty sam, ale Kreatorem wszelkich wydarzeń jest sam Bóg. Jednak to ode mnie zależy, czy pozwolę Mu zapisać kilka słów, a nawet całe życie.

Spotkanie z samym sobą 
5.8 (96%) 5 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze