Mozambik. Służyć z miłości(ą)

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nie chodziło o to, żeby się wyżalić. Poprosił tylko o pożyczenie roweru. Wracanie ze szkoły po północy, gdy o 4 nad ranem trzeba wstawać do pracy, okazało się ponad jego siły.

Wielki Czwartek, godzina 18.00. Zebraliśmy się wszyscy w kościele, aby wspólnie uczestniczyć w Liturgii Wieczerzy Pańskiej. O. Xavier tłumaczył zebranym, czym w rzeczywistości jest symbol obmycia nóg. Nie chodzi przecież o sam gest, ale postawę służby wobec drugiego człowieka. I to nie byle jak, ale z miłości i z miłością! Ludzie, wśród których tu żyję, to Macua. Głównie utrzymują się z upraw. Budują domy z bloków ziemi, a następnie przykrywają je słomą. Ci, którzy mają odrobinę więcej, kupują blachę. Niestety konstrukcje są bardzo słabe, przez co na początku roku, gdy mieliśmy cyklony i oberwania chmury, spora grupa ludzi straciła wszystko, a przecież już i tak mieli niewiele. Niektórzy mówią, że już dobrych kilka lat tak tutaj nie było. Muszą zaczynać wszystko od nowa. Domy i uprawy zostały zniszczone. I w tej rzeczywistości ojciec podczas kazania mówił o służbie, o pomocy tym, którzy mają jeszcze mniej, żyją w jeszcze gorszych warunkach. Każdy tutaj ma swoją historię życia. Wiele z nich jest naprawdę dramatycznych. Warto się im przyjrzeć nie tylko przez szacunek do tych ludzi, ale także ze względu na to, że ich losy mogą nas wiele nauczyć. Poznałam tu pewnego chłopaka: nazywa się Orlando i ma dwadzieścia dwa lata. Jest dopiero w jedenastej klasie, chociaż powinien skończyć szkołę kilka lat temu. Podszedł do mnie po Mszy św. w niedzielę i powiedział, że potrzebuje rozmowy. Umówiliśmy się na poniedziałek. Kiedy przyszedł, zaczął opowiadać historię swojego życia. Stracił matkę w wieku pięciu czy sześciu lat, później wychowywał go wujek. Kiedy skończył osiemnaście lat, zamieszkał z kuzynem i zostawił szkołę, żeby jakoś zarobić na życie.

Ponownie wrócił do szkoły w zeszłym roku. Teraz uczy się wieczorami w szkole oddalonej o osiem kilometrów od domu. Codziennie chodzi pieszo, czasami boso, bo jak mówi: „lepiej oszczędzać podeszwy butów, na dłużej wystarczą”. Lekcje zaczyna o osiemnastej, więc z domu wychodzi krótko po szesnastej i wraca najczęściej już po północy, bo lekcje kończą się około jedenastej w nocy. Kolejnego dnia wstaje o czwartej, aby iść w pole, sprzedaje jakieś drobne produkty, wraca do domu, bierze kąpiel i później idzie do szkoły. Nie przyszedł prosić o pieniądze ani o jedzenie, tylko pogadać i prosić o pożyczenie roweru, żeby szybciej wracać ze szkoły. Podczas naszej rozmowy ani razu nie narzekał na swoją sytuację, nikogo o nią nie obwiniał, po prostu dzielił się tym, czym teraz żyje. Może się wydawać, że to historia jakich wiele, przecież to nie jest jedyna osoba, która ma trudną sytuację życiową i potrzebuje pomocy. Dla mnie jest w jakiś sposób ważna, bo pokazuje, że osoby mają tu do mnie coraz więcej zaufania – przychodzą, rozmawiają, czasami proszą. Po lekcjach często wracam do szkoły, do internatu, żeby być z uczniami czy nauczycielami. O to właśnie w tym wszystkim chodzi: aby dać odrobinę siebie i swojego czasu. Niby nic, a dla niektórych bardzo wiele. Nie zawsze trzeba coś drugiemu dać, żeby sprawić mu radość. Czasem wystarczy być.

Kasia Tomaszewska
Carapira, 6 IV 2018 r.

Mozambik. Służyć z miłości(ą)
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze