bp Krzysztof Zadarko, fot. PAP/Andrzej Jackowski
Bp Krzysztof Zadarko: antyimigranckie hasła są sprzeczne z Ewangelią [ROZMOWA]
– W kwestii migracji mamy problem wewnątrz Kościoła. Mało kto bowiem zna nauczanie Kościoła w tym zakresie. I niewielu wypowiadających się o migrantach w Kościele zadaje sobie trud tej lektury. Stąd dominuje ignorancja i bazowanie na narracjach w moim odczuciu pogańskich. Często ulegamy podszeptom różnych grup ideologicznych, politycznych – mówi w rozmowie z misyjne.pl biskup Krzysztof Zadarko, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Migrantów i Uchodźców.
Biskup Zadarko – w rozmowie przeprowadzonej przez Macieja Kluczkę – odnosi się do antyimigranckich demonstracji, które są dość regularnie organizowane w Polsce. – Nie można dziesiątkami tysięcy gardeł wykrzyczeć pogardy wobec ludzi, którzy mieszkają obok nas i pogodzić tego ze słusznymi hasłami patriotyzmu. Hasła wznoszone na tych manifestacjach często uzasadniane są obroną tożsamości kultury chrześcijańskiej Europy i wiary katolickiej. Niektóre z nich były skandaliczne, często nie mieściły się w standardach debaty publicznej, tym bardziej były sprzeczne z ideami chrześcijaństwa i katolicyzmu. Były po prostu nie do pogodzenia z nauką Kościoła, z Ewangelią – podkreśla duchowny.
Maciej Kluczka (misyjne.pl): Czy martwi Księdza Biskupa, że temat migracji często bywa okraszony dużą dawką polityki i politycznymi emocjami? Dyskusja wokół tego tematu często ma bardzo wysoką temperaturę.
Biskup Krzysztof Zadarko: – Oczywiście, że mnie to martwi. Jest to jednak nieuniknione, ponieważ sprawy tego rodzaju należą w pierwszej kolejności do polityki, do rządzących, do organów państwa. Państwo tworzy politykę migracyjną i określa jej ramy prawne, a w niej chodzi o losy ludzi, różnych kultur, różnych religii. Tak mi się wydaje, że my – Polacy – ciągle jedną nogą jesteśmy mentalnie w latach 90., czyli w społeczeństwie żyjącym w przekonaniu, że jest monokulturowe, monoreligijne i monoetniczne. Pojawienie się inności, żeby nie powiedzieć obcości, wywołuje u nas różne znaki zapytania. O obcokrajowcach nie da się mówić beznamiętnie. To, że są emocje – to nic złego. Pytanie – jakie są i jak się z nimi pracuje. Niestety, część tych emocji wywoływana jest sztucznie, wywoływane są lęki, które nie mają oparcia w rzeczywistości.

W tym roku w Kościele już po raz 111. obchodziliśmy Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. To dzień, kiedy Kościół w sposób powszechny i systemowy zachęca nas do pogłębionej refleksji na temat zjawiska migracji. Ta refleksja powinna prowadzić nas do wniosku, że migranci i uchodźcy są wśród nas. To rzeczywistość nie tylko w dużych miastach.
Czy w publicznej debacie o migracji, ale również w codziennych, życiowych sytuacjach, Kościół ma i proponuje swoje rozwiązania? Są organizowane modlitwy za migrantów i uchodźców, ludzie Kościoła włączają się w projekty pomocowe. Czy można zrobić coś więcej?
– Zawsze można zrobić coś więcej. Proszę pamiętać, że w XIX wieku, wraz z migracją z Europy do Ameryki Północnej – głównie Irlandczyków, Włochów i Polaków, pojawiły się w Stanach Zjednoczonych duże problemy społeczne. Pojawiły się również wyzwania duszpasterskie. Właśnie wtedy powstały nowe zgromadzenia zakonne – misjonarze i misjonarki św. Karola Boromeusza (skalabrynianie i skalabrynianki). Założył je Jan Chrzciciel Scalabrini (Giovanni Battista Scalabrini), wysyłając następnie do emigrantów włoskich w obu Amerykach, podobnie jak kard. August Hlond założył zgromadzenie Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej w latach 30. XX w. W tamtym czasie emigracja z Europy na kontynenty amerykańskie osiągnęła liczbę ok. 40 milionów ludzi.

Biskup Piacenzy Jan Scalabrini, nazywany apostołem emigrantów, to dziś święty Kościoła katolickiego.
– Poruszony dramatycznym losem emigrantów włoskich założył zgromadzenia żeńskie i męskie do posługi wśród emigrantów, ale też i sam, pozostając biskupem Piacenzy, udawał się do Ameryki za emigrantami i organizował im duszpasterstwo i wszelką inną pomoc. Włosi – nie znając nowego języka – nie mogli znaleźć swojego miejsca w amerykańskich parafiach. Dzisiaj mamy sytuację odwrotną – to migranci z innych regionów świata przyjeżdżają do nas, do Europy, do Polski. Powinniśmy zastanowić się, jaka jest ich rola, jakie jest miejsce migranta i uchodźcy w naszej parafii. Biskup ma obowiązek widzieć obcokrajowca jako swojego diecezjanina, podobnie parafianie i proboszcz parafii. Proboszcz ma obowiązek ujrzeć w obcokrajowcach swoich parafian. Powinniśmy zadać sobie pytanie, czy Kościół ma w tej kwestii jeszcze coś do zrobienia. Czy możemy zostawić tę sprawę i powiedzieć: „Jakoś to się ułoży”? Podobnie jak w wielu innych przypadkach, dzięki pospolitemu ruszeniu nieśliśmy pierwszą pomoc uchodźcom z walczącej Ukrainy. Niektórzy podchodzą do tego tak, że migranci mogą przychodzić na „nasze” msze, muszą nauczyć się języka polskiego i w tym języku się modlić. A czy tak naprawdę o to chodzi? No właśnie nie. W ten sposób nie zrozumiemy losu migranta i uchodźcy. Oni mają prawo modlić się w swoich rodzimych językach, zwłaszcza pierwsze pokolenie migrantów. Ich dzieci już nie mają takiego dylematu, szybko uczą się nowego języka i znajdują swoje miejsce w społeczeństwie.
Potrzebne jest zaproszenie ich do wspólnoty? Stworzenie warunków, dzięki którym będą mogli być jej pełnoprawnymi członkami?
– My tak naprawdę nigdy na poważnie nie przerobiliśmy nauki Jezusa w tej kwestii. Początkowo nie było takiej potrzeby, ale teraz jest, i to w znacznym stopniu. Powinniśmy szybko tę lekcję nadrobić. Przypominam, że przez wiele lat w naszym kraju forsowana była teza, że najskuteczniejszą pomocą jest pomoc na miejscu, czyli w krajach, z których uciekli. Migrantów i uchodźców nie chcieliśmy tu widzieć nawet wtedy, a była mowa o przyjęciu 6 tysięcy ludzi. Dzisiaj, po 10 latach, jest ich w Polsce 2,5 miliona. I proszę pamiętać, że to nie są tylko Ukraińcy czy Białorusini, migranci z tak zwanego naszego kręgu kulturowego. Coraz więcej jest też obcokrajowców z dalekich krajów azjatyckich, z Afryki, z Bliskiego Wschodu. Poruszamy się w nowej rzeczywistości, do której nie za bardzo jesteśmy przygotowani i nie wiem, czy wszyscy tego chcemy.
>>> Trzy miliony osób ubiegały się o azyl w krajach OECD w 2024 r. To najwyższa liczba w historii

W kwestii migracji mamy problem wewnątrz Kościoła. Mało kto bowiem zna nauczanie Kościoła w tym zakresie. I niewielu wypowiadających się o migrantach w Kościele zadaje sobie trud tej lektury. Stąd dominuje ignorancja i bazowanie na narracjach w moim odczuciu pogańskich. Często ulegamy podszeptom różnych grup ideologicznych, politycznych, które nie analizują złożoności tej sytuacji i karmią nas prostymi rozwiązaniami. Nie słychać w nich absolutnie myśli zaczerpniętej z katolickiej nauki społecznej. Przykładem mogą być hasła wznoszone na antyimigranckich manifestacjach, jakże często uzasadnianych obroną tożsamości kultury chrześcijańskiej Europy i wiary katolickiej. Niektóre z nich były skandaliczne, często nie mieściły się w standardach debaty publicznej, tym bardziej były sprzeczne z ideami chrześcijaństwa i katolicyzmu, pozbawione uszanowania godności człowieka, kimkolwiek by on nie był. Były po prostu nie do pogodzenia z nauką Kościoła, z Ewangelią.
Nie można dziesiątkami tysięcy gardeł wykrzyczeć pogardy wobec ludzi, którzy mieszkają obok nas i pogodzić tego ze słusznymi hasłami patriotyzmu. Imigranci przecież często pracują w Polsce od wielu lat. Niektórzy to bardzo kompetentni i doświadczeni fachowcy, większość wykonuje proste zawody, niekiedy znacznie poniżej ich nabytego wcześniej wykształcenia, bez których nasza gospodarka by sobie nie poradziła. Potrzebujemy ich ze względów demograficznych i gospodarczych. Wrzask, który unosi się na tych manifestacjach po prostu przeraża. Jednak jeszcze bardziej przeraża mnie milczenie różnych autorytetów i środowisk, których głos w takich sytuacjach powinien być słyszalny i jednoznaczny. Mieszanie problemu nielegalnych migrantów z przebywającymi u nas w zalegalizowany sposób służy wywołaniu wrażenia, że wszyscy są problemem i zagrażają naszemu bezpieczeństwu. Wystarczy przestępczy incydent z udziałem cudzoziemca. Za złymi słowami niestety często idą konkretne działania, bo droga od słów w emocjach do czynów jest bardzo krótka.
To efekt upraszczania obrazu cudzoziemców w przestrzeni publicznej bez należytej staranności…
– I jesteśmy w sytuacji, jak w wielu zachodnioeuropejskich krajach, gdzie fala niechęci wobec migrantów tylko rośnie. Mamy jeszcze czas, by zbudować i prowadzić mądrą politykę migracyjną. Na naszych ulicach nie widzę manifestacji muzułmanów, którzy podpalają samochody, sklepy i śmietniki. U nas za to organizuje się antyimigranckie marsze, rozpalające nastroje do niewyobrażalnych granic pełnych niechęci.

W czasie modlitwy za uchodźców w Koszalinie mówił Ksiądz Biskup o tym, że warto wsłuchać się w ich konkretne historie. Czy jest taka historia, która Księdza poruszyła w sposób szczególny?
– Nie mogę zapomnieć pobytu na Lampedusie. Słuchałem opowieści sióstr zakonnych, co ciekawe – z Polski, które posługiwały na tej wyspie wśród uchodźców, głównie z Afryki. Najbardziej przerażały mnie usłyszane historie młodych migrantów, niekiedy kilkunastoletnich chłopaków, którzy uciekali ze swoich krajów przed przymusową partyzantką, przed przymusowym wcieleniem do armii, przed wojną domową. Na Lampedusie pracowało kilkadziesiąt sióstr zakonnych z całego świata, które zgłosiły się do pomocy. Uchodźcy pokazywali im swoje rany, które odnieśli na skutek prześladowań, tortur i mnóstwa niebezpieczeństw, które spotkały ich po drodze. Droga uchodźcy naznaczona jest nieustającym strachem, niepewnością, zmaganiem się z przemocą, brakiem szacunku, pogardą i wyzyskiem. To wszystko w poczuciu braku zrozumienia, wsparcia, pomocy. Widok fizycznych śladów tych historii był poruszający.

W mojej pamięci pozostały też dramaty migrantów z polsko-białoruskiej granicy. Słuchałem opowieści wolontariuszy, którzy ratowali ich życie i zdrowie w lesie. Nadal – niestety – muszą tam być i nieść pomoc, choć już w mniejszym stopniu. Najbardziej dramatyczne były lata 2021 i 2022, wtedy przypadków przekroczeń granicy i wywózek było najwięcej. Najbardziej drastyczną historią, którą zapamiętałem, była historia kobiety, która w Puszczy Białowieskiej urodziła dziecko, ale nie miała pokarmu, by je wykarmić. Nie mogła doczekać się pomocy… Do tego nieszczęścia doszło jeszcze jedno – penalizacja i stygmatyzacja pomocy humanitarnej. Tu bardzo łatwo pojawia się podejrzenie o współsprawstwo w organizowaniu przemytu ludzi. Pamiętam też rozmowy o dylematach funkcjonariuszy broniących granic. To było i nadal jest niezwykle trudne, żadne uproszczenie sprawy nie pomaga znaleźć godnej odpowiedzi, które niosłaby znamiona moralnej oceny i odpowiedzialności. Wyjściem jest ocalenie w człowieku humanitarnej wrażliwości i zapewnienie prawa do koniecznej obrony granicy i bezpieczeństwa, czyli przed nami wyzwania trwające jeszcze bardzo długo. Takie historie powinny przypominać, że każdy migrant i uchodźca to przede wszystkim człowiek, któremu należy się szacunek i pomoc w potrzebie. Jezus Chrystus zawarł to w swoim orędziu, które jeszcze raz, definitywnie, usłyszymy w dniu sądu ostatecznego – „byłem przybyszem a przyjęliście Mnie” (Mt 25,35). Wszyscy się wtedy zdziwią, zarówno ci, którzy spieszyli z pomocą obcokrajowcom, jak i ci, którzy w imię swoich ideałów ich odrzucali.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Agnieszka Kosowicz: warto docenić tych, którzy przyjeżdżają do Polski [ROZMOWA]
Marek Durski: jeden z migrantów z mieszkania integracyjnego mówi już po polsku, a w pracy wzbudza zachwyt [ROZMOWA]
UNHCR: zakwestionowanie prawa do azylu byłoby katastrofalnym błędem





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny