Chinka, która osłoniła księdza przed kulami. Historia męczenników z Zhujiahe 

Kiedy napastnicy weszli do kościoła w Zhujiahe, Maria Zhu Wu miała stanąć przed francuskim jezuitą, Leonem Manginem, i obronić go przed kulami, by dalej mógł prowadzić modlitwę. Według katolickiej tradycji właśnie tak zginęła: próbując ochronić kapłana, przy którym zgromadzili się przerażeni wierni. Jej gest stał się jednym z symboli męczeństwa chińskich katolików czasu powstania bokserów.

Działo się to 20 lipca 1900 r. w północnych Chinach. Od kilku lat rosło napięcie, a bandy tzw. bokserów mordowały chrześcijan i napadały na obcokrajowców. Miały one – nie tylko ciche – wsparcie wojsk cesarskich. Wyznawcy Chrystusa wydawali im się bowiem ściśle związani z obcymi mocarstwami, które rozrywały ich kraj. W wiosce Zhujiahe schroniło się wielu uchodźców. Przez kilka dni udało im się bronić tej ufortyfikowanej przez nich miejscowości. Jednak tego pamiętnego lipcowego dnia wszystko się zmieniło. Poza Marią Zhu Wu tego dnia śmierć męczeńską poniosło też wielu innych katolików – przez rozstrzelanie, uduszenie lub spalenie żywcem. Agresorzy podpalili bowiem kościół, w którym modlili się wierni. Maria była świecką i zaangażowaną katoliczką, której mąż był szanowanym administratorem parafii. Jak w ogóle doszło do tak brutalnych prześladowań? 

Uprzywilejowany jak chrześcijanin 

W II poł. XIX w. – pod dwóch przegranych tzw. wojnach opiumowych – Chińczycy musieli przyjąć upokarzające dla nich warunki traktatów, które dawały obcym mocarstwom wiele przywilejów w ich kraju, w tym prawo eksterytorialności i siedzib nawet w głębi Państwa Środka (podobno w wyniku „błędu” francuskiego tłumacza). To w trakcie tych konfliktów miało rozpocząć się bainian guochi, czyli „stulecie narodowego poniżenia”.  

Św. Léon-Ignace Mangin, fot. Thomon – Praca własna, commons.wikimedia.org

Z tej ochrony międzynarodowej korzystali misjonarze, ale też nierzadko chińscy chrześcijanie, tak katoliccy jak i protestanccy. Z punktu widzenia Chińczyka obcokrajowcy się niemal panoszyli w ich własnym państwie i posiadali liczne przywileje. Podobnie postrzegano chrześcijan, których utożsamiano z obcymi, którzy narzucali im niekorzystne warunki. Misjonarze wykorzystywali swoją pozycję, by na przykład ich wierni mieli przewagę w sporach sądowych. To wszystko wcale nie doprowadziło do jakiejś wielkiej lawiny nawróceń. Te tysiące neofitów po kilkudziesięciu latach stanowiły wciąż garstkę w porównaniu z ludnością Chin. 

Nienawiść do obcych oraz chrześcijan, których uważano za ich agentów, zaczęła systematycznie rosnąć. Przywoływano stare historie, jeszcze z pierwszych misji jezuickich w tym kraju. Opowiadano o tym, jak to niemoralni są księża i czego nie robią z katoliczkami – oczywiście były to paszkwile, przynajmniej w zdecydowanej większość wypadków. Plotkarzom paliwa dostarczał fakt, że kobiety i mężczyźni modlili się w kościołach wspólnie, co było pewnym skandalem obyczajowym w konfucjańskim społeczeństwie, w którym obowiązywała duża separacja płci. 

Kim byli bokserzy? 

Powstanie bokserów nie było zwykłym wybuchem nienawiści do chrześcijaństwa, choć chrześcijanie stali się jednymi z jego głównych ofiar. Ruch wyrósł pod koniec XIX w. w północnych Chinach, zwłaszcza w prowincji Shandong, z połączenia kilku napięć: biedy, klęsk żywiołowych, lokalnych konfliktów, lęku przed obcymi wpływami oraz rosnącej obecności misjonarzy i mocarstw zachodnich.  

Sami „bokserzy” byli członkami ludowych stowarzyszeń religijno-militarnych, odwołujących się do ćwiczeń walki, rytuałów opętania i przekonania o nadnaturalnej odporności na broń. Wierzyli, że opanowani przez duchy mogą być niepokonani. Ich hasło „wspierać Qing, niszczyć cudzoziemców” dobrze pokazuje, że nie postrzegali siebie jako buntowników przeciwko dynastii, lecz jako obrońców Chin przed „obcym skażeniem”. W praktyce za to skażenie uznawano nie tylko dyplomatów, żołnierzy, koleje czy misjonarzy, ale także chińskich chrześcijan, których traktowano jako sprzymierzeńców cudzoziemców. Podczas powstania zamordowano ok. 30 tys. osób.  

Żołnierze bokserów, fotograf nieznany, fot. pix.avax.news/avaxnews/84/42/00004284.jpeg, commons.wikimedia.org

Cesarzowa Cixi zauważyła w tym możliwość umocnienia władzy dynastii i pozbycia się wpływów niechcianych obcokrajowców. Stąd wojska cesarskie zaczęły wspierać powstańców. W czerwcu 1900 r. bokserzy zaatakowali dzielnicę dyplomatyczną w Pekinie. Przez wiele tygodni niemal 1000 cudzoziemców i ok. 3 tys. chińskich chrześcijan było zabarykadowanych. 

Leon Ignacy Mangin i towarzysze 

Leon Ignacy Mangin urodził się 30 lipca 1857 r. w Verny, niedaleko Metzu, we wschodniej Francji. To był czas, gdy nierównoprawne traktaty właśnie wchodziły w życie. Ale to właśnie Chinom poświęcił swoje życie.  

Do Towarzystwa Jezusowego wstąpił w 1875 r., a kilka lat później został wysłany na misję do Chin. Tam uczył się języka chińskiego i teologii, a w 1886 r. przyjął sakrament święceń. Przez kolejne lata pełnił różne funkcje misyjne, pracując w realiach coraz większego napięcia między lokalnymi społecznościami, chrześcijańskimi konwertytami i obcą obecnością w Chinach. W 1900 r., gdy powstanie bokserów ogarniało północ kraju, Mangin znalazł się w Zhujiahe w prowincji Hebei. Była to niewielka katolicka miejscowość, której liczba mieszkańców i uchodźców miała wzrosnąć z kilkuset do około trzech tysięcy osób, ponieważ chronili się tam chrześcijanie z okolicy.  

Jezuita próbował przygotować wioskę na atak: gromadził zapasy, organizował obronę i wezwał do siebie innego francuskiego jezuitę, Paula Denna.  

Męczeństwo 

Ostatnie dni Leona Mangina upłynęły w atmosferze oblężenia. Niewielka wspólnota szybko zamieniła się w zatłoczony punkt obrony i modlitwy. Mangin nie wyjechał, choć jako europejski misjonarz był szczególnie narażony. Według relacji jezuickich starał się przygotować mieszkańców na najgorsze: gromadzono zapasy i wzmacniano obronę. Atak ponad 4000 silnie uzbrojonych powstańców rozpoczął się 17 lipca. Niektórym mieszkańcom udało się uciec. 20 lipca już było wiadomo, że wioska nie zdoła długo opierać się napastnikom. Wierni schronili się w kościele. Tam Mangin i Denn mieli modlić się z ludźmi, spowiadać ich i umacniać tych, którzy nie chcieli wyrzec się wiary.  

fot. pixabay/sasint

Wkrótce bokserzy wtargnęli do świątyni. Według przekazów hagiograficznych Maria Zhu Wu stanęła wtedy przed Manginem z rozłożonymi ramionami, próbując zasłonić go własnym ciałem. Została trafiona i upadła przy balustradzie ołtarzowej. Mangin miał w tym czasie trzymać różaniec i krucyfiks. Chwilę później zginął także on, a wraz z nim Paul Denn i wielu innych chińskich katolików. Część relacji mówi, że po strzelaninie kościół został zabarykadowany i podpalony, co dopełniło masakry. To był jeden z licznych przykładów męczeństwa chińskich katolików w XIX i XX w. 

Leon Mangin, Maria Zhu Wu i ich towarzysze zostali włączeni do grupy 120 męczenników chińskich, kanonizowanych przez Jana Pawła II 1 października 2000 r. To bardzo różnorodna grupa: duchowni i świeccy, Europejczycy i Chińczycy, mężczyźni, kobiety i dzieci, ofiary prześladowań z różnych okresów historii Chin. 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Wybrane dla Ciebie

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze