Światowy Dzień Chorych

Fot. Radek Rakowski

Chorych nawiedzać 

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Rozmowa z ks. Radosławem Rakowskim, poznańskim duchownym, duszpasterzem akademickim i kapelanem w zakładzie opiekuńczo-leczniczym. 

Czy pamięta ksiądz ten pierwszy „zawodowy” kontakt z chorymi? 

Oczywiście! Pierwsze spotkanie z chorym jest bardzo trudne. Byłem młodym księdzem, wcześniej nie pracowałem z ludźmi chorymi i starszymi. I gdy się namaszcza kogoś, daje mu Komunię świętą, jest przy jego śmierci i towarzyszy się rodzinie, która płacze po odejściu bliskiej osoby – jest to trudne doświadczenie, które zapada w serce. Jednak w pewnym momencie można się do tego przyzwyczaić. 

Towarzyszenie chorym wpisane jest w posługę każdego księdza, nie tylko kapelana. 

Zaraz po święceniach miałem pierwsze wizyty u chorych czy wezwania do osób umierających. Teraz co miesiąc odwiedzam prawie 30 osób chorych w domach. Kolejni z nich umierają. To osoby, z którymi rozmawiało się o życiu, które się znało i których po ludzku zaczyna brakować, gdy odchodzą. 

Kapelani przyzwyczajają się do swoich chorych? 

Teraz pracuję w zakładzie opiekuńczo-leczniczym przy jednym ze szpitali, wielu chorych w tym miejscu przebywa, a nawet mieszka od dawna. Tworzymy taką wspólnotę kilkudziesięciu osób. Zawsze są te same osoby na mszy św., ja je znam z imienia i one mnie znają. Tworzymy realną wspólnotę, która wspólnie się modli i zna swoje przyzwyczajenia. Dlatego, kiedy ktoś umiera, to zaczyna go brakować. Tak po ludzku tęskni się. 

Światowy Dzień Chorych

Fot. Radek Rakowski

Jaka jest zatem rola kapelana szpitalnego? 

Taki typowy kapelan w szpitalu stale czuwa, dyżuruje. Od rana do wieczora ma telefon przy sobie. Jak kogoś przywożą, to on jedzie go namaszczać, dawać ostatnie sakramenty, rozgrzeszać. Taki kapelan jest tym, który niesie Chrystusa umierającym i chorym. Ja jestem kapelanem w zakładzie opiekuńczo-leczniczym, czyli mam trochę spokojniejszą pracę. Nie mam takiego telefonu, który dzwoniłby o każdej porze dnia i nocy. Ale służę tym chorym, którzy nie mają jak dojść do kościoła, którzy nie mogą skorzystać z sakramentów świętych. Dlatego ja jadę do nich, żeby im służyć tym wszystkim, co Chrystus chciałby im dać. 

Czego chorzy oczekują od kapelana? 

Człowiek w obliczu śmierci czy choroby mięknie i często jest tak, że robi rozrachunek ze swoim życiem. Dlatego chce od kapelana przede wszystkim miłosierdzia i chce miłości. Często ludzie na samym początku chcą oswoić się z kapelanem i zaczynają mu opowiadać o swoim życiu. A dopiero za trzecim, czwartym spotkaniem chcą się wyspowiadać i przyjąć Komunię świętą. Kapelan musi być w pierwszej kolejności człowiekiem, który rozumie sytuację drugiego. 

Jaki powinien być kapelan szpitalny? 

Musi być bardzo delikatny, bo w szpitalu spotyka się wszystkich ludzi. To nie jest tak, że w szpitalu są tylko twoi parafianie, których znasz i wiesz, w jakiej są sytuacji życiowej. Ktoś mógł być np. zaciętym ateistą walczącym z Kościołem. Raptem przychodzi wyrok – rak. I ten człowiek zaczyna robić rozrachunek ze swoim życiem, zaczyna rozmawiać z kapelanem, później chce się pojednać z Panem Bogiem. I wtedy kapelan musi być bardzo, bardzo delikatny. Często jest jedyną osobą, która może doprowadzić chorego do Jezusa. Nie możemy być tymi, którzy robią łaskę. Musimy być tymi, którzy wielogodzinną pracą, cierpliwością przychodzą do tego człowieka, nie potępiają go, tylko dają mu szansę. 

A co z tymi, którzy nie chcą się spotkać w szpitalu z kapelanem? 

Jest wolność. Tak jak Jezus daje wolność człowiekowi, tak kapelan nie może być lepszy od Jezusa i nie może nikogo na siłę namaszczać czy rozgrzeszać. Kapelan jest sługą Chrystusa i skoro Chrystus daje wolność drugiemu człowiekowi, to kapelan nie może zrobić nic więcej. 

Dużo jest trudnych momentów w tej służbie? 

Na pewno w przypadku typowych kapelanów największym krzyżem jest ta ciągła konieczność czuwania. Telefon dzwoni nawet o drugiej, trzeciej w nocy, ciągle muszą być w gotowości do służby. Bywają np. przy śmierci młodych osób, które w weekend nierozsądnie zażyły dopalacze. Kapelan patrzy na to i chciałby całemu światu powiedzieć: nie bierzcie tego, nie bierzcie narkotyków. Ale jest bezsilny. A w kolejny weekend znowu ktoś przyjeżdża i on musi tę osobę rozgrzeszyć i odprowadzić na tamten świat. 

EPA/OSSERVATORE ROMANO

Życie i śmierć nieustannie towarzyszą pracy kapelanów. Jak zatem towarzyszyć przy umieraniu? 

Przede wszystkim nikt nie chce być sam. Każdy chce mieć osobę, która jest obok, która ma czas dla ciebie i cię wysłucha. To jest najważniejsze – człowiek chce być wysłuchany. Kiedy człowiek umiera, to ma pewnie mnóstwo myśli: czy Bóg mnie osądzi, czy Bóg mnie przyjmie, czy Bóg w ogóle istnieje, czy coś czeka mnie po śmierci. Nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania teraz, niczego nie jesteśmy na pewni na sto procent. Możemy tylko chwycić umierającego za rękę i powiedzieć: jestem przy tobie, nie bój się; cokolwiek by się stało, będę cię kochał. W tej naszej ludzkiej ułomnej miłości człowiek może odnaleźć doskonałą miłość Pana Jezusa, która pomoże mu przetrwać, przejść ten moment śmierci.  

Czy w tej służbie trzeba być czasem również psychologiem? 

Zdecydowanie. O. Jan Góra często mówił, że przychodzi taki moment w życiu człowieka, że musi stać się rodzicem dla swoich rodziców. Rodzice muszą być cierpliwi dla swoich dzieci, zmobilizować je do zjedzenia obiadu, do słuchania, muszą znaleźć język dotarcia do dziecka. Tak samo wobec starszych, chorych – człowiek musi znaleźć język, użyć odpowiednich słów, musi znaleźć sposób na kontakt z drugim człowiekiem. Niedawno oglądałem film „Patch Adams” z Robinem Williamsem. Grał tam studenta, który ciągle szukał porozumienia z chorym. Szukał języka, sposobu na rozśmieszenie go i dotarcie do niego. Tak, żeby łatwiej było mu znieść chorobę. Kapelan i lekarz ciągle muszą nad tym pracować, żeby nie traktować kogoś taśmowo, jak kolejny przypadek. Trzeba do każdego próbować podchodzić indywidualnie. 

Kapelani pracują pewnie nie tylko z chorymi, ale też z służbą medyczną i z rodzinami pacjentów. 

Dwa i pół tysiąca pracowników jest zatrudnionych w szpitalu, w którym pracuję. Oni też uczestniczą w mszach św., obserwują moją pracę. W swoich sercach przeżywają takie same sprawy jak ci chorzy. W pierwszej kolejności to jest więc relacja z pracownikami szpitala i świadectwo życia wobec nich. A druga sprawa to właśnie bliscy, którzy często wpadają w panikę. Chorzy często lepiej znoszą chorobę niż bliscy, którzy stają wokół łóżka i płaczą, panikują i wpadają w histerię. Trzeba zająć się i chorymi i rodzinami, bliskimi chorych. Trzeba z nimi stanąć, porozmawiać, wytłumaczyć i być cały czas przy nich. 

Skąd pomysł na zaangażowanie studentów z duszpasterstwa akademickiego w zakładzie opiekuńczo-leczniczym? 

Chorzy mówią głównie o tym, że się czują samotni i nikt ich nie słucha, nikt z nimi nie rozmawia. Ja oczywiście mam ograniczoną cierpliwość i mam ograniczony czas. Dlatego za każdym razem, kiedy zabiorę do szpitala ludzi, którzy będą w stanie poświęcić uwagę jednej czy drugiej osobie, przyniesiemy ulgę takiemu choremu. Im więcej studentów się angażuje tym większej liczbie chorych przynosimy ulgę. Z drugiej strony ci studenci uwrażliwiają swoje serce. Przykładowo: dziewczyna zostaje porzucona przez chłopaka i wydaje jej się, że to już jest koniec świata, że jej życie nie ma sensu. I raptem przychodzi do takiego szpitala, patrzy, jak ci ludzie przeżywają chorobę i jej problemy nagle wydają się takie błahe. Zaczyna żyć prawdziwym życiem, miłością, poświęceniem dla drugiego. 

EPA/ABIR SULTAN

Jak studenci reagują, gdy po raz pierwszy pojawiają się w zakładzie? 

Najpierw zawsze jest strach. Przychodzą do szpitala i sam obiekt ich przeraża. Potem pojawiają się pytania: czy dotknąć chorego, czy on mnie nie zarazi, jak na mnie zareaguje. To jest poznanie nowego człowieka, który jest chory i może reagować inaczej niż zdrowy. Takim wsparciem jestem dla nich ja jako kapelan. Znam to wszystko, stoję więc z tyłu i mówię: nie bój się, dotknij, teraz zrób to itd. I oni po pierwszym, drugim, trzecim razie zaczynają się przyzwyczajać, przełamywać siebie samych i zaczynają z tymi chorymi normalnie funkcjonować. 

A chorzy odbierają ich jak przyjaciół? 

Tak! To jest niesamowite: oni znają ich imiona, ciągle się o nich pytają, tęsknią za nimi. Jak któryś ze studentów nie przyjdzie, to od razu słyszę: dlaczego go nie ma?! Udaje się stworzyć wspaniałą wspólnotę między studentami, chorymi i księżmi. Często jesteśmy jedynymi osobami, które odwiedzają tych chorych. Ich bliscy ich nie odwiedzają. A my – poza personelem medycznym – jesteśmy jedynymi, którzy poświęcają im czas, chcą z nimi być. 

Chorych nawiedzać – to chyba wezwanie do każdego z nas. 

Ksiądz jest znakiem obecności Kościoła, ale gdyby on sam był w tym szpitalu, to byłoby beznadziejnie. I dlatego bardzo ważne jest, żeby wierni świeccy tak samo przychodzili i chcieli być z tymi chorymi. To jest wyraz wspólnoty. Ci ludzie towarzyszą swoim braciom i siostrom, którzy są w chorobie. Ksiądz jest nosicielem sakramentów i oczywiście też jest człowiekiem, też jest bratem. Ale im więcej jest ludzi w tej rzeczywistości szpitalnej, tym bardziej wyraża się Kościół. Mamy troszczyć się nie tylko o siebie, ale też o innych.

Rozmawiał Hubert Piechocki 

Zobacz także
Wasze komentarze