Fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Czy w Kościele musi być „fajnie”? [FELIETON]

Im dłużej żyję we wspólnocie Kościoła, tym częściej zauważam, że organizuje się coraz więcej „katolickich eventów”. Często sam w nich uczestniczę, ale czasem zastanawiam się, dlaczego jest ich aż tyle. Czy przypadkiem nie próbujemy tak zorganizować życia kościelnego, żeby w Kościele było „fajnie”?

Pułapka wygody w wierze

Nie lubię uogólniać – to często krzywdzące. Zdarza mi się jednak słyszeć opinie typu: „W tym kościele proboszcz wygłasza piękne kazania, nie to co w moim” albo: „Jak byłem w Zakopanem, to tamta góralska msza – te śpiewy, szaty liturgiczne – naprawdę robi wrażenie”.

Nie chcę przez to powiedzieć, że dobre, merytoryczne kazania czy starannie przygotowana liturgia są czymś złym – wręcz przeciwnie. Widzę jednak, że gdy tego brakuje, często ludzie odpuszczają. Czasem i ja wpadam w tę pułapkę – wybieram mszę tutaj, a nie tam, kierując się argumentami, które nie zawsze mają związek z Panem Bogiem. I wtedy pojawia się pytanie: czy naprawdę skupiam się na Nim, czy bardziej na sobie i tym, by było mi „fajnie”?

>>> Nadzieja pośród zgiełku. Przystanek Jezus 2025  [REPORTAŻ]

fot. PAP/Grzegorz Momot

Eventy katolickie w praktyce

Kościół oferuje wiele wydarzeń, zwłaszcza dla młodych, szczególnie w czasie wakacji. Mogą to być wielkie spotkania, jak ostatni Jubileusz Młodych w Rzymie czy coroczna Lednica, ale także mniejsze wydarzenia parafialne. W wielu momentach działają świetnie – można spotkać świadectwa ludzi, którzy po raz pierwszy doświadczyli żywego Kościoła. Poznają nowe wspólnoty, znajdują swoje miejsce.

Czasem jednak w tych wydarzeniach gubimy sedno – spotkanie z Bogiem. Niektórzy wychodzą zadowoleni, mówią „było super”, ale po tygodniu mam wrażenie, że niewiele z tego zostaje w ich codziennej duchowości. To trochę jak zjedzenie fast fooda: smaczne, ale znikoma wartość odżywcza.

>>> Dla nich Kościół wciąż ma niewiele…

Fot. PAP/Wojtek Jargiło

Dlatego warto spojrzeć na siebie i zastanowić się, co naprawdę wynosimy z takich spotkań. Nawet jeśli stronimy od eventów i mówimy, że „nic nie dają”, warto zapytać siebie: co ja wynoszę z mszy świętej? Czy pamiętam, o czym była Ewangelia, kazanie księdza?

Jest taka anegdota – ktoś przychodzi do domu i domownicy pytają – jak było w kościele? Odpowiedź brzmi: „Ksiądz mówił pięknie, mi się podobało”. Ale kiedy pada pytanie, o czym dokładnie było kazanie – cisza.

Wartość wydarzeń i głębia spotkania

Nie chcę przekreślać takich wydarzeń – wiele z nich potrafi dotrzeć z wiarą do współczesnego człowieka. Warto jednak pamiętać, że prawdziwe spotkanie z Bogiem wymaga zejścia w głąb serca. Na myśl przychodzi św. Teresa z Avila i jej „twierdza wewnętrzna” – dusza jako zamek z wieloma mieszkaniami, do którego trzeba wchodzić coraz głębiej, by dotrzeć do centrum, w którym mieszka Bóg.

>>> Wolność zaczyna się tam, gdzie stajemy w prawdzie [FELIETON]

Fot. youtube/Klasztor Mniszek Karmelitanek Bosych Gniezno

Czy w Kościele musi być „fajnie”? I tak, i nie. Jeśli skupimy się tylko na dostarczaniu wrażeń i dobrego samopoczucia – nie. Jednak warto wykorzystywać współczesne możliwości do ewangelizacji. Św. Maksymilian Kolbe w 1918 roku założył „Rycerza Niepokalanej”, a następnie założył rozgłośnię radiową, by dotrzeć do ludzi. Nowoczesne formy mogą wspierać głębokie spotkanie z Bogiem, jeśli nie zatracimy sedna.

Może więc warto zadać sobie pytanie: czy chodzę do Kościoła po to, żeby było mi fajnie, czy po to, żeby spotkać żywego Boga? Odpowiedź może być trudniejsza niż się wydaje.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze