Dwie Nawy

Fot. misyjne.pl

#DwieNawy: Kościół – monarchia czy wspólnota?

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po kilku latach wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli.

Jesteśmy właściwie na kościelnych antypodach: jeden z nas czyta „Tygodnik Powszechny”, drugi „Christianitas”. Jeden inspiruje się Tischnerem, drugi Ratzingerem. Jeden chodzi na Msze św. do parafii, drugi na trydenckie. Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad dwóch latach wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli. Jesteśmy jak dwie nawy jednego kościoła. Właśnie to doświadczenie wspólnoty pomimo dzielących nas różnic zainspirowało nas do rozpoczęcia nowej serii felietonów #DwieNawy, w których pokazywać będziemy, jak w całej kościelnej różnorodności można odnaleźć jedność.

Michał Jóźwiak

Michał Jóźwiak

Michał Jóźwiak

Niektórzy upatrują przyczyn klerykalizmu w tym, że Kościół jest monarchią. Choć oczywiście zdarzają się przypadki nadużywania władzy lub nadmiernego przywiązania do tytułów czy godności to jednak trzeba zaznaczyć, że nie samo występowanie hierarchii, ale sposób sprawowania funkcji przez księży, biskupów czy kardynałów przyczynia się do wypaczeń. Można spierać się o to, czy Kościół powinien być bardziej monarchią czy wspólnotą, ale kiedy przyjrzeć się temu tematowi z bliska, to jeden i drugi model znakomicie się uzupełniają.

W dyskusjach podnosi się nierzadko argument, że Kościół ma być wspólnotą, gdzie wszyscy są równi. Monarchia i wspólnota to słowa, które określają Kościół. I choć pozornie się one wykluczają, to wcale tak nie jest. To, że w monarchii jest określona struktura i hierarchia nie oznacza, że jest to model przeciwstawny wspólnocie. Jest wręcz odwrotnie. Każda wspólnota potrzebuje podziału zadań i dla różnych osób przewidziane są inne funkcje. Tak właśnie jest w Kościele, choć sposób rozumienia roli tych najwyższych stanowisk jest taki, jaki wyznaczył Jezus. „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich” – czytamy w Ewangelii wg św. Marka. Z założenia więc we wspólnocie Kościoła im wyższe stanowisko w hierarchii, tym większa odpowiedzialność i tym większa powinno być oddanie i rola służebna wobec innych. Chrystus umywał nogi swoim apostołom jako znak tego, że władza ma być w Kościele zawsze rozumiana jako służba.

Kiedy w mediach trwała dyskusja na temat całowania papieża w pierścień rybaka, a właściwie kontrowersyjnej reakcji Ojca Świętego na ten gest podczas jego wizyty w Loreto, jeden z watykanistów powiedział, że „papież Franciszek pragnie przełomu. On nie postrzega już Kościoła jako monarchii, lecz jako wspólnotę” – podkreślił Marco Politi. Nie zgadzam się z nim. Domyślam się jednak, co miał na myśli. Pewnie chciał przekazać, że Franciszek chce Kościoła bardziej otwartego na ludzi i to w pełni popieram. We wspólnocie relacje muszą być fundamentem, ale hierarchia te relacje porządkuje i chroni nas przed chaosem, który w Kościele mógłby oznaczać zejście z jasno wyznaczonego przez Ewangelię kursu.

We wspólnocie są różne powołania, różne rodzaje posługi i zachowanie hierarchii pozwala na utrzymanie koniecznego porządku. Nie przeszkadza to w żaden sposób w budowaniu wspólnoty, w której każdy ma swoje miejsce i zadanie.

Aleksander Barszczewski

Dyskutując na studiach o Karolu Marksie i jego ideowych spadkobiercach w większości zgadzaliśmy się, że był on trochę jak lekarz, który znakomicie wyczuwa problem pacjenta, stawia dobrą diagnozę, jednak zaproponowany przez niego sposób leczenia, przepisane lekarstwa zamiast pomóc – tylko pogłębiają chorobę. Coraz częściej wydaje mi się, że ten przykład trafnie obrazuje sytuację, w jakiej znalazł się Kościół.  Jedną z najpoważniejszych chorób jakie diagnozuje w Kościele Ojciec Święty jest klerykalizm. Proponuje środki zaradcze. Czy słuszne? Nie jestem przekonany.

Papież Franciszek wielokrotnie wzywał do ucieczki przed klerykalizmem, który – jak mówił – jest „anomalią w rozumieniu władzy w Kościele, bardzo powszechną we wspólnotach, w których odnotowano zachowania polegające na nadużyciu urzędu (…)”. Ponieważ jednak papież nie podaje jasnego sposobu ucieczki od tego zjawiska, często odpowiedzią na te wezwania jest postulat skrócenia dystansu między hierarchią a wiernymi. Nie inaczej było choćby po ostatniej małej burzy wokół całowania papieskiego pierścienia. Czas skończyć z monarchią w Kościele – mówią – z imperialną hierarchią, tytułami, herbami, fioletowymi sutannami. Wszystko to budować ma klerykalną mentalność, która przeszkadza prawdziwej wspólnocie.

Wydaje się jednak, że jest to wyjście z błędnego założenia. Stroje i tytuły – kto z nich teraz korzysta, kto poza liturgią widział ostatnio biskupa w fioletowej sutannie? Kto dziś do biskupa zamiast „Księże biskupie” mówi „Ekscelencjo”? Mentalności nie tworzą drobne, głównie liturgiczne przywileje, ale sposób życia.

Mówimy o zwiększeniu roli świeckich w Kościele – to bardzo piękne, ale czy ktoś w Polsce słyszał o udzielaniu świeckim posług lektoratu i akolitatu, tak jak wzywał do tego ojciec święty Paweł VI? O święceniach diakonatu dla żonatych mężczyzn nawet nie wspominam, bo choć na świecie jest ich ponad 40 tysiąc, to na te nadal nieliczne w Polsce przypadki patrzy się wciąż na zasadzie „ksiunc z babom”. Kościół pomimo deklaracji wciąż rękami i nogami broni stanu duchownego przed np. żonatymi mężczyznami, odmawiając udzielania im posług i święceń, które powinni móc uzyskać, większość z nich traktując nadal jako „drogę do kapłaństwa”.

Liturgiczne życie Kościoła (a za nim i pozostałe jego aspekty) wykonuje więc wąska kasta posiadających wszystkie kolejne święcenia i posługi ludzi i z powodów trudnych do odgadnięcia nie chce tych obowiązków rozdzielić na całą wspólnotę, ciągle tylko deklarując chęć zwiększenia roli świeckich. A nie zwiększenia tej roli potrzebujemy, tylko działania odwrotnego – rozszerzenia i powrotu stanu duchownego do źródeł. Któż dziś pamięta, że kanonik nie był pierwotnie niewiele znaczącą godnością pozwalającą przybrać bardziej kolorowy strój, ale formą życia, obejmującą np. wspólne śpiewanie brewiarza ze swoim biskupem? Czy do spełniania każdej, najmniejszej posługi w Kościele potrzebny jest ksiądz? Dlaczego nie może to być diakon, choćby i żonaty? Odpowiadając więc na tytułowe pytanie – Kościół od zawsze jest strukturą hierarchiczna, może więc być i monarchią – bylebyśmy wszyscy w niej, jako wspólnota partycypowali.

Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „#Dwie Nawy”!

Zobacz także
Wasze komentarze