fot. Centrum Emocja
Ewa Liegman: żałoba nie trwa rok. To droga, którą trzeba przejść z kimś [ROZMOWA]
Choć coraz więcej mówi się o zdrowiu psychicznym, temat śmierci wciąż często pozostaje tabu. Ewa Liegman – założycielka Centrum eMOCja – w rozmowie z Karoliną Binek, tłumaczy, dlaczego warto oswajać temat straty, jak naprawdę wygląda żałoba i czemu nie można jej „zamieść pod dywan”.
Karolina Binek (misyjne.pl): Na stronie centrum eMOCja napisane jest: „holistyczne centrum wsparcia po stracie”. Co to właściwie znaczy, że to wsparcie jest holistyczne?
Ewa Liegman: – To znaczy, że widzimy człowieka w całości – jako istotę złożoną z ciała, psychiki i ducha. Takie podejście wyróżnia nas od wielu miejsc, które oferują wsparcie tylko psychologiczne. Nasze Centrum powstało z doświadczenia towarzyszenia rodzinom dzieci nieuleczalnie chorych w hospicjum. Od ponad jedenastu lat uczymy się tam, jak wygląda życie i żałoba w sytuacjach granicznych, w bezpośrednim kontakcie z cierpieniem, śmiercią i miłością, która mimo wszystko trwa. Z tych doświadczeń zrodziła się potrzeba stworzenia przestrzeni, w której człowiek po stracie znajdzie nie tylko profesjonalną pomoc, ale i prawdziwe zrozumienie. Stąd „holistyczność”. Obejmujemy troską nie tylko emocje, ale też ciało i duchowość. Współpracujemy z psychologami, terapeutami, lekarzami, duchownymi
i każdy z nas wnosi swój kawałek wsparcia dla człowieka w żałobie.
Jedno z haseł Centrum to „żeby nikt w żałobie nie był sam”. Dlaczego to takie ważne, żeby nie przeżywać żałoby w samotności?
– Bo żałoba, choć jest procesem indywidualnym, nie powinna odbywać się w izolacji. Samotność potrafi pogłębiać ból i prowadzić do powikłań emocjonalnych. Często ludzie, którzy stracili bliskich, czują się niezrozumiani przez otoczenie, bo świat wokół biegnie dalej, a oni zostają w miejscu, w ciszy, z pytaniami, które trudno wypowiedzieć. U nas uczymy, że wsparcie nie polega na tym, by „usunąć ból”. Żałoba wymaga cierpliwości. To nie jest coś, co można „przyspieszyć” poprzez zażycie tabletki przeciwbólowej. Chodzi o to, by stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której można być wysłuchanym, w której można płakać i milczeć. Żałoba potrzebuje obecności, nie rad, a także bezpośredniej, celowanej odpowiedzi na źródło cierpienia. Strata odsłania wiele zranień, również trudności w relacji, którą zastała śmierć. Wiele zależy od tego kogo utraciliśmy i w jakich okolicznościach.
>>> Lepiej, by sztuczna inteligencja została w zakrystii, a nie „wychodziła” na ambonę [FELIETON]
Czy można się „nauczyć” przeżywać stratę? Co by Pani poradziła osobie, która dopiero wchodzi w ten trudny czas?
– Przede wszystkim: pozwolić sobie czuć. To brzmi prosto, ale w praktyce bywa najtrudniejsze. Dziś głównie jesteśmy uczeni, żeby działać, naprawiać, osiągać cele. A żałoba wymaga zatrzymania i skierowania wektora do środka. Zachęcamy, by przyjrzeć się relacji z osobą, którą utraciliśmy, zobaczyć, czy coś w niej zostało niedopowiedziane, nieprzebaczone. Czasem żałoba wydobywa stare rany, żale, poczucie winy. To ważny moment, żeby to zobaczyć i dać temu przestrzeń. W procesie towarzyszenia często korzystamy z różnych form wsparcia: rozmów indywidualnych, spotkań grupowych, warsztatów, terapii przez ruch czy sztukę. Później, kiedy emocje się uspokoją, pojawia się etap wdzięczności za to, że mogliśmy przy kimś być. To ważny moment.

Z jakimi mitami na temat żałoby spotyka się Pani najczęściej?
– Jest ich naprawdę sporo. Najbardziej powszechny to przekonanie, że „żałoba trwa rok”. Tak jakby nagle, po dwunastu miesiącach wszystko miało wrócić do normy. To nieprawda. Czas żałoby zależy od rodzaju straty, od naszej relacji z osobą zmarłą, od wsparcia, jakie mamy w najbliższym otoczeniu, od otwartości na gojenie się ran. W przypadku utraty dziecka ten proces może trwać nawet całe życie, co jednak nie oznacza, że będzie tak dotkliwie bolesny. Zmienia się jego kształt. Inny mit to ten, że „czas leczy rany”. Nie, to nie czas leczy, tylko to, co zrobimy z tym czasem. Jeśli ból zostaje zamieciony pod dywan, jeśli udajemy, że „już jest dobrze”, to on się w nas gromadzi. I potem może odezwać się w postaci depresji, nerwic lękowych, kompulsywnych zachowań. Często słyszymy też: „nie znaliście dziecka, więc nie powinniście tak cierpieć” w odniesieniu do rodziców, którzy stracili dziecko przed porodem. A przecież więź tworzy się od pierwszego momentu, od marzenia o tym dziecku. Każda strata jest realna, każda zasługuje na współczucie i uwagę.
Jak wygląda proces wsparcia w Centrum eMOCja? Co dzieje się, kiedy ktoś do Was przychodzi po raz pierwszy?
– Zawsze zaczynamy od rozmowy. Wysłuchujemy historii, staramy się zrozumieć, jakiego rodzaju była strata, kogo dotyczyła, w jakich okolicznościach. Nie nazywamy tego terapią, bo żałoba to nie choroba, to naturalny proces psychiczny i duchowy. Naszym zadaniem jest towarzyszenie w tym procesie. Jeśli pojawiają się objawy depresyjne czy lękowe, współpracujemy z psychiatrą, ale sednem jest indywidualne podejście. Pracujemy zarówno z dorosłymi, jak i dziećmi, rodzinami, parami. Często kierujemy osoby do konkretnych specjalistów: np. do suicydologa, psychoonkologa czy kapelana. Mamy także grupy wsparcia i różne warsztaty pomagające przejść od bólu do wdzięczności za dar życia. Wspólnota ludzi, którzy przeszli podobne doświadczenie, ma ogromną moc uzdrawiania.
Ma Pani duże doświadczenie w pracy z osobami po stracie kogoś bliskiego. Czy można powiedzieć, że wiara pomaga przejść przez żałobę czy też niekoniecznie?
– Wiara może być ogromnym wsparciem. Ale bywa też, że żałoba to próba dla wiary. Osoby wierzące często mówią: „modliłam się, żeby dziecko wyzdrowiało, a ono umarło, więc gdzie był Bóg?”. Śmierć potrafi zachwiać nawet najgłębszym zaufaniem. Jednocześnie są ludzie, dla których właśnie doświadczenie straty staje się początkiem duchowego przebudzenia. Czasem dopiero wtedy odkrywają, że życie nie kończy się tu, że więź z bliskim nie znika, tylko zmienia swój wymiar. Każdy idzie swoją drogą. Czasem trzeba przez chwilę tę wiarę stracić, by potem odnaleźć ją na nowo, już głębszą, prawdziwszą.
Na przestrzeni lat zauważa Pani, że w Polsce coraz częściej mówi się o żałobie, na przykład w przestrzeni medialnej?
– Trochę tak, ale wciąż to temat tabu. W przestrzeni publicznej dużo łatwiej rozmawia się dziś o seksie niż o śmierci. Ludzie w jakiś sposób obawiają się tego tematu. Pamiętam, jak jeden z katolickich youtuberów zrobił reportaż o towarzyszeniu umierającym dzieciom i spadła mu wtedy oglądalność. To pokazuje, że my jako katolicy deklarujemy „bycie za życiem”, ale gdy przychodzi moment towarzyszenia w umieraniu, to uciekamy. A przecież śmierć jest częścią życia. Bez rozmowy o niej trudno budować dojrzałe społeczeństwo.

Pani codziennie styka się z ludzkim cierpieniem. Jak radzi sobie Pani z tym, by tego wszystkiego nie nosić w sobie?
– Najważniejsze jest to, że nie jestem sama. Mam w pracy zespół wspaniałych ludzi. W Hospicjum i Centrum eMOCja pracują lekarze, pielęgniarki, psychologowie, fizjoterapeuci, duchowni. Dzielimy się doświadczeniem, wspieramy nawzajem, szkolimy, uczymy się budować odporność psychiczną. Bardzo pomagają nam też rytuały i procedury, które pozwalają „zamykać” poszczególne procesy, nie brać wszystkiego na siebie. No i to, że widzimy sens, widzimy konkretne efekty naszej pracy, realną ulgę w oczach ludzi, którym pomagamy. Staram się patrzeć na świat z perspektywy drogi, że to, co tu przeżywamy, to tylko przedsionek do spotkania po drugiej stronie.
>>> „Nie jesteście sami”. Fundacja dla Rodziny przypomina, że można odbudować bliskość [ROZMOWA]
Można przygotować się na stratę? Co chciałaby Pani, by ludzie wiedzieli o żałobie, zanim jej doświadczą?
– Nie da się przygotować na stratę w sensie emocjonalnym, bo nie znamy do końca sami siebie i swoich reakcji. Wiedza stanowi dobry fundament. Im więcej rozmawiamy o tym, czego się boimy, tym temat staje się bardziej oswojony, a także ma szansę stać się wspólnym doświadczeniem całej rodziny, pogłębiającym więzi. W Centrum prowadzimy warsztaty w szkołach i przedszkolach, uczymy dzieci, że śmierć jest częścią życia, że można o niej mówić bez strachu. Dzieci są mądre, one i tak „czują” napięcie dorosłych i często już same doświadczyły żałoby. Jeśli milczymy o śmierci, zostawiamy je z lękiem i domysłami. Warto uczyć, że strata nie dotyczy tylko śmierci, bo czasem to rozstanie, zmiana, utrata przyjaźni. Każdy z nas doświadcza straty, tylko często o tym nie wiemy. Największy problem widzę w tym, że od niej uciekamy. A później te wszystkie „ucieczki” się kumulują i gdy przychodzi moment, w którym mamy towarzyszyć komuś bliskiemu w żałobie, to już nie mamy na to siły.
Załączniki
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Zostałam wdową w wieku 38 lat. Dziś wiem, że o samobójstwie trzeba mówić głośno [ROZMOWA]
Nowe życie starego klasztoru. Dom Notre Dame łączy duchowość z nowoczesnością [REPORTAŻ]
Nie mów: „tak miało być”. Jak wspierać rodziców po stracie dziecka? [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny