fot. Justyna Nowicka / Misyjne Drogi
Nie mów: „tak miało być”. Jak wspierać rodziców po stracie dziecka? [ROZMOWA]
„Najgorsze, co można zrobić rodzicom po stracie, to milczeć tak, jakby ich dziecka nigdy nie było” – mówi ks. Tomasz Filinowicz. W rozmowie z Karoliną Binek opowiada o empatii, o potrzebie obecności i o wierze, która pomaga przejść przez najtrudniejszy etap życia.
Karolina Binek (misyjne.pl): Jak mówić o nadziei życia wiecznego rodzicom, którzy stracili dziecko?
Ks. Tomasz Filinowicz: To trudne pytania, bo chyba nie ma gotowej zasady lub reguły, jakie słowa pomogą rodzicom po stracie dziecka. Myślę, że trzeba im mówić, tak jak każdemu innemu człowiekowi, o nadziei życia wiecznego i o tym, że życie ziemskie jest tylko jakimś etapem ku temu, dokąd zmierzamy. Ale jeśli mam kontakt z rodzicami, którzy stracili dzieci, to uwzględniam kontekst, w jakim teraz żyją i na jakim etapie żałoby akurat są. Bo jeśli śmierć nastąpiła wczoraj albo bardzo niedawno, to wtedy nagromadzenie emocji jest tak duże, że z rodzicami inaczej się rozmawia i coś tłumaczy niż wtedy, kiedy proces żałoby już postępuje i kiedy jesteśmy już w kolejnym jej etapie. W takiej chwili emocje już trochę opadły, można więcej bazować na intelekcie. W pierwszym etapie żałoby najlepiej nawet nic nie tłumaczyć. Po prostu być. I słuchać.
Pamięta Ksiądz swoją pierwszą rozmowę z rodzicami, którzy stracili dziecko?
– Jako klerycy chodziliśmy do szpitala zajmującego się hematologią dziecięcą. Kiedy szedłem tam pierwszy raz, byłem wręcz przerażony, bo to miejsce kojarzyło mi się tylko ze śmiercią. A okazało się, że jest tam nawet przyjemnie, jeśli można tak powiedzieć. Było to miejsce, w którym nawet żartowaliśmy, śmialiśmy się z rodzicami oraz dziećmi. Pewnego razu, już po jakimś czasie od pierwszych wizyt, szliśmy od sali do sali tak jak zawsze, ale po reakcjach personelu oraz innych osób widać było, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. Nie było takiej radości jak zwykle. Aż przechodząc z jednej sali do drugiej, zauważyliśmy, że na korytarzu siedzi mama chłopca, którego imienia już nie pamiętam. Dowiedzieliśmy się po chwili, że jej syn zmarł. Nie mieliśmy wtedy odwagi, by do niej podejść. Minęliśmy ją bokiem. Dzisiaj z tego powodu mam nawet wobec siebie wyrzuty. Ale wtedy byłem na innym etapie. Kiedy przychodziliśmy do szpitala bawić się z dziećmi i śmiać, to było to dla nas okej, natomiast pierwsze zderzenie ze śmiercią dziecka było takie, że nikt z nas nie potrafił nawet do tego rodzica podejść. A jeśli chodzi o pierwszą rozmowę z rodzicami po stracie, to była to rozmowa z rodzicami Ani – nastolatki, która zmarła w święta wielkanocne na skutek choroby onkologicznej. Wtedy dowiedziałem się, że to drugie dziecko, które zmarło tym rodzicom. Pierwsze stracili dziesięć dni po porodzie. Mama Ani powiedziała mi wtedy, że nad ranem zadzwoniła do lekarza powiedzieć, że jej córka umiera, na co ten odpowiedział „Proszę pani, niech pani pozwoli jej odejść”. Przez długi czas ta kobieta nie mogła zupełnie zrozumieć, jak on mógł jej tak powiedzieć. Dopiero później przyznała, że cieszy się, że usłyszała wtedy od lekarza takie słowa. Nawiązując więc do poprzedniego pytania – to przykład na to, że jest czas, kiedy rodzice inaczej odbierają rzeczywistość po śmierci dziecka. Pamiętam też pana Andrzeja, który stracił syna Oskara, a który powiedział: „Czas nie leczy ran. Ale czas robi swoje”. Rodzice mówią też często, że wielka rana w ich sercu pozostaje, ale uczą się z nią żyć.
Jak to się stało, że dzisiaj towarzyszy Ksiądz rodzicom po stracie? To był Księdza wybór?
– To wszystko sięga czasów studenckich. Najpierw przez rok mieliśmy tzw. praktyki charytatywne, które odbywałem właśnie w szpitalu zajmującym się hematologią dziecięcą. A kiedy już przyszedł czas, by wprowadzać młodszych kolegów na nasze miejsca, to sam postanowiłem kontynuować swoją posługę w tym miejscu przez ponad trzy lata. Po święceniach kapłańskich trafiłem do parafii w Oławie. Tam, po sąsiedzku z parafią, w której mieszkałem, znajdowało się hospicjum domowe Caritas dla dorosłych. Bardzo szybko jeden z tamtejszych lekarzy skontaktował się ze mną i powiedział, że chciałby nawiązać współpracę. Przez trzy lata byłem w kontakcie z hospicjum. Później zostałem przeniesiony do Wrocławia jako diecezjalny duszpasterz niesłyszących. W pierwszym odruchu nawet zadzwoniłem do pielęgniarki, którą znałem z dawnych lat, z czasów studenckich, i zapytałam, czy czasami nie potrzebują kapelana w hospicjum, bo jeśli tak, to ja bym chętnie się zaangażował. Usłyszałem jednak, że nie. Za chwilę dostałem półtora etatu w szkole i odczytałem to jako Boże wskazanie, że mam zająć się czymś innym. Żyłem w takim przekonaniu przez rok. A po roku oddałem połowę swoich godzin w szkole siostrze katechetce, która akurat przeprowadziła się do Wrocławia. Wtedy doktor z hospicjum przyszedł do mnie i poprosił mnie, bym został kapelanem. Odczytałem to znów jako działanie Boże w moim życiu i tak w 2012 roku dołączyłem do hospicjum, w którym jestem kapelanem już trzynasty rok.

Rodzice, którzy stracili dziecko, mają pewnie czasem wyrzuty do Boga i pytania do Niego: „Jak On mógł nam to zrobić?” albo „Czy On w ogóle istnieje, skoro moje dziecko nie żyje?”.
– Myślę, że każdy, kto mierzy się ze śmiercią dziecka, mierzy się też z pytaniem „dlaczego”. Ono może przyjmować różne formy. Może być wypowiedziane wprost i nie, ale na pewno się pojawia. Nie jest oczywiście tak, że każdy, kto mierzy się ze śmiercią dziecka, od razu odnajduje drogę do Pana Boga, która jest odpowiedzią na wszystkie jego pytania. I też nie jest tak, że ludzie wychodzą z założenia, że Boga nie ma, skoro ich dziecko umarło. Często jest to jakaś wewnętrzna walka, zmaganie się ze sobą, z Bogiem. Są tacy, którzy gdzieś się chowają, nic nie mówią. Ale nie znaczy to, że nie doświadczają wielu silnych emocji, które zaburzają im postrzeganie świata. Znam rodziców, którzy mówią: „To nie jest tak, że ja nie wierzę, że moje dziecko jest w niebie, że jest mu tam dobrze. Ja płaczę, bo mi go brakuje tutaj, na ziemi”.
Z jakimi pytaniami rodzice najczęściej przychodzą do Księdza? Są takie pytania, które zazwyczaj się powtarzają?
– W hospicjum mamy grupę wsparcia, która polega na tym, że to rodzice wspierają siebie nawzajem. Tworzą wspólnotę ludzi, którzy przeżyli coś podobnego. Owszem, w tych spotkaniach uczestniczę również ja, jako kapelan, oraz psycholog i jeśli ktoś chce z nami porozmawiać – to jesteśmy gotowi. Natomiast idea jest taka, że rodzice, którzy są na dalszym etapie przeżywania żałoby, pomagają tym, którzy są dopiero na jej początku. Dzielą się z nimi swoimi doświadczeniami i przeżyciami, mogą też coś podpowiedzieć. A jeśli chodzi o pytania do mnie, to zazwyczaj brzmią one: „Dlaczego tak się stało?”, „Dlaczego Pan Bóg na to pozwala?’. To coś, co teologia nazywa misterium iniquitatis, czyli tajemnica nieprawości, coś, czego nie możemy do końca zrozumieć. Te pytania wybrzmiewają wprost lub nie. Oprócz nich są też takie dotyczące poszczególnych fragmentów Biblii i tego, jak je rozumieć. Niedawno miałem spotkanie z rodzicami, których dziecko zmarło, a którzy zapytali mnie: „A o co chodzi w tych słowach, jak Pan Jezus mówi «Zostawcie umarłym grzebanie ich umarłych»?”.
Pewnie obserwuje Ksiądz różne osoby, które straciły kogoś bliskiego. Czy można powiedzieć, że wierzącym jest łatwiej przeżyć żałobę, czy też nie ma takiej reguły?
– Przede wszystkimi spotykam się z tymi, którzy są już ugruntowani w Kościele. Czasem zdarzają się tzw. letni katolicy. Rzadko kiedy mam kontakt z osobami niewierzącymi, ale czasem tak bywa, że zderzenie ze śmiercią dziecka nagle powoduje przewartościowanie i szukanie pocieszenia tam, gdzie wcześniej się tego nie robiło – u Pana Boga. Pojawiają się też różne fundamentalne pytania, na które wcześniej nie było miejsca, bo zdominowała je proza życia. Natomiast psychologowie mówią, że są badania, według których ludziom wierzącym łatwiej jest przeżywać żałobę niż niewierzącym. Czyli ta nadzieja, którą niesie wiara chrześcijańska, nadzieja na życie wieczne, pozwala „łagodniej” przejść przez żałobę, ponieważ jest jakiś sens i cel, do którego zmierzamy.
>>> Stacja Dialog – na Dworcu Głównym we Wrocławiu działa kawiarnia inna niż wszystkie [REPORTAŻ]
Jak wytłumaczyć rodzicom, którzy wyrzucają sobie, że mogli zrobić coś więcej, może znaleźć jakąś inną formę leczenia lub lepszego lekarza, że po prostu tak miało być? Czy lepiej też wcale im tego nie mówić?
– Często zdarza się, że rodzice wracają do historii choroby dziecka i analizują decyzje, które podjęli. Zwykle mówimy wtedy rodzicom, że każdą decyzję w tym trudnym czasie podejmowali według przekonania graniczącego z pewnością, że jest ona dobra, mówimy im, że to nie był błąd. Podpowiadamy, że gdybanie nie zmieni historii, a może gdyby wybrali jakieś inne leczenie, byłoby jeszcze trudniej. Natomiast jeśli chodzi o słowa „tak miało być” albo też „Bóg tak chciał”, to nigdy nie mówię rodzicom takich słów. Często, kiedy prowadzę rekolekcje i mówię jednego dnia o cierpieniu, to wspominam o tym, czego dowiadujemy się z teologii na temat woli Bożej pozytywnej i negatywnej. „Pan Bóg chce” to jest wola pozytywna i czasem dzieją się cuda, bo taka jest Jego wola. Ale jest też tzw. negatywna wola Boża, polegająca na tym, że Pan Bóg dopuszcza coś, czego mu nie chcemy. Ale czy Pan Bóg chce cierpienia dzieci? Czy chce ich śmierci? No nie. Dlaczego do niej dopuszcza? Nie wiem. Dlaczego Pan Bóg na takie coś pozwala? Tego też nie wiem. Zdarza się nawet, że rodzice mówią, że Bóg dał im chorobę dziecka po to, aby się nawrócili. Wtedy zawsze staram się zmienić ich myślenie i wyjaśniam, że jeśli się nawrócili, to Bogu dzięki, że z tego nieszczęścia wyniknęło jakieś dobro. Ale nie próbujmy na siłę szukać sensu w czymś, co jest bezsensowne.

Zatem w jaki sposób możemy wspierać bliskich po stracie dziecka? Czego im nie mówić?
– Staramy się naszym rodzicom w żałobie podpowiadać, że to oni powinni mówić o swoich potrzebach. Dlatego że każdy rodzic inaczej przeżywa swoją żałobę oraz ma inne oczekiwania wobec tych, z którymi się spotyka. A pierwsze podstawowa rzecz dla ludzi, którzy mają bliskich w żałobie, to towarzyszenie im. Często pojawia się niestety naturalna tendencja do uciekania. Jeżeli w gronie kolegów lub koleżanek z pracy jest ktoś, komu dziecko umarło i kto po pewnym czasie wraca do pracy, to pojawia się pytanie: „Jak mamy się zachować?”. Przecież nie podejdę i nie zapytam „Jak się trzymasz?” albo „Jak ci jest po śmierci dziecka?”. Zamiast tego pojawia się właśnie uciekanie albo udawanie, że nic się nie stało, co boli jeszcze bardziej. Zdarzało mi się słyszeć od rodziców po stracie, że ich znajomi zachowują się, jakby ich dziecko wcale nie istniało. Dlatego tak ważne jest, by powiedzieć wprost koleżankom lub kolegom z pracy :„Ja chcę rozmawiać o moim dziecku. Będę płakać, ale to nie dlatego, że nie chcę poruszać tego tematu, ale dlatego, że dotyka mnie śmierć mojego dziecka. Ale ja lubię i chcę o nim mówić”. Oczywiście są też tacy rodzice, którzy nie chcą się dzielić swoimi przeżyciami z osobami z zewnętrz. Wtedy także im sygnalizujemy, że warto wspomnieć tym, z którymi się spotykają, że chcą być razem z nimi, że nie chcą znajdować się na uboczu. Najważniejsze więc, by się nie bać rozmawiać. Można też z dużą dozą ostrożności zapytać osobę, która przeżywa żałobę, czego oczekuje od nas.
>>> Po śmierci dziecka świat się nie kończy. Ale wszystko się zmienia [ROZMOWA]
Dużo tych trudnych historii w Księdza życiu. Co sprawia, że nie skupia się Ksiądz tylko na nich?
– Mogę odpowiedzieć na to pytanie na dwóch płaszczyznach. Pierwsza jest doczesna i ziemska – proza życia jest taka, że mam wiele innych aktywności i obowiązków, które muszę wypełniać. One sprawiają, że przestawiam się na inny tor i nie myślę tylko rodzicach, którzy są w żałobie lub o chorobach. Ale zdaję sobie też sprawę z tego, że doświadczam łaski. Bo znam osoby, które tej łaski nie mają lub są nadwrażliwe, przez co bardzo mocno przeżywają spotkania z osobą w żałobie lub osobą chorobą. Znam osobę, która bardzo chciało pomagać ludziom mierzącym się z cierpieniem i już po drugim lub trzecim spotkaniu z nimi trafiła na pogotowie, bo było to ponad jej siły. Ja z kolei, kiedy wchodzę w grupę rodziców po stracie, to staram się być empatyczny i współodczuwać z tymi, z którymi się spotykam, ale po opuszczeniu tej grupy – potrafię zająć się czymś innym. Jednocześnie nie oznacza to, że te wszystkie historie do mnie nie wracają i że we mnie nie pracują. Tak jak każdy – przeżywam to, z czym się mierzę. Ale mam w sobie wiarę w życie wieczne. A to, że Jezus przeszedł przez śmierć i zmartwychwstał, pokazuje, że śmierć nie jest celem, a jedynie etapem, przez który trzeba przejść, aby dojść do czegoś więcej, do radości życia wiecznego. To mi samemu daje nadzieję i pozwala towarzyszyć tym, którzy, gdy umiera im dziecko, tej nadziei jeszcze nie widzą.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Nikt z nas nie jest gotowy na moment, w którym nie będzie w stanie zająć się swoim rodzicem [REPORTAŻ]
Czy można jedną modlitwą uratować tysiąc dusz? [ROZMOWA]
Nawet jeśli tylko jedno z naszych dzieci wyjdzie na prostą, to będzie sukces [REPORTAŻ]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny