Fot. PAP/Łukasz Gągulski

Hubert Piechocki: żyjemy, jakby wirusa nie było!

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ostatnie tygodnie to zdecydowanie czas, w którym nastąpiło rozprzężenie. Po miesiącach lockdownu nasza rzeczywistość wraca do „normalności”. Nie możemy jednak zapominać, że nie oznacza to końca epidemii w Polsce. Takowa wciąż trwa, a koronawirus wciąż ma się bardzo dobrze. 


Zacznijmy od kilku liczb: 

16 czerwca – 407 nowych zakażeń, 

– 15 czerwca – 396 nowych zakażeń, 

– 14 czerwca – 375 nowych zakażeń, 

– 13 czerwca – 440 nowych zakażeń, 

– 12 czerwca – 376 nowych zakażeń, 

– 11 czerwca – 359 nowych zakażeń, 

– 10 czerwca – 282 nowe zakażenia.

fot. EPA/FEHIM DEMIR

Liczby nie kłamią 

To dane pokazujące liczbę zarażeń koronawirusem SARS-CoV-2 wykrytych w Polsce w minionych siedmiu dniach. W ciągu tygodnia wykryto obecność tego patogenu u 2 635 osób. Można jeszcze do tej listy dołożyć najnowsze, dzisiejsze dane Ministerstwa Zdrowia wykryto zakażenie u kolejnych 506 osób, 14 pacjentów zmarło. Od połowy marca w Polsce odnotowano już ponad 30 000 zakażeń SARS-CoV-2. Na Covid-19 zmarło ponad 1 200 pacjentów. Owszem, Polsce wciąż daleko do krajów, w których koronawirus zaatakował ponad 100 tys. osób (a takich krajów jest już kilkanaście). Wciąż rekordowe pod względem liczby zachorowańStany Zjednoczone, w których koronawirusa wykryto u ponad 2 mln mieszkańców. Łącznie patogen obecny był już w ponad 8 mln próbek na całym świecie. Od wielu dni codziennie przybywa ponad na świecie 100 000 nowych przypadków. Tymczasem, w Polsce, jak i w wielu innych krajach, wróciła „normalność”. Wielu utożsamia ją jednak – niesłusznie – z końcem pandemii.

Przypominamy >>> IV etap odmrażania gospodarki: jest data otwarcia kin, teatrów, siłowni, basenów…

EPA/CHRISTOPHE PETIT TESSON

To nie koniec 

Trzeba to powiedzieć wprost: pandemia się nie skończyła. Ba, dzienna liczba przypadków wykrywanych teraz w Polsce jest znacznie wyższa niż wtedy, gdy nakładano na nas kolejne obostrzenia. Jak wiemy, z czasem władze zaczęły luzować obostrzenia. Ale nie robiły tego z powodu cofania się epidemii. Musiano wybrać „mniejsze zło” i pozwolić na przywracanie w miarę normalnego funkcjonowania życia społecznego i gospodarczego. Gdyby w nieskończoność utrzymywano lockdown – to moglibyśmy znaleźć się w kryzysie tak głębokim, że przez długie lata nie wrócilibyśmy do poziomu życia znanego z początku 2020 r. Nie możemy więc zapominać, że SARS-CoV-2 wciąż jest obecny w naszym kraju i zaraża kolejne osoby. Najgorsza sytuacja panuje wciąż na Śląsku, ale także w innych regionach wykrywa się wciąż znaczną liczbę nowych zakażeń. Ponad połowa dzisiejszych zakażeń pochodzi z innych województw.

Zobacz też >>> Koronawirus w Indonezji [GALERIA]

fot. PAP/Wojtek Jargiło

Powrót do dawnego stylu życia 

Tymczasem… zaczynamy żyć, jakby żadnego wirusa już nie było. Wyszliśmy z założenia, że brak obostrzeń równa się brakowi wirusa. Takie myślenie może nas sporo kosztować. Na początku pandemii myślałem, że powrót do normalnych nawyków będzie trwał bardzo długo, że będzie towarzyszył nam pewien poziom strachu i lęku. I że ten lęk i strach spowodują, że nawet przy luzowaniu zasad – wciąż będziemy ostrożni i wielu reguł będziemy przestrzegać. Co na pewno pomogłoby w walce z koronawirusem i jego rozprzestrzenianiem się. Jest odwrotnie. Od razu wróciliśmy do dawnych nawyków. Już nawet mało kto odkaża ręce wchodząc do sklepu – choć w każdym z nich na wejściu ustawiony jest płyn do dezynfekcji. A i tak jest to jedna z nielicznych zasad, których chyba jeszcze ktokolwiek się trzyma…

fot. EPA/FACUNDO ARRIZABALAGA

Dwa metry krótsze niż metr? 

Codziennie jeżdżę do pracy komunikacją miejską. Tramwaje są zatłoczone – w pojazdach na pewno jest więcej osób, niż przewidują to obecne regulacje. Połowa miejsc siedzących powinna być wolna (co drugie miejsce powinno zostać wolne). Tymczasem, z reguły zajęte jest 100% miejsc siedzących. Bo przecież – skoro ktoś siedzi, a miejsce obok jest wolne, to czemu i ja nie miałbym usiąść? Podobnie z dwumetrowym dystansem. W Sèvres pod Paryżem znajduje się Międzynarodowe Biuro Miar i Wag, w którym przechowywany jest m.in. wzorzec metra. W ostatnich tygodniach albo nastąpiła gwałtowna redefinicja tej miary, albo wielu z nas stworzyło własny wzorzec metra (a właściwie dwóch metrów). Zakładam, że gdyby metr miał zostać skrócony o połowę (albo i więcej), to byłoby o tym głośno w mediach. Co zatem oznacza, że bardzo swobodnie podeszliśmy do zasady dwumetrowego dystansu. I może czasem są to i dwa metry, ale częściej półtora, metr albo i z pół metra… Bo niby po co zachowywać dystans, skoro wirusa nie ma? Takie podejście budzi mój niepokój, obyśmy jeszcze nie pożałowali takiego niesfornego podejścia do tej sprawy…

fot. EPA/FACUNDO ARRIZABALAGA

Gromadząc się… 

Można mnożyć sytuacje, w których z łatwością i bezrefleksyjnie wróciliśmy do normalności. Ale chyba najmocniej widać je w przypadku tworzenia skupisk ludzkich. Choć, patrząc na ich wielkość, pewnie bardziej pasowałoby określenie: impreza lub wydarzenie masowe. Trwa kampania przed wyborami prezydenckimi. Kandydaci ruszyli w Polskę i spotykają się z wyborcami. Gdy patrzy się na obrazki z tych wieców, to można zobaczyć wiele, ale rzadko kiedy można zobaczyć walkę z pandemią. Spotkania odbywają się, jakby żadnego wirusa nie było. Po co dystans, po co maseczki, po co unikanie zgromadzeń. Najważniejsze jest bycie blisko wyborców… Oby tylko wyborcy i kandydaci nie zapłacili za te spotkania zbyt wysokiej ceny… Kandydaci nie dają nam dobrego przykładu. Gdy patrzyłem na zdjęcia z procesji Bożego Ciała miałem podobne wrażenie – także tam mieliśmy problem z zachowaniem dystansu. Choć, ich uczestnicy mieli na sobie maseczki – a przynajmniej na tych zdjęciach, które widziałem. 

Kandydat Konfederacji na prezydenta RP podczas spotkania z mieszkańcami na placu Zamkowym w Lublinie, fot. PAP/Wojtek Jargiło

Działajmy 

Potrzeba nam teraz przede wszystkim zdrowego rozsądku i uwierzenia, że choć wróg jest niewidoczny – to jest i wciąż ma się bardzo dobrze. A to oznacza, że nadal musimy zachowywać wiele środków ostrożności. Pamiętajmy o myciu rąk, dezynfekcji, o noszeniu maseczki w niektórych miejscach. Jeśli mamy jakieś infekcje – nie wychodźmy do ludzi, żeby nie narażać kolejnych osób na zachorowanie. I uświadamiajmy innych, że koronawirus wciąż jest między nami. Jestem pod wrażeniem bardzo roztropnego podejścia księdza, który celebrował niedzielną mszę świętą, w której uczestniczyłem. Ów zakonnik podziękował ludziom obecnym na Eucharystii za trzymanie się zasad (zwłaszcza za noszenie maseczek) i zaznaczył też, że msza święta, obecność w kościele, to sytuacja podwyższonego ryzyka zakażenia SARS-CoV-2 (z racji masowego udziału ludzi). W związku z tym konieczne jest trzymanie się wytycznych. Potrzebne jest nam takie głośne mówienie o problemie i uwrażliwianie innych na tę sytuację. Bo na mszy czy procesji – tak samo jak w kinie, sklepie, na koncercie czy w restauracji – ryzyko zarażenia jest rzeczywiście zwiększone. I nie ma sensu udawać, że zarazić można się gdzieś indziej, ale u nas na pewno nie ma tego ryzyka… Pycha kroczy przed upadkiem – chciałoby się powiedzieć. Czasem mówimy, żeby żyć „jakby jutra miało nie być”. To chyba model, który teraz zmienił się w „żyjmy, jakby żadnego wirusa nie było”. To ja tylko przypomnę – 506 wykrytych zakażeń i 14 zgonów. Tylko dzisiaj i tylko w Polsce.

fot. PAP/Mateusz Marek

 

Zobacz także
Wasze komentarze