Fot. Zofia Kędziora

Jakub Pankowiak: nie oczekuję, by jeden ksiądz ponosił odpowiedzialność za to, co zrobił inny

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jakub Pankowiak opowiedział swoja historię w filmie braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”. – Nie jest moją ideą, żeby radykalnie zmieniać świat czy Kościół. Ale może uda nam się zrobić jakiś ważny krok, żeby też inne osoby mogły zamknąć pewien rozdział w swojej historii i żyć dalej – mówi w rozmowie z Justyna Nowicką.

Justyna Nowicka: Teolog Hans Urs von Balthasar napisał, że prawda jest symfoniczna. Chyba możemy powiedzieć, że dotyczy to też prawdy o Kościele. Dopiero gdy słyszymy wiele instrumentów i nut możemy poznać całość.

Jakub Pankowiak: To dobre myślenie o Kościele, ale też w zasadzie o każdej dużej instytucji. W Kościele są miliardy ludzi. Ale wszyscy jesteśmy w jednej drużynie i gramy w jednym składzie. Każdy ma swoje miejsce i swoją rolę w zespole. Niektórzy robią błędy, inni są liderami.

Może zdarzyć się też bramka samobójcza.

Tak, oczywiście, że tak. Można powiedzieć, że plusem Kościoła jest to, że jest tak duży. A jednocześnie minusem Kościoła jest to, że jest tak duży.

Mówi Pan, że Kościół jest jak każda instytucja. Ale w przypadku nadużyć księży wobec osób małoletnich wielu mówi, że działania powinny być bardziej radykalne niż gdzie indziej.

Mam nieco inne podejście. Uważam, że księdza powinno traktować się tak, jak każdego innego człowieka. To, że mówią nam o dobru i złu, o sumieniu, to nie znaczy, że są od nas lepsi czy mądrzejsi. Mają akurat takie, a nie inne powołanie. Jestem więc jak najbardziej za tym, żebyśmy wszyscy byli traktowani równo wobec prawa i wtedy nie będzie kłopotów.

W Polsce, ale też na świecie, zrobiliśmy z księży ludzi wyjątkowych. I niestety wierząc w swoją wyjątkowość, czasami popełniają mnóstwo błędów. A zapominają o czymś bardzo wartościowym, o tym, że są ludźmi. Mają kłopoty takie jak my, reszta społeczeństwa, a to, że nadaliśmy im rangę wyjątkowych często sprawia, że jest im o wiele trudniej sobie z tymi problemami poradzić.

Z drugiej strony, póki księża będą mieli wyjątkową pozycję społeczną, powinni być w tych sprawach traktowani bardziej restrykcyjnie. Nie tylko przez państwo, ale przede wszystkim przez ich zwierzchników.

A może trochę się to zmienia. Mam wrażenie, że wielu z nas łatwiej zrozumie i przyjmie księdza, który przyzna się do błędu, staje się przez to wiarygodny. Myślę, że widać to na przykład po reakcjach na słowo „przepraszam” płynących z ust biskupa. Też w kontekście nadużyć niektórych duchownych wobec osób małoletnich.

Przy mojej sprawie zauważyłem dwa rodzaje reakcji. Z jednej strony jest grupa księży, którzy negują działania ofiar i osób, które je wspierają. Oni uważają, że chcemy niszczyć Kościół. W zasadzie trudno jest mi zrozumieć, dlaczego ktoś myśli w ten sposób. Może chodzi o lęk? Może boją się, że ktoś w ich sprawie będzie szukał jakichś dokumentów? A może zwyczajnie nie chcą wychodzić przed szereg.

Ale jeśli cierpienie miałoby polegać na ostracyzmie we własnej grupie społecznej, to jako chrześcijanie musimy sobie powiedzieć, że naśladujemy Chrystusa, który cierpiał o wiele mocniej niż my.

A druga grupa?

A druga grupa czuje się mocno współodpowiedzialna i za wszystko przeprasza. Mam wrażenie, że te postawy coraz bardziej się uwypuklają. Ale w zasadzie i jedna i druga postawa jest bezsensowna.

Szanuję, że ktoś ma poczucie współodpowiedzialności, ale ja żadnej krzywdy od tej konkretnej osoby nie doznałem. Jest to często sympatyczne, ale nie oczekuję, by jeden ksiądz ponosił odpowiedzialność za to, co zrobił inny. Krzywdę zrobił mi jeden ksiądz, dwóch, trzech biskupów. Zupełnie inną sprawą jest to, że ich wina jest związana z systemem, który działa w ten sposób, że oni mogli to zrobić.

Nie mam zamiaru o nic oskarżać zwyczajnego księdza, który żyje obok, na przykład tutaj w klasztorze. Ale oczywiście, kiedy byłem w traumie, miałem takie poczucie, że każdy ksiądz jest winny. Była to kwestia mojego myślenia i odczuwania, mojej sytuacji wewnętrznej, a nie kwestia tego, że realnie, potencjalnie każdy ksiądz jest zagrożeniem.

Konsekwencje powinni ponosić ci, którzy są sprawcami przestępstwa czy zaniedbań – biskupi i ksiądz, który mnie krzywdził – i wtedy sprawa może być zamknięta. I żyję dalej. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

Ale są też tacy, którzy dość racjonalnie podchodzą do całej sprawy. Widzę zaangażowanie prymasa Wojciecha Polaka, widzę zaangażowanie arcybiskupa Grzegorza Rysia i mam też delikatne sygnały ze strony biskupa Muskusa z Krakowa.

Ostatnio usłyszeliśmy też – pewnie wielu z nas po raz pierwszy w życiu – o ks. Piotrze Górskim, byłym rektorze seminarium w Kaliszu. Stał się w pewnym sensie bohaterem.

Tak, też go tak postrzegam. Chociaż w gruncie rzeczy zrobił po prostu to, co należało zrobić w tej sytuacji. Gdybyśmy mieli w każdej parafii księdza, który nie boi się, że spotka go koniec „kariery”, bo nie dla szczebli kariery został księdzem, to o wiele łatwiej byłoby radzić sobie z problemem pedofilii.

Nie jestem naiwny i nie myślę, że Kościół będzie grupą wolną od tego zjawiska. Ale radzenie sobie z tym byłoby w takiej sytuacji na zupełnie innym poziomie.

Z drugiej strony wiele osób widzi w nim kogoś, kogo można podziwiać za rozumienie swojego powołania, za odwagę. To pokazuje, że my ciągle czujemy, o co chodzi w kapłaństwie, może też po prostu w byciu dobrym człowiekiem. Jego postawa budzi myśl: ja też chcę robić tak jak należy.

Mówi się, że młodzież potrzebuje autorytetów. Takie osoby, jak ksiądz Górski, mogą być takimi świętymi z naszej codzienności, którzy pokazują, że nie trzeba wybierać tego, co podpowiada nam konformizm czy lęk. A każdy z nas ma wiele sytuacji, w których mierzy się z podobnymi odczuciami. Ale można postąpić tak, jak trzeba, chociaż może w oczach innych coś przegramy.

Dla wielu osób może być zaskakujące, że mówi Pan dobrze o księżach. Mając w historii swojego życia wykorzystanie seksualne, pewnie nie jest to takie oczywiste. Jeśli mogę zapytać wprost: jak się pan czuje w towarzystwie księdza?

Zależy którego. (śmiech)

Muszę powiedzieć, że w ostatnim czasie – po filmie braci Sekielskich – poznałem wielu bardzo dobrych księży, więc czuję się w ich towarzystwie o wiele lepiej. Wcześniej nie miałem jakiegoś bliższego kontaktu z kapłanami, być może też nie szukałem go jakoś specjalnie. Poznałem dwóch księży, z którymi miałem dobrą relację, ale nie wierzyłem, że dobrych księży może być więcej. A najgorsze było to, że gdy w jakiś sposób się zawiodłem na księdzu, to utwierdzałem się w przekonaniu, że nie warto, że tak naprawdę te relacje nie są wiele warte.

Otrzymałem naprawdę mnóstwo dobrych słów, wspierano mnie. Poznałem księdza Studnickiego, który jest kierownikiem stałego Biura Delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży, księdza Kudlaka, który w Warszawie zajmuje się osobami poszkodowanymi, jest psychologiem, także ojca Jacka Prusaka. To są osoby, które są blisko tego tematu, ale dostałem też sygnały o tych, którzy się tym nie zajmują, ale wsparli mnie po prostu dobrym słowem.

A kiedy idzie pan do kościoła – jest trudno?

Generalnie, choć nie pojawiam się tam regularnie, czuję się dobrze. To zależy od sytuacji, okoliczności. Aczkolwiek, kiedy słyszę, że ujawnianie przypadków pedofilii to atak na Kościół albo kiedy słyszę list biskupa Janiaka, który napisał go w swojej obronie, to jest mi trochę nieswojo. Ale staram się podchodzić do tego racjonalnie. Rozumiem, że za takimi słowami może zwyczajnie stać jakiś lęk.

Czasami też, gdy widzę, że jakiś ksiądz zachowuje się podobnie do tego, który mnie skrzywdził, to może nie tyle odczuwam paraliżujący strach czy stres, ale odrazę.

W tamtym czasie, kiedy byłem molestowany, często można było spotkać się z taką postawą arogancji księży wobec osób świeckich. Moja konkretna krzywda, czyli wykorzystanie, często kojarzy mi się właśnie z takim zachowaniem księdza. Teraz, kiedy wchodzę do kościoła i widzę takiego księdza, który traktuje wiernych „z góry”, który mówi podniesionym głosem, to jest coś, czego nie potrafię znieść i to jest dla mnie kłopot.

Jednak, tak jak powiedziałem, spotykam o wiele więcej księży, którzy nie zachowują się w ten sposób i to oni budują nieco inną twarz Kościoła. Jeśli im się uda, to myślę, że będzie to przyszłość Kościoła.

Mogę się tylko domyślać, że pewnie najtrudniej jest ze spowiedzią?

Cóż, przeżyłem fatalne spowiedzi, właśnie u księdza, który mnie molestował. Dopytywał mnie o różne szczegóły życia młodego chłopaka i kiedy widziałem, że jemu, po drugiej stronie kratek konfesjonału, sprawia to przyjemność…

Miałem taki okres w życiu, kiedy przestałem wierzyć, że spowiedź to jest w ogóle sakrament. Uważałem przez wiele lat, że spowiedź wymyślili sobie księża, żeby manipulować ludźmi i mieć nad nimi kontrolę, żeby pokazać wiernym, że to oni są tymi lepszymi, przed którymi trzeba wyznać, że my jesteśmy gorszymi.

Bywam u spowiedzi, ale szczerze powiedziawszy – bardzo rzadko. Podejście do konfesjonału jest dla mnie trudne, często niemożliwe. I raczej muszę mieć w sobie taką wolność, żebym nie czuł, że muszę, że to jest obowiązek. Raczej decyduję się, kiedy czuję potrzebę. Kiedy np. zbliża się Wielkanoc i słyszę konkretne fragmenty Ewangelii, wtedy pojawia mi się myśl o tym, że tak, teraz mogę iść, że chcę. Jeśli z drugiej strony nie czuję zrozumienia lub za pokutę mam nie jeść słodyczy to znak, że następna spowiedź za kilka lat.

Zadaję różne pytania, Pan opowiada. Rozmawiamy. Czy jeśli rozmawia pan z ludźmi o Kościele, o swoim życiu, to lepiej jest, kiedy ktoś pyta o sytuację wykorzystania, czy lepiej żeby o to nie pytał?

Teraz jest mi wszystko jedno (śmiech).

Kiedyś, jeszcze rok temu, chciałem mówić, ale nie lubiłem pytań, bo czułem się oceniany. A kiedy czułem się oceniany, to się wycofywałem. Po prostu mówiłem tyle ile chciałem i przestawałem, kiedy czułem, że już się wygadałem. Mogłem też krok po kroku wchodzić w kolejne obszary traumy, na tyle, na ile byłem gotów się z nimi zmierzyć.

A jak Pan ocenia działania polskiego Kościoła w pańskiej sprawie, ale też w sprawie poradzenia sobie z nadużyciami w szerszym kontekście?

Patrzę na to racjonalnie. Kroki są, może nie tak duże, jak mogłyby być, ale znaczące jest to, że one są. Bo wcześniej – przynajmniej w mojej sprawie – było ich niewiele. Trzeba też pamiętać, że to, co robimy teraz często, jest możliwe dlatego, że ktoś już zrobił jakiś krok wcześniej. Myślę, że droga w kierunku dobrego załatwiania spraw związanych z nadużyciami trwa już od dawna, ale może dzisiaj jest ona bardziej uwydatniona i mamy trochę większą odwagę o tym mówić. Jeszcze do niedawna nie było możliwe, żeby poszkodowany seksualnie przez księdza był obecny w religijnym programie TVP1, a przecież byłem.

Nie jest moją ideą, żeby radykalnie zmieniać świat czy Kościół. Ale może uda nam się zrobić jakiś ważny krok, żeby też inne osoby mogły zamknąć pewien rozdział w swojej historii i żyć dalej.

Fot. Zofia Kędziora

Od Redakcji:
W związku ze zgłoszeniem przez prymasa Polski sprawy biskupa kaliskiego Edwarda Janiaka do Nuncjatury Apostolskiej Stolicy Apostolskiej w Polsce >>>Prymas Polski, po filmie braci Sekielskich, zawiadamia Watykan [WIDEO]  do przeprowadzenia dochodzenia wstępnego wyznaczony został arcybiskup Stanisław Gądecki >>>Abp Gądecki w imieniu Stolicy Apostolskiej zajmie się sprawą biskupa kaliskiego . Arcybiskup Stanisław Gądecki zapowiedział, że do zakończenia dochodzenia nie będzie wypowiadał się w tej sprawie >>>Przewodniczący KEP: do zakończenia dochodzenia nie będę wypowiadał się w sprawie biskupa kaliskiego . Również redakcja misyjne.pl nie zajmuje stanowiska do czasu ogłoszenia decyzji przez kompetentne władze kościelne.

Zobacz także
Wasze komentarze