fot. YouTube

Ks. prof. Szymik: Benedykt XVI bardzo dobrze rozumie rzeczywistość, w której żyjemy

33 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.
– Nigdy w moim życiu nie spotkałem genialniejszego diagnostyka rzeczywistości w jakiej żyjemy. Ratzinger, cokolwiek pisze i mówi, to w tle zawsze jakoś diagnozuje czym jest nasza (po)nowoczesność i co się z nami w niej dzieje. Wielu stara się odpowiedzieć na to pytanie począwszy od polityków poprzez kulturoznawców, filozofów i teologów. Moim zdaniem nikomu się nie udaje odpowiedź tak przenikliwa i dogłębna jak Benedyktowi XVI. Świetnie przechodzi on też od diagnozy poprzez receptę do prognozy” – mówi ks. prof. Jerzy Szymik. W rozmowie z KAI jeden z najlepszych znawców myśli papieża Ratzingera, autor trylogii „Theologia benedicta” podkreśla, że najbardziej boli go detronizacja Pana Boga w naszej epoce i w naszym świecie.

Krzysztof Tomasik (KAI): Jak zaczęła się księdza profesora przygoda z Ratzingerem/papieżem Benedyktem XVI?

Ks. prof. Jerzy Szymik: Kilka strumieni zlało się w rzekę. Pierwszym strumieniem było kilkunastoletnie terminowanie w szkole abp. Alfonsa Nossola. Pod jego auspicjami i kierunkiem zdobywałem stopnie naukowe, od magisterium po habilitację. Że Abp Nossol to wielka postać polskiego Kościoła, to oczywiste, że właśnie jemu dużo naukowo i duchowo zawdzięczam to dla mnie i ważne i zaszczytne, ale tu trzeba podkreślić, że jego wykształcenie teologiczne ma mocny korzeń w teologii niemieckojęzycznej. Przypomnę, że jego doktorat był pisany u ks. prof. Wincentego Granata, na KUL-u, z teodycealnej myśli Johannesa Hessena, a rozprawę habilitacyjną poświęcił chrystologii Karla Bartha, szwajcarskiego reformowanego protestanta, i jej wpływowi na chrystologię katolicką. W duchu tego, co najlepsze w teologii niemieckojęzycznej – dzięki Nossolowi – uczyłem się teologii. Główny nurt ortodoksyjnej niemieckiej teologii tamtego okresu (mówimy o latach mniej więcej 1960-1990) charakteryzował się rzetelnością naukową, głębią duchowości, silnym zapleczem porządnie przetrawionej filozofii i erudycją. No i przede wszystkim żywą wiarą. Guardini, Hans Urs von Baltahsar, Ratzinger – ten nurt, te postaci mnie już wtedy bardzo interesowały. Tak że lektura „Wprowadzenia w chrześcijaństwo”, które w zeszłym roku obchodziło 50-lecie pierwszego wydania była czymś oczywistym i decydującym zarazem. To ciągle aktualna i jedna z najlepszych książek teologicznych jakie ukazały się po II Soborze Watykańskim w dziedzinie katolickiej dogmatyki.

fot. EPA/VATICAN MEDIA

Drugi strumień to dwa fenomenalne wywiady-rzeki z Josephem Ratzingerem przeprowadzone przez Petera Seewalda: „Sól ziemi” oraz „Bóg i świat”. Szczególnie ta pierwsza, czytana w połowie lat 90-tych XX w., była dla mnie teologiczną perłą czystej wody. Obie zresztą, już wtedy, starały się, wysiłkiem obu autorów, stworzyć coś na kształt syntezy myśli Josepha Ratzingera. A synteza, integralność, wizja całości zawsze były przedmiotem moich pragnień i poszukiwań.

>>>  Jak czuje się Benedykt XVI? Do sieci trafiło wideo ze spotkania z Franciszkiem i kardynałami

Trzeci strumień owej rzeki, rzekłbym: zasadniczy, dotyczy konklawe z kwietnia 2005 roku. Czyli czasu nastrojów i stanów naszych dusz po śmierci Jana Pawła II. Wielu z nas – w tym ja – było wtedy tak poruszonych życiem i śmiercią Świętego Papieża, że byliśmy jak spulchniona gleba, czekająca na Boży siew. Dla mnie decydującym zasiewem okazało się wspomniane konklawe. Czułem się podczas wyboru Benedykta XVI jak na Taborze, z zachowaniem wszelkich proporcji, rzecz jasna, mówię o proporcjach w każdą stronę. Usłyszałem na własny użytek, we własnej duszy to, co tamci, Piotr, Jakub i Jan: „Jego słuchaj, mam w nim upodobanie”. Dla mnie było to przejmujące doświadczenie i naglące wezwanie, abym poprzez Benedykta XVI, słuchał Jego – Boga. Od tego czasu przeczytałem wszystko, co napisał Joseph Ratzinger a potem w ciągu dekady napisałem trylogię „Theologia benedicta”. A to z kolei przeorało dogłębnie model i treści mojego teologizowania.

Jest ksiądz profesor autorem wspomnianej już monumentalnej trylogii poświęconej myśli Ratzingera/Benedykta XVI pt. „Theologia benedicta” oraz przewodnika po teologii Benedykta XVI pt. „Prawda i mądrość”. Co najbardziej zafascynowało księdza profesora w myśli Ratzingera/Benedykta XVI? Tak na marginesie ciekawa jest dwuznaczność tytułu książki.

Nigdy w moim życiu nie spotkałem genialniejszego diagnostyka rzeczywistości w jakiej żyjemy. Ratzinger, cokolwiek pisze i mówi, to w tle zawsze jakoś diagnozuje czym jest nasza (po)nowoczesność i co się z nami w niej dzieje. Wielu stara się odpowiedzieć na to pytanie począwszy od polityków poprzez kulturoznawców, filozofów i teologów. Moim zdaniem nikomu się nie udaje odpowiedź tak przenikliwa i dogłębna jak Benedyktowi XVI. Świetnie przechodzi on też od diagnozy poprzez receptę do prognozy.

Jak rozumieć „Theologia Benedicta”. Teologia Benedykta czy też teologia błogosławiona?

Wieloznaczność tego zwrotu jest zamierzona, rzecz jasna. Jest to i „teologia Benedykta XVI” – łaciński przymiotnik „benedicta” brzmi dla polskiego ucha jak dopełniacz „Benedykta” i tak ma być. I jest to „teologia błogosławiona”, bo uważam, że teologia Papieża Benedykta XVI jest błogosławieństwem dla nas, naszego czasu. Ale w tym tytule są jeszcze inne znaczenia, też ważne. Jedno dotyczy formy, szczególnie samego języka, jakim jego myśl jest wyrażona. Jest to więc „theologia bene dicta”, czyli „dobrze wypowiedziana”, wyrażona właściwym językiem. Bo w teologii (jak zresztą we wszystkim) nie wystarczy tylko mieć coś do powiedzenia, ale trzeba jeszcze wiedzieć „jak” to powiedzieć.

Ostatni, czwarty sens odsyła do benedyktyńskich źródeł teologii Benedykta XVI, a tym samym do jego zakorzenienia w bawarskim katolicyzmie, którego kształt w dużej mierze wywodzi się „ex Terra benedictina”, czyli z południowych Niemiec, ziemi ewangelizowanej benedyktyńską pracą i duchowością. Papież Emeryt wielokrotnie dawał wyraz swojej fascynacji postacią św. Benedykta z Nursji, jego regułą i duchowością. Nota bene: Święty Benedykt był w swoim czasie genialnym diagnostykiem rzeczywistości epoki, w której żył… I przepisał jej receptę, m. in. poprzez sformułowanie reguły, która stała się fundamentem życia mniszego i założenia sieci klasztorów. Dodajmy tu, że wybór imienia przyjętego po konklawe z 19 kwietnia 2005 r. mówi w tej sprawie sam za siebie.

Mówi siądz profesor o zachwycie nad jasnością i klarownością języka Benedykta XVI. Jako poeta jest ksiądz profesor szczególnie czuły na „słowo” i „Słowo”. W czasie głębokiej dewaluacji „słowa”, co robić by było używane do wyrażania miłości, budowania wybaczenia a nie obelgi, niszczenia i tortur? Tak jak dla Benedykta XVI i chrześcijaństwa Słowo to Logos, które stało się Ciałem.

Niemało czytelników sięgających po „Theologia benedicta” myśli, że będzie to monografia poświęcona twórczości J. Ratzingera/Benedykta XVI. Tymczasem dzieło teologiczne BXVI jest tu dla mnie jedynie narzędziem – prawda, że genialnym i niezbywalnym, ale jednak tylko narzędziem. Do czego? Do zmierzenia się z naszym światem (polskim, europejskim) przełomu drugiej i trzeciej dekady XXI wieku. Czyli próbuję najpierw przeczytać i przemyśleć jego teologię, diagnozy i tezy a potem tak je przetransponować znad Tybru i Renu nad Wisłę i Odrę, by były użyteczne do diagnoz i prognoz dotyczących Polski z odpowiednim przesunięciem czasowym (a co za tym idzie także kulturowym, cywilizacyjnym, problemowym) w naszą aktualną współczesność. Pragnę zmierzyć się z naszym „tu i teraz” przy pomocy tego fenomenalnego narzędzia. W mojej trylogii równie często cytuję przecież nie tylko Benedykta XVI, ale i współczesną literaturę, prasę. Staram się więc Benedykta XVI „przetłumaczyć” w sensie jednak głębszym niż tylko translacja z niemczyzny na polszczyznę. By nie zmarnował się geniusz jego diagnoz oraz jego precyzyjny i klarowny język, w którym odważnie nazywa rzeczy po imieniu.

>>> https://misyjne.pl/jak-czuje-sie-benedykt-xvi-do-sieci-trafilo-wideo-ze-spotkania-z-franciszkiem-i-kardynalami/

Benedykt XVI nie jest gabinetowym, „porcelanowym”, myślicielem, który nigdy nie wychodzi ze swej akademickości. Wręcz przeciwnie: on głęboko i nader realistycznie tkwi w rzeczywistości. Przekonuje nas, że aby coś ważnego powiedzieć światu, trzeba go najpierw słuchać i próbować zrozumieć. Próbuję iść tym tropem, jestem z tej szkoły. Dlatego, na przykład, czytam sporo współczesnej beletrystyki, ponieważ muszę wiedzieć, co nam (w tym mnie, bo żyję współcześnie przecież) w duszy gra. Jako ksiądz mam ewangelizować ludzi mi współczesnych a nie tych, którzy żyli w XIX w. i dlatego potrzebuję języka, który jest do tego adekwatny. Twierdzę, że warto się tej sztuki uczyć od Benedykta XVI, bo on znalazł klucz do serca epoki a gorące reakcje medialne na wszystko co napisał/powiedział są tego niezbitym dowodem.

Ratzinger/Benedykt XVI świetnie odczytywał „znaki czasu”: liberalizm, relatywizm, permisywizm współczesnego społeczeństwa. Jego diagnozy odnośnie ideologii nazistowskiej i marksistowskiej trafiają w samo sedno. Płynął nie raz pod prąd współczesności. Co go najbardziej bolało? I jaką daje na to odpowiedź?

Odpowiadając najkrócej: najbardziej boli go detronizacja Pana Boga w naszej epoce i w naszym świecie. Czyli to, że nasz świat, świat cywilizacji atlantyckiej, świat Zachodu, nie jest budowany na prymacie Boga. Z tego wypływają, jego zdaniem, wszelkie inne nieszczęścia, tragedie i kryzysy współczesnego człowieka. Benedykt XVI używa w tym kontekście różnych metafor. Przytoczę jedną. Świat porównuje on do długiego płaszcza albo sutanny. Gdy zapinając sutannę pomylimy się i najwyższy guzik nie wyląduje w najwyższej dziurce to potem już nigdy właściwe nie dopniemy płaszcza czy sutanny. I wszystko będzie nie na swoim miejscu. Najwyższy guzik musi się znaleźć w najwyższej dziurce i tylko wtedy płaszcz będzie nam dobrze służył, przy zachowaniu tej hierarchii i tego porządku. Naprawiając błąd, powinniśmy raz jeszcze rozpocząć zapinanie od góry. I właśnie to proponuje Benedykt XVI współczesności: ponowne umieszczenie Boga na szczycie aksjologicznej drabiny.

fot. cathopic.com

Nawiążę do jego tekstu z niemieckiego tygodnika „Klerusblatt” z 2019 r. i jego spojrzenia na pedofilski kryzys w Kościele. W mediach i w niektórych kręgach Kościoła dominowała narracja, że za pedofilią stoi klerykalizm i celibat we wzajemnej sieci odniesień (celibat stymuluje klerykalizm itp. itd.). Tylko Benedykt XVI miał odwagę publicznie odsłonić najgłębszą istotę prawdziwie demonicznej natury pedofilii, pisząc, że głównym źródłem tego zła jest to, iż Kościół pozwolił, aby ściek panseksualizmu (m.in. tzw. rewolucji seksualnej lat 60-tych) wlał się do jego wnętrza. „Pozwolił”, tracąc odwagę i oryginalność własnej wiary i upodabniając się przez to do „świata” (w Janowym rozumieniu tego pojęcia, czyli jako „przeciwnika tego, co Boże”). Zło nie tkwi więc w naturze, czy samej ontologicznej strukturze Kościoła, ale w tym że Kościół nie postawił „ściekowi” tamy i ten zaraził organizm Kościoła. Oczywiście, ta diagnoza wzbudziła furię w wielu kręgach. Moim zdaniem jest najtrafniejsza ze wszystkich. Choroba wiary, która detronizuje Boga jest źródłem zła jakiegokolwiek – pedofilii, klerykalizmu itd. itp. – i bez jej uleczenia nie wykorzenimy żadnego z ludzkich grzechów, także, a może przede wszystkim „kościelnych”.

Kolejny główny „Ratzingerowski” temat to relatywizm moralny.

Relatywizm moralny Benedykt XVI ściśle łączy z kwestią prymatu Boga. Według zasady: z Logosu płynie etos, z braku Logosu – brak etosu, czyli: z prawdy płynie dobro, z kłamstwa – fałszywa etyka. Warto w tym miejscu podkreślić, że jego teologiczny geniusz objawia się także w jego syntezach, które przekraczają granice nauk i gatunków literackich, w jakich się wypowiada. Dlatego też trudno powiedzieć, którą z konkretnych subdyscyplin teologicznych uprawia, jest i dogmatykiem, teologiem fundamentalnym, moralnym a także teologiem kultury. Nie stroni przy tym od refleksji ekumenicznej i międzyreligijnej, jest także świetnym biblistą, no i patrologiem. Nie ma w zasadzie jego dłuższego tekstu, w którym nie odwoływałby się do Ojców Kościoła. A ponadto wszystkie jego książki i teksty są głęboko biblijne, jak choćby jego sztandarowa trylogia „Jezus z Nazaretu”.

Następny ważny motyw jego myśli to relacje „rozum – wiara”.

Podejrzewam, że był on głównym inspiratorem powstania encykliki „Fides et ratio”. Została ona napisana w szczytowym okresie jego współpracy z Janem Pawłem II, który był wtedy w najintensywniejszym okresie swego pontyfikatu. Powiedzieć, że to wspaniała encyklika, jedno z największych dzieł papiestwa XX wieku, to nic nie powiedzieć… Kardynał Ratzinger wywarł też bezsprzecznie wielki wpływ na powstanie Katechizmu Kościoła Katolickiego, flagowego dzieła pontyfikatu papieża Wojtyły. Wracając do „Fides et ratio”: kwestia relacji rozumu i wiary była Ratzingerowi zawsze bardzo bliska. W encyklice mogę wskazać miejsca, które wprost nawiązują do wcześniejszych tekstów Ratzingera. Jest on bowiem jednym z największych obrońców racjonalności w kulturze europejskiej przełomu tysiącleci. Ci którzy znają chrześcijaństwo jedynie powierzchownie albo nie znają go wcale, zarzucają nieraz wierze chrześcijańskiej irracjonalizm (wiara jako zabobon itp.). A tymczasem rozumność jest dla chrześcijaństwa absolutnie koniecznym fundamentem doktryny a ono samo jest wielkim przeciwnikiem (neo)pogańskiego irracjonalizmu. Rzecz jasna chrześcijańska racjonalność nie ma nic wspólnego ze skrajnym racjonalizmem w wydaniu, powiedzmy, oświeceniowo-ateistycznym. To Ratzinger jest autorem tezy, że rozum ludzki i racjonalność europejską, może uratować tylko ich poszerzenie. Epoka oświecenia ograniczyła bowiem funkcje ludzkiego rozumu do scjentyzmu, do wąsko rozumianej naukowości, która ma się zajmować „mierzeniem i ważeniem” materii. Ratzinger twierdzi natomiast, że w obszarze racjonalności znajduje się także rozumność wiary i wynikająca z tego rozumna zgoda rozumu na Tajemnicę, z którą zresztą nauka cały czas się zmaga. Najkrócej: rozumnie jest wierzyć. Racjonalność w tym ujęciu sięga więc daleko poza samo penetrowanie materii a sojusznikiem tak „poszerzonego rozumu” jest w tej dziedzinie m. in. sztuka.

Tu zapytam o miejsca sztuki w myśli Benedykta XVI/Ratzingera muzyka, miłośnika sztuki i estetyka. W „Raporcie o stanie wiary” powiedział: „Teolog nie kochający sztuki, poezji muzyki, natury może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawą drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii”. Jak skomentuje te słowa poeta? Dlaczego aspekt estetyczny jest tak ważny dla teologii?

Tak, to mocna teza, fragment rozmowy z Vittorio Messorim, jeszcze z lat 80-tych ub. wieku. W kontekście cytatu, który Pan przytoczył, czytelniejsze stają się zmagania współczesnej teologii o własną tożsamość, zmagania, które są związane z przeobrażeniami współczesnego uniwersytetu – z sytuacją rozumienia i rozwoju tego, co akademickie w (po)nowoczesności, z tzw. „konstytucją dla nauki”, czyli ustawą 2.0 w Polsce itp. Otóż teologia stale jest dziś zmuszana do tego, by udowadniać, że jest „naprawdę” nauką akademicką, że zasługuje na miejsce w palecie nauk tworzących współczesny uniwersytet, z całym jego zapleczem biurokratycznym, zdobywaniem punktów, grantów itp., że jest „poważną” naukową dyscypliną. Oczywiście, trzeba spełniać standardy naukowości, wypełniać zadania administracyjne i tak dalej, to jasne. Poza tym teologia dla dobra nie tylko samej siebie, ale dla dobra naukowej „universitas” powinna ją współtworzyć wraz z innymi siostrami naukami, bo przecież to właśnie ona ową wszechnicę nauk w Europie założyła kilkaset lat temu… Jednak grożą jej tu dzisiaj pewne niebezpieczeństwa. Bo żeby się zmieścić w kanonie współczesnych nauk uniwersyteckich teologia jest kuszona, by przemilczeć wiarę jako jeden ze swoich niezbywalnych fundamentów własnej metodologii naukowej. A wiara może być (i bywa) postrzegana (przez niektóre dyscypliny, a ściślej prze niektórych akademików) jako mit, magia i zabobon. Stąd teologia dziś naśladuje czasem religioznawstwo (czy bliżej nieokreśloną „refleksję nad duchowymi fundamentami kultury”) zamiast być sobą, czyli nauką o Bogu z rozumem i wiarą jako równoprawnymi narzędziami badawczymi w zbiorze własnego oryginalnego instrumentarium metodologicznego. Powiedzmy to jasno: religioznawstwo jest dyscypliną, która nie potrzebuje wiary dla własnej tożsamości. Natomiast do uprawiania teologii wiara – żywa wiara teologa – jest niezbywalnie potrzebna.

Teologia jest też kuszona, by „liczyć i ważyć”, czyli nie mieć nic wspólnego ze sztuką, z poezją, dziedzinami których nie da się zamknąć w modelu scjentystycznej naukowości. Gdy będziemy uwzględniać w naszej refleksji estetykę – lękają się uwiedzeni scjentyzmem teologowie – to nam to przeszkodzi być naukowcami „pełną gębą”. I w ten właśnie punkt bije Ratzinger. Gdy teologia nie współpracuje z wielką sztuką może być niebezpieczna, ponieważ tylnymi drzwiami może dostać się do niej bożek skrajnego racjonalizmu. Wtedy racjonalność tkwiąca pełnoprawnie i we właściwym kształcie w teologii zostanie zawężona i w konsekwencji zatraci ona swoją istotę a teologia stanie się jeszcze jedną dyscypliną podporządkowaną „szkiełku i oku”.

Teologia musi także uwzględniać aspekt stwórczy sztuki, dziedziny, w której człowiek chyba najlepiej naśladuje Boga Stwórcę….

Pisze o tym Ratzinger w zbiorze ” Na początku Bóg stworzył… Cztery kazania o stworzeniu i upadku”. Kapitalnie tam ukazuje Boga jako artystę – „Deus artifex”. Ta kwestia zresztą – Boga stwórcy, świata jako stworzonego przez Boga – jest jedną z fundamentalnych dla myśli Ratzingera. Można by ją streścić następująco: jeśli jest prawdą, że cała rzeczywistość, która nas otacza jest z Boga, z Jego stwórczej mocy i dzieła, to znaczy, że nasza chrześcijańska wiara dotyczy całokształtu rzeczywistości, wszystkich ludzi, i nie wolno nam jej zamykać w kościelnej zakrystii, ale trzeba z nią wyjść do całego świata. Jeśli Bóg stworzył świat i objawił się przez swego Syna Jezusa Chrystusa, jeśli to jest prawda, a nie tylko „jeden z wielu światopoglądów”, to cała rzeczywistość odnosi się do Niego, a my dzięki temu możemy tak samo wszystko odnosić do jego Osoby, także nasze wszystkie twórcze akty. Takie jest teologiczne i misyjne zaplecze pojęcia „Deus artifex” w jego twórczości. W tym kontekście trzeba wskazać na duchowy i intelektualny związek Ratzingera z Hansem Ursem von Balthasarem autorem mi.n. wielotomowej „Estetyki teologicznej”. Razem założyli w latach 60. XX wieku czasopismo „Communio”. W każdym razie, domykając wątek: teologiczna refleksja nad fenomenem piękna jest Ratzingerowi niezwykle bliska. I w ogóle sztuka jako taka. Nieprzypadkowo mówi się o nim jako „Mozarcie teologii”.

>>> Benedykt XVI: jestem u kresu życia

Dla mnie uderzające w myśli Ratzingera jest też podkreślanie kosmicznego wymiaru Jezusa Chrystusa…

To ważny element wiary chrześcijańskiej, która wyznaje w Jezusie Chrystusie Syna Bożego, „Boga prawdziwego z Boga prawdziwego”, „współistotnego Ojcu”. Jako Bóg jest Jezus i transcendentny (jest Panem wszechrzeczywistości, w tym kosmosu) wobec całej rzeczywistości i wobec niej immanentny (mówimy, słusznie, że w komunii świętej „Pan Jezus wstępuje do serca człowieka”). „Chrystologia kosmiczna” ma zresztą swój mocny korzeń w teologii paulińskiej, do której Ratzingerowi bardzo blisko. Przypomnę, że Benedykt XVI ogłosił Rok św. Pawła, który trwał od czerwca 2008 do czerwca 2009 z okazji dwutysiąclecia narodzenia Apostoła Narodów. Przez cały ten rok papież głosił katechezy poświęcone nauczaniu św. Pawła, którego mocnym rysem jest kosmiczność Chrystusa, czyli Jego stwórcze i zbawcze panowanie – Jezus jest „Kyrios”, jest Panem – nad całym wszechświatem.

EPA/VATICAN MEDIA

Inny poetycki motyw pojawiający się u Ratzingera to „Bóg, Chrystus trzymający człowieka za rękę”…

Czułość, w rozumieniu i przeżywaniu wiary, tak, ona jest istotna. Jej nie wymyślił ani Franciszek, ani Benedykt XVI, ani Jan Paweł II, ani Jan XXIII. Ona sięga samego Boga, który jest miłością a ta jest czuła… Benedykt XVI mocno tę cechę miłości podkreśla i praktykuje. W tym kontekście przypomnę epitety jakimi go obdarzano: inkwizytor, pancerny kardynał, reakcjonista, hamulcowy, rotweiler Pana Boga, żandarm Kościoła. Pokazują one nie tylko jak był i nadal jeszcze jest nieznany, nierozumiany, ale też i skalę nienawiści jakiej doświadcza. Ona znów pokazała swoje rogi i ogon przy okazji jego niedawnego tekstu o celibacie… Tymczasem jest to człowiek, dla którego ludzkie ciepło, czułość, wrażliwość i empatia należą do podstawowych wymiarów człowieczeństwa i prawdziwej religijności. W takich wymiarach widzi wiarę w Boga, co wyraża obraz czułej i ciepłej dłoni Boga w naszych dłoniach. I obraz naszej ręki w Jego ręce, prowadzącej nas przez drogi i bezdroża życia. Z drugiej strony miłość dla niego to nie zbiór sentymentalnych uczuć. Miłość musi być stanowcza i zadziorna, powiada, i w tej zadziorności pokazująca, że naprawdę kocha drugiego, bo zależy jej na jego dobru. Ale to ważne, co Pan zauważył: podstawową cechą jego praktycznych, egzystencjalnych wniosków z teologicznych teorii jest ciepło i dobroć.

Nie tylko teologii ale i jego osoby. Nawiążę do filmu „Dwóch papieży” i kreowanej przez Anthonego Hopkinsa postaci Benedykta XVI. Dla mnie filmowy portret papieża Ratzingera jest zupełnie nie trafiony. A dla księdza profesora?

O filmie jestem bardzo krytycznego zdania. Przed obejrzeniem słyszałem różne opinie. Myślałem, że będzie tragiczny, ale on jest tylko zły. Nie jest to film antyklerykalny i jedynie to mnie w nim ucieszyło. Przede wszystkim ten film jest agitką, która ma, najogólniej rzecz biorąc, pchać katolicyzm w stronę liberalizmu, jako rzekomo jedynej drogi wyjścia dla Kościoła rzymskokatolickiego. Pozwoli Pan, że nie będę się nad filmem rozwodził, ale zacytuję fragment własnego felietonu napisanego w tych dniach dla „Gościa Niedzielnego”: „Meirelles zakłamuje postać Benedykta XVI. W wersji Hopkinsa BXVI jest typem tak wrednym, że kojarzy się z Hannibalem Lecterem. Padają tezy niewybredne: wyborem BXVI Kościół chciał opóźnić spóźnione już i tak reformy; BXVI schował się za książkami, bo bał się życia… BXVI jest anachroniczny, nieporadny życiowo, bezradny intelektualnie wobec ripost Bergoglia, do którego zawsze należy ostatnie słowo. Jak w westernie: dobry szeryf wygrał z przywódcą starej bandy. A przecież racje BXVI są znacznie poważniejsze niż wynika to z gęby, którą im w filmie przyprawiono”.

Poza naukową teologią Benedykt XVI/Ratzinger stale stawia na czele adorację Boga, upomina się o centralne miejsce liturgii i Eucharystii w naszej wierze. Dowodem tego jest choćby jego książka „Duch liturgii”….

Dla mnie jedna z najważniejszych książek jakie przeczytałem w życiu… Miejsce jakie w jego teologii, pobożności i diagnozie świata zajmuje adoracja Boga to wielki temat. Adoracja jest odpowiedzią na „hybris” – pychę w nas, pychę współczesnego świata, pychę ponowoczesnego człowieka. Miłość chce i umie „trwonić” czas dla Kochanego. Potrzebna jest nam też – powiada BXVI – klęcząca postawa przed Bogiem, w której choć zginamy kolana przed Nim, to jednak prosty korpus naszego ciała, trwanie twarzą w twarz z Nim, pozwala nam nie zginać się przed czymkolwiek czy kimkolwiek poza Bogiem. Klęczenie przed Bogiem nie zabiera nam godności, ale ją wzmacnia i uczy nas odwagi wobec wszelkich innych potęg, zwłaszcza tych zagrażających naszemu dobru i życiu. To czego uczy BXVI na temat adoracji ukazuje podstawowy intymny, kontemplacyjny, modlitewno-liturgiczny wymiar wiary, najgłębszy wymiar chrześcijaństwa. Niezwykła to też sprawa dla mnie: człowieka, mężczyzny, chrześcijanina, księdza. Jako kapłan muszę być stale w stanie łaski uświęcającej, w stanie, by tak rzecz, permanentnej adoracji Boga. I stąd potem popłynie dobroć dla innych, wrażliwość i wyrozumiałość dla ludzkiej słabości i ułomności, niezłomność w kwestii Chrystusowej prawdy. Wtedy też moja teologia będzie miała sens głębszy niż jedynie jako „uczona teoria”. Tego nam się uczyć od Benedykta XVI/Ratzingera: najpierw „prawda serca” a potem dopiero i stąd „prawda pióra”. To nie kwestia stylu, maestrii czy błysku talentu/intelektu decyduje o jakości teologii. Decydująca i pierwszorzędna jest więź z Nim.

>>> Benedykt XVI zasmucony tym, co się dzieje w niemieckim Kościele

Powrócę do detronizacji Boga. Bóg umarł dla wielu albo żyjemy jakby Boga nie było, albo też Boga kształtujemy na nasz obraz i podobieństwo. Co na to Benedykt XVI/Ratzinger?

Ratzinger mówi, że potrzebujemy Boga, z czym wielu się zgadza, ale pyta też jakiego Boga? Wielu bowiem wskazuje na potrzebę duchowości, odniesienia do „jakiejś transcendencji”, metafizycznego wzlotu, czegoś „ponad” itp. itd. Ratzinger uczy, że nie tędy droga, że człowiek potrzebuje Boga prawdziwego, żywego, osobowego, Tego który stworzył świat i wykrwawił się dlań na Golgocie. I zmartwychwstał. Sama idea Boga daleko nas nie zaprowadzi, a nawet może nas sprowadzić na fałszywą drogę. Bóg, Trójjedyny Bóg, który w Jezusie z Nazaretu umarł za człowieka, zmartwychwstał, i jako taki przeprowadzi nas przez naszą własną śmierć, jest Bogiem prawdziwym i tylko On jest spełnieniem naszych tęsknot i odpowiedzią na pytanie o sens. Pokazuje to jak ważna jest tu – dla Ratzingera i w ogóle – kategoria prawdy.

Jaka jest wizja Domu Bożego – Kościoła Ratzingera/B XVI?

Według Ratzingera zasadnicza idea organizująca Kościół tak w sferze teorii teologicznej jak i praktyki egzystencjalnej, to idea „communio” – wspólnoty. Jest to idea dla niego tak ważna, że, jak już wspomniałem, założył on po II Soborze Watykańskim z grupą teologów czasopismo „Communio”, w pewnej opozycji do pisma „Concilium”. Bo Ratzinger często podkreśla, że Kościół jest zawsze wspólnotą a tylko czasem zwołującym sobór czy synody. Kościół nie jest permanentnym soborem/synodem, ale permanentną komunią – z Bogiem i braćmi/siostrami. Pisze dowcipnie, co u niego częste, że gdy chce się zdobyć medal olimpijski to trzeba trenować a nie zakładać komitety olimpijskie. Czyli: mniej narad, teoria tylko niezbędna a cała energia w praktykę. Czyli: nie tyle debatować o wierze, co nią żyć.

Więc Kościół jest, zdaniem Ratzingera, wspólnotą, ale nie ograniczoną do „płaskiej” horyzontalności, wyłącznie międzyludzkiej. Nie jest grupą przyjaciół, którym jest ze sobą dobrze. Absolutnie priorytetowa jest dla Kościoła wertykalna więź z Bogiem i dopiero ona przekłada się na więź braterską i siostrzaną, ba, nie istnieje bez więzi horyzontalnej. Mówiąc Ratzingerem najprościej: współchrześcijanin jest moim bratem, nie dlatego, że się skumplowaliśmy, ale dlatego, że mamy wspólnego Ojca. Zatem wspólnota Kościoła jest wspólnotą braterską zainicjowaną przez Boga i trwającą dzięki Bogu. Jesteś moim bratem bo jesteś synem mojego Ojca. Communio z Bogiem powoduje communio z braćmi. To jest istota eklezjalnej myśli Ratzingera.

„Mała trzódka wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali” To słowa ks. Josepha Ratzingera z 1969 roku. Czy taka będzie przyszłość Kościoła?

Zapisał te słowa pół wieku temu i jest duże prawdopodobieństwo, że tak może się stać. W Niemczech ksiądz ma pod opieką wiele kościołów, czasem kilka albo i kilkanaście dawnych parafii. W Dortmundzie było w 2003 roku dziesięć dekanatów, teraz, w 2020, jest jeden. Ale w Korei Południowej, na Filipinach, krajach afrykańskich czy w katolickiej części Indii dzieje się z Kościołem dokładnie odwrotnie. W Polsce wydaje się, że pod tym względem jest jeszcze nieźle w porównaniu z zachodnia częścią Europy, ale właśnie następuje duże tąpnięcie jeśli chodzi o powołania kapłańskie czy zakonne, a i liczba „dominicantes” powoli, ale dość systematycznie spada w ostatnich 30 latach. Czego można się od niego nauczyć w tej kwestii? Choćby tego, że w podobnych kontekstach Ratzinger wielokrotnie powtarzał, że kategorie „optymizm” – „pesymizm” go nie interesują, bo nigdy adekwatnie nie opisują rzeczywistości i nie są paliwem tego, co najważniejsze: prawdziwej nadziei. Dla niego więc zasadniczymi kategoriami były i są: „nadzieja” vs „rozpacz”… Dodam, że spotkałem w życiu niejednego zrozpaczonego optymistę. Straszny widok, straszne skutki. Dla Ratzingera – a i dla mnie, jego ucznia – znacznie ciekawszą i więcej obiecującą postawą jest pesymista posiadający nadzieję. Przekładając rzecz na Pana pytanie: nie jest najważniejsze, czy w Kościele będzie nas rzesza czy garstka. Oczywiście: ważne, by było nas wielu! Ale nie najważniejsze. Bo najważniejsze jest to, by Kościół był Chrystusowy, a nie nasz. Kościół jest Pana, powiada BXVI… Najważniejsze, żeby był domem modlitwy a nie jaskinią zbójców – idąc wiernie tropem Jezusowych słów.

W kontekście Kościoła: czym jest kapłaństwo dla Ratzingera/Benedykta XVI? Pytam wobec gorącej dyskusji nt. celibatu?

Gdybym miał streścić jego rozumienie sakramentu kapłaństwa, życia księdza i jego posługi, to odwołałbym się do biblijnego cytatu z obrazka prymicyjnego 24-letniego wówczas ks. Josepha z 1951 roku: „Nie jesteśmy panami waszej wiary, lecz sługami waszej radości”. To słowa, a jakże, świętego Pawła. Móc służyć cudzej radości i tą drogą osiągnąć własną radość, tym sposobem się spełnić jako człowiek i uczeń Jezusa – oto istota Chrystusowego kapłaństwa. Trzeba w tym miejscu mocno podkreślić, że pojęcie radości – niesłychanie głęboko rozumiane w jego teologicznym słowniku i imaginarium – jest dla Ratzingera czymś zasadniczym dla chrześcijaństwa, jego głównym skutkiem a w jakimś sensie wręcz synonimem zbawienia. Pisze, że chrześcijaństwo zaczęło się od przyjścia anioła do młodej dziewczyny i pierwszego słowa, które Gabriel „przyniósł” od Boga: „chaire” – „raduj się!” Które to słowo tłumaczymy jako „bądź pozdrowiona” lub „zdrowaś”, ale które pierwszorzędnie znaczy „raduj się”. „Aby radość wasza była pełna” – wyjaśnia uczniom sens swego zbawczego dzieła Jezus. O tę i taką radość tu – w kapłaństwie – chodzi… Dodam, że 41 lat po przyjęciu święceń jest mi to wszystko niezmiernie bliskie.

A rozumienie celibatu?

W tomie 12. jego „Opera omnia” pt. „Głosiciele Słowa i słudzy Waszej radości” znajduje się sporo fragmentów poświęconych celibatowi. Polecam, wszystko dostępne po polsku. Często powraca tu motyw starotestamentowych lewitów, którzy jako jedyne pokolenie z dwunastu, nie mieli swojej ziemi a ich „dziedzictwem”, jak mówi Psalmista, „był Pan”. I to jest daleka zapowiedź celibatu zakonnego i kapłańskiego, pisze Benedykt XVI. To jest trop starotestamentalny. Ale, oczywiście, w jego argumentacji dominują tezy chrystologiczne (m.in. to, że status bytowy Jezusa był statusem celibatariusza) i eklezjologiczne. Przy zupełnej nieobecności argumentów płytkich, takich jak „logistyka” (nieżonaty jest bardziej mobilny i ma więcej czasu dla sprawy) czy „ekonomia” (celibat wymyślono dla niepodzielności i kumulacji dóbr Kościoła), i tak też jest w „Z głębi naszych serc” – argumentacja jest najgłębsza z możliwych, sięgająca Chrystusa i Kościoła, Biblii i doktryny.

Nawiążę do kolejnej obecnej dyskusji wokół ideologii gender. O tym nie raz mówił Ratzinger/Benedykt XVI. Jakie było jego stanowisko?

„Nie należy do przestarzałej metafizyki nauka Kościoła o naturze istoty ludzkiej jako mężczyzny i kobiety i domaganie się, by ten porządek stworzenia był szanowany” – mówił Benedykt XVI w grudniu 2008 roku. Wyjaśniał, że chodzi tu o Stwórcę i stworzenie, o wiarę w Stwórcę i wsłuchanie się w język stworzenia. Natomiast „to, co często wyraża się i rozumie pod pojęciem „gender”, oznacza ostatecznie dążenie człowieka do uniezależnienia się od stworzenia i Stwórcy”. Owszem – zaznaczył Benedykt XVI, z typową dla swoich wypowiedzi równowagą precyzji, ironii i mocy słowa – „lasy tropikalne zasługują na ochronę z naszej strony, ale w nie mniejszym stopniu zasługuje na nią człowiek jako stworzenie, w które wpisane jest przesłanie, nie będące zaprzeczeniem naszej wolności, lecz będące jej warunkiem”.

Warunkiem, nigdy zaprzeczeniem. To ważne. Wiele lat wcześniej mówił feministkom, że kobieta zapłaci straszliwą cenę za maskulinizację, a cały świat za zacieranie różnic między kobietą a mężczyzną; ironizował z tezy Ernsta Blocha głoszącego, że kreatywność polega na „przekraczaniu granic”. Dzisiaj granice są już dawno przekroczone a armia (zaciężna, dobrze opłacona) zmierza dalej, w nieznanym kierunku; harcownicy pospadali do przepaści dawno temu.

KAI: kapłaństwa kobiet?

W latach 70. i 80. XX wieku Ratzinger sporo uwagi – w różnych kontekstach (mariologii, sporów o kapłaństwo kobiet, dziennikarskich pytań i prowokacji) poświęcił problematyce feministycznej. Wyłania się z tych tekstów obraz spójnego zbioru tez i poglądów, doskonale osadzonych tak w pytaniach współczesności, jak w tradycji, teologii i nauce Kościoła. Zbiór ten może być na długie lata nieocenioną pomocą w budowaniu prawdziwie katolickiej teologii kobiety i mężczyzny, płci i seksualności, a fundamentalnie, jak w kwestii „gender” – stworzenia i Stwórcy.

Decydujący jest bowiem Stwórca. To On ustala – by tak to określić – reguły rządzące rzeczywistością. Dlatego człowiek nie może podporządkować sobie „bios”, dowolnie nim rozporządzać i niezależnie od niego być „człowiekiem”, a nie mężczyzną lub kobietą. Pozbawienie człowieczeństwa pierwiastka biologicznego nie jest wyzwoleniem, ale pogardą i negacją człowieka. Przekreślenie kategorii „bios” najokrutniej dotyka kobietę, odmawiając jej prawa do bycia kobietą. Bo z naturą nie da się walczyć bezkarnie. Respektowanie biologii jest – jako wyraz szacunku dla Stwórcy, Jego zamysłu i dzieła – ochroną Bożego stworzenia. Dlatego też „dla Kościoła „język natury” (czyli dwie płcie dopełniające się wzajemnie i jednocześnie różne) jest także „językiem moralności” (mężczyzna i kobieta są powołani do wypełniania różnych zadań na równi godnych, na równi wiecznych, ale różnych)”, podkreśla Benedykt XVI. I dodaje, że nie istnieje wymienność wszystkich ról męskich i żeńskich, a – to bardzo ważna teza – „to, co przynosi ze sobą ekstremalny feminizm, nie pochodzi z chrześcijaństwa, które znamy, ale jest jakąś inną religią”.

>>> Benedykt XVI o celibacie księży: nie mogę milczeć, trzeba zabrać głos

Mamy tu więc do czynienia z „manichejską hybrydą”, technokratycznymi roszczeniami totalitaryzmu i jego wzgardą wobec stworzenia (przy pomocy „techné” zrobimy to lepiej niż Stwórca…). I tak opisuje zadanie Kościoła, nieprzemijające, jakże aktualne w naszej epoce: „przeciwstawić się każdej nowej formie manicheizmu, która redukuje ciało do nieistotnej, «czysto biologicznej» sfery”, pozbawiając tym samym ludzką płciowość tego, co w niej zachwyca i jest godnością we właściwy człowiekowi sposób.

Nowi kardynałowie na spotkaniu z Franciszkiem i Benedyktem XVI fot. EPA/VATICAN MEDIA

Nowi kardynałowie na spotkaniu z Franciszkiem i Benedyktem XVI fot. EPA/VATICAN MEDIA

Ważny i istotny motyw, słabo dostrzegany w myśli Ratzingera/Benedykta XVI to jej maryjność…

W mariologii Ratzingera Maryja jest odpowiedzialna za serdeczność, co jest mi niezwykle drogie, bo pięknie obrazuje promienną serdeczność Maryi w cudownym Obrazie Uśmiechniętej z bazyliki w moim rodzinnym Pszowie… Zdaniem Ratzingera bez mocnego, stale żywego elementu Maryjnego Kościołowi grozi maskulinizacja. A Kościół jest rodziną, nie biurem – zimnym, bezdusznym, technokratycznym. Obecność Matki jest konieczna dla rodziny. Aby Kościół był Kościołem musi być i Maryjny i Piotrowy… Często słyszę pytanie dlaczego w ciągu 200 lat wzrosła tak znacząco liczba objawień Maryjnych uznanych przez Kościół. Benedykt XVI odpowiedział na nie w 2010 roku w Fatimie: kiedy w 1917 roku „otwarło się niebo nad Portugalią”, było to „jak okno nadziei”, które Bóg otwiera, „gdy człowiek zamyka przed Nim drzwi”. Maryja i jej objawienia są – według tej papieskiej interpretacji – otwartym oknem Łaski, miłosierną reakcją Boga na zaryglowane przed Nim drzwi świata, zatrzaskiwane przez ateizm, pychę ludzkiego rozumu, krwawe dyktatury i wszelkiego rodzaju zło indywidualne i społeczne. Bóg zachowuje się w swej bezgranicznej miłości ku nam jak namolny petent, który wyrzucony drzwiami wraca oknem. Tym oknem jest Maryja. Ona jest oknem, przez które wchodzi do nas Bóg, Ona jest oknem naszej nadziei na Boga.

Papież Ratzinger podążał tą samą ścieżką, co Jan Paweł II. Obu łączyła przyjaźń. Czy „jednak nie był to też cud, zrządzenie Opatrzności w dziejach Kościoła i świata, że po papieżu z Polski nastał papież z Niemiec”?

Dowodem siły ich relacji jest książka pt. „Mój umiłowany poprzednik”. Benedykt XVI wielokrotnie tak właśnie się wyrażał o Janie Pawle II. Jest to zbiór tekstów poświęconych papieżowi Wojtyle a dla mnie jej najciekawszym wątkiem jest to, co Benedykt XVI dostrzega w Janie Pawle II i uważa za najtrudniejsze i najświętsze zarazem. Otóż, pisze, cokolwiek ten człowiek w swoim życiu wypracował i opanował, czyli co podarował mu Bóg, a co doskonalone, stało się jego własne – wszystko to umiał tracić na kolejnym zakręcie życia. Aktorstwo, sztuka, poezja, praca naukowa, duszpasterstwo akademickie, Kraków, Polska, głos, zdrowie, życie. A równocześnie – oto paradoksy Bożej Łaski – pozostał poetą, duszpasterzem, aktorem, Polakiem… Bóg cokolwiek „zabiera”, to pomnaża stokrotnie… Wydaje się, że to była najbardziej doniosła lekcja w szkole Wojtyły dla Ratzingera, dotycząca tego, co najbardziej „wewnętrzne”, jak sam by zapewne powiedział.

Benedykt XVI w dużym stopniu mówił też o sobie…chciał poświęcić życie tylko teologii, nauce a został biskupem, prefektem i papieżem….

No cóż, kilka razy słyszałem, że geniusz Jana Pawła II zawodził w sprawach personalnych, np. przy nominacjach. Watykański rozdział biografii Ratzingera jest dla mnie dowodem na geniusz św. Jana Pawła II również w tej kwestii.

Czy jest coś czego nie wiemy o papieżu Ratzingerze?

Nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania, prawdopodobnie dlatego, że nie mam temperamentu dziennikarza śledczego. Natomiast niewątpliwie w ostatnich 10 latach Benedykt XVI nas wszystkich co rusz zaskakiwał: ustąpieniem z urzędu papieskiego, tekstem zamieszczonym w niemieckim tygodniku „Klerusblatt” na temat zmian kulturowych w latach 60. XX w. i najgłębszych przyczyn grzechu w Kościele, teraz tekstem zamieszczonym w książce kard. Roberta Saraha na temat kapłaństwa i celibatu. Jest on człowiekiem wewnętrznie wolnym, słuchającym uważnie Boga.

Jak brzmi najważniejsze orędzie, jakie kieruje do nas dzisiaj, szczególnie do młodych, Benedykt XVI?

Od lat rozmyślam nad dwoma jego zdaniami, przepastnymi w swej głębi: „Abba, Ojcze, można powiedzieć Bogu tylko razem z Chrystusem, bo tylko we wspólnocie z Nim podstawa świata odsłania się w taki sposób, że można ją afirmować. Bez Syna Ojciec pozostaje dwuznaczny i niepojęty”. Chciałbym je zadedykować wszystkim pogubionym i poranionym moim współczesnym siostrom i braciom. Na nasz bunt wobec Boga, na to wszystko, co się dzieje z nami i naszym zżyciem, można odpowiedzieć tylko Chrystusem, tylko więzią z Nim, nikim i niczym mniej. Nie ma innej drogi do Boga i sensu życia, losu. Tylko w Jezusie Chrystusie jest nasze zbawienie. I nasz Bóg, który w Nim okazuje się kochającym i wszechmogącym Ojcem. Ciemności niewiary ludzkiego serca i współczesności są potężne, ale potężniejszy jest Chrystus i z Nim – cokolwiek się dzieje z nami i ze światem, cokolwiek – zaczynamy mówić Bogu: Abba, Ojcze. Tu widać jaka to jest teologia i jaki poziom rozumienia współczesności.

Te słowa kierowane są przede wszystkim do młodego człowieka, który wręcz „wyje” pytaniem o sens życia, o Boga, nie wie jak się do niego zwracać i modlić. Tym bardziej, że młode pokolenie żyje już prawie całkowicie w sztucznej rzeczywistości wirtualnej…

Powtórzę: odpowiedzią na te pytania jest Chrystus. Ale – to bardzo ważne – by nie pomylić Chrystusa z kimś skrojonym pod nasze oczekiwania, z jakimś podrzędnym guru, potrzebny jest Kościół, z woli i założenia Chrystusa właśnie. Tylko Kościół jest naszą współczesnością z Chrystusem, nie ma innej.

Spotkałem się z opiniami, że Benedykt XVI to kolejny święty papież. Dostrzega ksiądz profesor w nim znamiona świętości?

Nie ważę się odpowiadać na to pytanie, co nie znaczy, że takich znamion nie dostrzegam, wręcz przeciwnie, widzę je wyraźnie. W każdym razie on sam napisał, że świętość jest jedyną przygodą godną ludzkiego życia. I że kto to zrozumiał, rozumie zarazem czym jest katolicyzm.

Znaliście się osobiście wiele lat….

Już pierwsze spotkanie z nim było przejmujące. Zostałem członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej w 2004 r. Mianował mnie jeszcze Jan Paweł II a naszym szefem był wówczas kardynał Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Obradowaliśmy w Domu św. Marty, w trzydziestu, przez cały tydzień. Pracowaliśmy od świtu do nocy. W tym czasie każdy z nas, po kilkanaście razy, zabierał głos. Z jednym wyjątkiem – Ratzinger pięć dni milczał. Cały czas robił notatki w zeszycie formatu A4, pamiętam, że pisał wiecznym piórem w kolorze złota. Jak tylko ktoś z komisji zabierał głos, Ratzinger podnosił głowę i bacznie się tej osobie przyglądał. Potem pisał dalej. Głos zabrał dopiero na sam koniec obrad. Wygłosił 15-minutowe przemówienie po łacinie, w którym zawarte były wszystkie najważniejsze wątki naszych prac i dyskusji łącznie z wytyczeniem kierunków i perspektyw. W życiu nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Ratzinger dokonał syntezy kilkuset wypowiedzi wyrażonych w co najmniej sześciu językach. Przetworzył je, przemyślał, doprecyzował, pogłębił. Było to niesłychanie trudne intelektualnie, teologicznie, bardzo skomplikowane z punktu widzenia kierowania 30-osobowym międzynarodowym zespołem. I zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie jego pokora w tym wszystkim.

Chcę na koniec naszej rozmowy przeczytać wiersz, który jemu kilka lat temu dedykowałem, dziękując za „Jezusa z Nazaretu”. Nosi tytuł „Plan maksimum”:

stać przed Nim z pustymi rękami
i wyciągać je ku Niemu
(nie z rękami, które gdy pochwycą to mocno trzy mają, lecz z rękami,
które się otwierają, obdarowują, a tym samym są stale gotowe przyjąć)
nie wyć z wilkami,
ale cierpieć z powodu nieprawości.
Nie móc odwrócić nieszczęścia,
ale współcierpiąc, stanąć po stronie skazanych,
a tym samym – kochając w ten sposób –
stanąć po stronie Boga
pamiętać, że znakiem rozpoznawczym
Jego obecności jest nadmiar.
Mieć tylko Boga, czyli puste ręce

Rozmawiał Krzysztof Tomasik.

————

Ks. prof. Jerzy Szymik jest kapłanem archidiecezji katowickiej, teologiem i poetą. Profesor nauk teologicznych, wykłada teologię dogmatyczną. W latach 1986-2008 związany z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, gdzie był m.in. kierownikiem Katedry Chrystologii. Od 2005 r. pracownik Zakładu Teologii Dogmatycznej WTL Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, od 2014 r. Katedry Teologii Dogmatycznej i Duchowości WTL UŚ; od 2007 r. jako profesor zwyczajny. W latach 2004-2014 członek watykańskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Od 2015 r. członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN, a od 1991 r. stały współpracownik „Gościa Niedzielnego”.

Jest autorem 60 książek naukowych, poetyckich, eseistycznych, laureatem nagród naukowych. Był również nominowany do nagrody „Totus” w dziedzinie kultury chrześcijańskiej. Jest laureatem nagrody dziennikarskiej „Ślad”, srebrnego medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP, nagrody „Feniks” w kategorii nauk kościelnych za trylogię „Theologia benedicta”.

Zobacz także
Wasze komentarze