fot. arch. Radek Rakowski

Ksiądz jest przekonujący, kiedy buduje relacje [ROZMOWA]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Do seminarium przychodzi normalny chłopak w wieku powiedzmy 20 lat, a po sześciu latach staje się mentalnym 50-latkiem. Sam się czasem zastanawiam, na czym to polega – z ks. Radkiem Rakowskim rozmawia Michał Jóźwiak.

Oglądał Ksiądz „Kler”?

Nawet dwa razy. Raz poszedłem ze studentami, a raz z nieco młodszymi uczniami szkoły, w której uczę. Chcieli iść. Pomyślałem, że lepiej, żeby poszli ze mną niż z uczestnikami czarnego protestu.

Czyli zadbał Ksiądz o komentarz teologiczny.

Dokładnie (śmiech). Poszedłem oczywiście w sutannie.

Jakie wrażenia?

Film mnie trochę rozczarował, bo myślałem, że będzie bardziej śmieszny i szyderczy względem Kościoła, a był raczej dramatyczny i smutny. Młodzież też była trochę zdołowana. Byli trochę nagrzani przed tym filmem: że teraz cała prawda wyjdzie na jaw, a kiedy zapytałem ich o odczucia po projekcji, to powiedzieli tylko: do zobaczenia na religii.

Czyli nic się nie zmieniło.

Zupełnie nic. Ani nie ubyło nam wiernych w kościele, ani dzieci nie przestały chodzić na religię. Mamy z tego trochę śmiechu. Niektóre cytaty z filmu pojawiają się na lekcjach lub nawet u nas na plebanii. Była dyskusja, ale żadnych negatywnych skutków nie dostrzegam.

W filmie są pokazane niektóre patologie, z którymi mierzy się Kościół. Są oczywiście przejaskrawione, ale to akurat w stylu Smarzowskiego, więc nie ma się co dziwić. Gdzieś tam przemycane są też stereotypy na temat księży: że lubią dobrobyt, że mają się za lepszych od innych.

I to wszystko prawda (śmiech). Ciągle musimy się formować i nawracać. Nasze życie w celibacie, jeśli jest źle prowadzone, nie sprzyja temu, żeby szło ku dobremu tylko raczej w zupełnie innym kierunku. Do seminarium idzie się z głową pełną ideałów. Każdy chce służyć Bogu i zmieniać świat, ale te kilka lat w seminarium to taki czas, kiedy człowiek jest uczony pewnych odruchów i zachowań. Może jednocześnie odkrywać wiarę, ale może też nauczyć się udawać. Na zewnątrz może wszystko wyglądać w porządku, ale w środku, w sercu dzieje się coś niedobrego.

Jak unikać takiego udawania?

Przeżywanie celibatu musi być podparte autentyczną miłością do ludzi. Nawet nie chodzi o to, żeby doprowadzić ludzi do zbawienia, bo to Jezus zbawia. Ja jako ksiądz mam po prostu kochać. Jak ludzie poczują, że kapłan ich kocha, to sami też odwdzięczą się miłością. A przecież zasadniczym problemem księdza jest samotność, która u każdego człowieka skutkuje tym, że stajemy się zrzędliwi, poirytowani, zamknięci. W przypadku duchownych jest tak samo – jeśli nie kochają, stają się trudni do wytrzymania.

fot. arch. Radek Rakowski

Czyli w księżach jest też jakaś wina, że są tak a nie inaczej postrzegani?

Na pewno coś w tym jest. Na Winiarach mamy kolegium akademickie, gdzie mieszkają zwykli studenci. Po prostu spędzamy tam czas. Jemy razem obiad, dzielimy się przemyśleniami, zupełnie jak w domu. Wiele osób jest w szoku. „Jak to? Ksiądz przychodzi tutaj, normalnie mówi, siada z nami i je kolację?”. Oni myśleli, że ksiądz spowiada, odprawia mszę św., a później nagle znika. Dzięki temu, że tam jestem, widzą, że duchowny żyje jak normalny człowiek. Czasem nawet mi się oberwie za to, że coś źle zrobiłem lub powiedziałem. Zawsze podpowiadam znajomym księżom, żeby szli do ludzi i z nimi przebywali. Tak po prostu.

Chyba tylko takie relacje są w stanie odczarować fałszywy wizerunek Kościoła, który siedzi w głowach ludzi.

Dokładnie! Tylko relacje mogą coś zmienić. Ksiądz, który nie boi się budować relacji, jest autentyczny i dla ludzi godny zaufania. My księża, mamy trochę taką wewnętrzną blokadę przed dziewczynami, która kształtuje się już na poziomie seminarium. Kobiety trzymamy na dystans, bo celibat. Kolejną barierą jest to, że jesteśmy przenoszeni z parafii na parafię. Wielu z nas myśli sobie: po co mam się przywiązywać skoro za kilka lat mnie przeniosą i będę cierpieć, że już nie mam dookoła siebie tych ludzi, których tak bardzo lubiłem. Przez to jesteśmy zdystansowani. Trochę jesteśmy tak ukierunkowywani przez rodzaj naszego powołania.

Może problem jest już gdzieś na poziomie formacji seminaryjnej.

Rzeczywiście są pewne cechy, które nabywa się w seminarium. Przychodzi normalny chłopak w wieku powiedzmy 20 lat, a po sześciu latach staje się mentalnym 50-latkiem. Sam się czasem zastanawiam, na czym to polega i nie wiem. Wielu młodych księży ma przeświadczenie, że oni ciągle muszą być ponad innymi, a nie z innymi. Myślę, że kiedy wreszcie zrozumiemy, że mamy być „z”, a nie „ponad” innymi, to będzie jakiś przełom. Kiedy jadę z młodzieżą na wakacje, to przecież nie po to, żeby sprawować nad nimi jakiś nadzór. Chcę po prostu z nimi przebywać, a oni ze mną.

Warto chyba, żeby księża mieli poczucie, że są przez świeckich wspierani?

Często wymaga się od nas, że ze wszystkim będziemy sobie radzić najlepiej i na wszystko będziemy mieć złote rady. Przecież w życiu kapłana też są mniejsze lub większe porażki. A to dzieci nie chodzą na religię, albo duszpasterstwo się sypie. To są momenty kryzysu, które później skutkują tym, że księża mogą uciec w drogie samochody, podróże, albo w relację z kobietą. Dobrze jest, jak ksiądz jest otwarty i inni mają dostęp do jego życia, bo wtedy wszystko jest jak na dłoni. To mobilizuje do transparentności. Ponadto bywa, że proboszczowie są oceniani przez wiernych przez pryzmat dokonań budowlanych (co wyremontował i co wybudował w parafii), a na wikariusza patrzy się z kolei jak na dyrektora domu kultury – ma organizować ogniska, wyjazdy dla młodzieży i wakacje, a mało patrzy się na sprawy duchowe. Dlatego wina leży po obu stronach.

Dobrze jest być księdzem?

Najwspanialej na świecie! Z roku na rok coraz bardziej zakochuję się w swoim powołaniu. Jestem wikariuszem, duszpasterzem akademickim, kapelanem szpitala i katechetą, więc się nie nudzę. Mam kontakt z setkami ludzi i czerpię z tego wielką radość.

Rozmawiał Michał Jóźwiak

Ilu jest w Polsce kandydatów do kapłaństwa?

Zobacz także
Wasze komentarze