fot. ARCH. THE DIVINE MERCY PARISH MASANSA
Afryka: świętują, gdy jest jedzenie [MISYJNE DROGI]
Z zambijskiej Masansy wróciłam w listopadzie. To pora, gdy chmury trzymają słońce w ryzach. Już nie jest takie ostre. – Jak widzisz, życie tu jest piękne. Ale trzeba to lubić, mieć serce do ludzi. Rozpoznają, czy chcesz być z nimi, dzielić ich troski, wysłuchać – uśmiecha się Zenek. Od ponad 15 lat jest na misjach w Zambii.
Do Masansy dojechałam krótko przed północą. Ponad 11 godzin zajęła droga z Lusaki, stolicy kraju. Najpierw dwie godziny czekaliśmy na odjazd busa. Lokalni sprzedawcy pojawiali się i znikali. Obok mnie usiadł młody chłopak. – Don’t worry mama. Wszystko będzie dobrze – zagadał przyjaźnie. Chyba się domyślił, widząc przejęcie na mojej twarzy, że pierwszy raz samotnie podróżuję przez Zambię. Już w Lusace na pierwszym przystanku wszystkie miejsca były zajęte, ale po drodze wciąż dosiadali się nowi pasażerowie, matki z niemowlakami, starsze kobiety z tobołami, jakby bus był z gumy. Trudno nie zawiązać wspólnoty, spędzając tak blisko siebie godziny afrykańskiej drogi.

Wróciłam szczęśliwa
Afryka skradła moje serce trzy lata temu, kiedy pierwszy raz trafiłam do Domu Nadziei w Lusace. Ten ośrodek pomocy dzieciom ulicy prowadzi od ponad dwudziestu lat przyjaciel naszej rodziny, brat Jacek Rakowski ze Zgromadzenia Ojców Białych. Ponad stu chłopców w wieku od 5 do 17 lat znajduje schronienie przed brutalnością ulicy i odzyskuje szansę na lepsze życie. Dom Nadziei daje im dach nad głową, edukację, a celem jest powrót dziecka do rodziny. Wracam tam, kiedy tylko mogę. Cieszymy się wspólną obecnością. Spędzamy razem czas, a jednego dnia tradycyjnie gotujemy wielki gar fasolówki. Tym razem do Domu Nadziei dołączył też Taro, szczeniak rasy golden retriever. To już kolejny psiak w ośrodku, bo towarzystwo zwierząt ma dobry wpływ na chłopców. – Dogoterapia to jeden z naszych sposobów na przywracanie tym chłopcom dzieciństwa, często brutalnie pokiereszowanego – mówi Jacek. I to on też zachęcił mnie, abym ruszyła w głąb Zambii, do Masansy, poznać życie poza stolicą. – Jedź, kobieto, wrócisz szczęśliwa – dodał. Nie mylił się.

Czarna mamba
Misja w Masansie prowadzona jest przez misjonarzy z diecezji katowickiej. Parafia Masansa terytorialnie porównywalna jest z obszarem całej diecezji, z której pochodzą. Jest tu czterdzieści dziewięć kaplic dojazdowych. Wiele pracy ewangelizacyjnej spoczywa na lokalnych katechistach. Obecnie oprócz proboszcza, ks. Zenona Boneckiego, jest również Kasia Tomaszewska, świecka misjonarka prowadząca szkołę, przedszkole, świetlicę i internat dla dziewcząt, oraz nowo przybyły ks. Mateusz Gamza. Do początków tego roku był tu również ks. Marek Paszek, który na misje wyruszył przed laty już jako ponad 50-letni kapłan. – Przydałby się jeszcze kolejny kapłan i świeccy. Każde jedno dzieło tutaj to pełne zaangażowanie – mówi Zenek. Codziennie się modli, aby ktoś jeszcze dołączył do ich misyjnego zespołu, bo pracy jest wiele. Na razie życie na plebanii dopełniają wszechobecne koty, kury i jaszczurki.

Masansa położona jest z dala od głównej drogi, od której trzeba odbić w busz. Misja się rozwija, powstaje nowy kościół. Tutejsi ludzie to przede wszystkim rolnicy. Uprawiają kukurydzę, soję, jak ziemia jest dobrze nawodniona to i pszenicę. Chatki wciąż budowane są tu z gliny. – W Zambii, jeśli chcesz siedzieć w Lusace, to marnujesz czas. Trzeba po kraju jeździć, raz w jedną część, potem drugą, pobyć w buszu z ludźmi, na wsi. W takich miejscach można zobaczyć prawdziwą Afrykę. A Lusaka produkuje już cywilizacyjne problemy. Dzieci ulicy to problem miast. Na wsiach nie ma dzieci ulicy – mówi misjonarz. Objeżdżamy okoliczne wsie. W swojej misyjnej posłudze ksiądz Zenon często śpi w wiosce. Jak wyjeżdża do kaplic w czwartek, to wraca w kolejnym tygodniu. Odprawia msze, błogosławi małżeństwa, spowiada. – Księdzu to dadzą najlepsze łóżko albo materac. To pewne – śmieje się. – A robaki są? – pytam. – Robaków nie ma. A jak są, to się śpi na robakach. Pająki chodzą po czole. Myszki, szczury – podpuszcza żartobliwie. Ale na serio trzeba uważać. Bo są tu kobry, jest czarna mamba. Niebezpieczne to wszystko i nie ma dokąd uciec.

Tymczasem przejeżdżamy przez dolinki w korycie rzeki Mukushi. To większa rzeka wzdłuż parafii. Przez teren parafii przepływa też rzeka Lusemba i wiele mniejszych rzeczek. To nad nimi organizowane są obozy skautowe dzieci z parafii Masansa. Życie tu jest takie proste.
Rytm życia
Dojeżdżamy do Bombwe, co w lokalnym języku znaczy „żaba”. Tam są dwie wspólnoty. Na spotkaniach, kiedy przyjeżdża misjonarz, są omawiane różne sprawy. – Nie musisz być doskonały. Po prostu serce trzeba mieć do ludzi. Rozpoznają, czy chcesz być z nimi, dzielić ich troski, wysłuchać. Na spotkaniach mogą wypowiedzieć swoje „gorzkie żale”. Jedną z ważniejszych spraw jest kwestia edukacji dzieci. Młodsze czasem nie są wysyłane do szkoły, z różnych powodów. Rodzice często sami są analfabetami, a gdy przychodzi pora deszczowa – praca dzieci w polu jest dla nich ważniejsza niż wysłanie dzieci do szkoły. Ale jest szansa, że na misji dzieci nadrobią zaległości w edukacji. Tak jak Ivonne, która jest jedną z najlepszych uczennic w klasie. Bardzo zdolna i pracowita. – Dzieci są tu zdolne, tylko, że w domu nie mają warunków do nauki, mają je na terenie misji. Czasem nie wiedzą, jak się uczyć, ale my je przygotowujemy – mówi Kasia. Choć wyrabia tu już „pięć etatów” z dziećmi, marzy jeszcze, aby zorganizować kurs czytania dla dorosłych.

– Mamy tu taki naturalny rytm, wyznaczający życie – mówi ksiądz. – Żniwa to maj, czerwiec. Wtedy wszyscy zbierają plony. Kukurydzę lub soję. Drzewa też obradzają. W różnych okresach roku – różne drzewa. Mango to zazwyczaj grudzień, styczeń. A choć zbliżają się święta Bożego Narodzenia, to ludzie mają swój rytm świętowania. Świętują, gdy jest jedzenie. Wtedy się je. Wtedy się świętuje. Choć oczywiście Boże Narodzenie świętują też liturgicznie.
Żołądek kury wyróżnieniem
Życie na wsi uczy tradycyjnej Zambii. Na przykład takie maheu, płynna zawiesina o pozostawiającym do życzenia smaku, wyglądzie i zapachu. – Na początku nie potrafiłem tego zjeść, a teraz mam smaka na to – śmieje się Zenon. Jest też żołądek kury. Podaje się go tutaj jako wyraz szacunku. Czasem jest kura niedogotowana, stare, gumiaste mięso. Ale tym razem była dobra. Panie z Grupy Świętej Anny, największej w parafii, zaprosiły po mszy, przygotowały kurę. Poczęstowano nas w kościele, pod ołtarzem. Dostałam jedyną metalową miskę, misjonarzowi i katechistom przyszło jeść na pokrywkach. Kawałki mięsa przydzielono według tradycyjnych norm okazywania szacunku. Mi przypadł kurzy kuper, specjalna porcja dla gościa. Odwiedziliśmy też kobietę z poparzoną nogą. Gdy przygotowywała obiad, wylał się na nią olej. Jest liderką grupy modlitewnej w Masansie. Taka grupa to siła, więzi, odpowiedź na różne potrzeby lokalnej wspólnoty. A pani ma w sobie wiele ciepła, życzliwości, troski. I Kasię nazywa swoją „córką”.

Ludzie tu mają w sobie dużo wdzięczności, nie ma roszczeniowości. Zenek opowiada o starszej rodzinie, którą zawsze odwiedza. Emerytowany policjant z żoną. Już nie mają sił przychodzić do kościoła, a zawsze byli w nim obecni. Droga w jedną stronę zajmowała im trzy godziny. Szli te 12 km ze swojej farmy. Starszy pan – o lasce. Teraz już nie ma sił. Zenek odwiedza więc to małżeństwo.
>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<
Nasze dziecko
Kobiety często rodzą w domu, w przysiółkach, gdzieś na końcu zarośniętych dróg, dokąd można dotrzeć tylko pieszo. Gdy nie ma szpitalika, to rodzi się tradycyjnie, przychodzi kobieta z wioski, która jest akuszerką. Czasem są porody skomplikowane, czasem mama jest nosicielką wirusa HIV. Zachęca się wtedy, by poród był w szpitalu, bo jest szansa, że dziecko nie zarazi się od mamy, że nie będzie styku z krwią. A każde dziecko to „nasze dziecko”. Od siostry czy brata – to też „nasze dziecko”. – Tutaj w matrolinearnych społecznościach brat kobiety, która urodziła dziecko ma większe prawa do dziecka niż jego biologiczny ojciec. A jak umrze matka, to jej siostra wychowuje dziecko. Tradycyjnie bowiem dziecko należy do rodziny ze strony mamy – wyjaśnia misjonarz. Jest niestety wysoka umieralność niemowląt. – Jak tu przyjeżdżałem 15 lat temu, to na 1000 porodów umierało ok. 40 dzieci. Teraz ta liczba na szczęście się zmniejsza. Personel jest lepiej przeszkolony. Średnia życia wtedy to było 37 lat. Połowa społeczeństwa tu jest bardzo młoda – dodaje Zenek. Trudno też usłyszeć tu o sytuacji, aby kobieta nie karmiła piersią. Karmią nawet do drugiego roku życia – przecież to naturalny pokarm.

Cały czas się uczę. Bo prawdziwa Afryka wymaga czasu. Betlejem się dzieje na naszych oczach. Porody, czasem jak u Maryi, nawet w gorszych warunkach, migracje wewnętrzne, podział na biednych i bogatych, miasta i wioski. Trzeba tylko na tę rzeczywistość zerknąć z daleka. – Dla nas to zderzenie z inną mentalnością, zwyczajami, myśleniem – mówi ks. Zenon Bonecki. – Prowadzenie szkoły, praca z rodzicami, czasem to trudne, ale daje wiele radości. Ja kiedyś dużo siły traciłem na niepotrzebne rzeczy. Z czasem się nauczyłem, że trzeba polegać na Panu Bogu, a nie na sobie. A Afryka cię ustawi. I to ona nawróci ciebie. Tutaj widzimy żywy Kościół. A jak ktoś chce się angażować, to ma tu pole działania – dodaje misjonarz.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Świecka misjonarka: dla tej kobiety to był znak, że Bóg nie zapomniał o Mozambiku [ROZMOWA]
Nowa parafii w Zambii
Zambia. Miasto Nadziei [MISYJNE DROGI]






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny