Azja. Chociaż we śnie [MISYJNE DROGI]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nie jest łatwo być dobrym pasterzem. On chce się nami posługiwać, mimo naszych grzechów i zwątpień. Na naszych oczach wykluwa się Kościół na azjatyckiej ziemi.

Niedawno odszedł do Boga Jean Vanier. Od wielu lat był moim prywatnym, niekanonizowanym świętym. Spotkałem się z nim jeden raz w życiu, w Warszawie. Pocałowałem tego sługę ubogich w rękę. Dane mi było także odwiedzić jedną ze wspólnot „Arki”. Było to ponad 30 lat temu w okolicach Awinionu. Ludzie chorzy, niepełnosprawni też mają wiele talentów i są darem dla nas wszystkich, którzy uważamy się za zdrowych i pełnosprawnych. Do naszej misji przychodzą ludzie poranieni przez życie. Staramy się, aby drzwi kaplicy były dla nich otwarte. Nie jest łatwo być dla nich dobrym pasterzem. Mnie udało się to na pewno jeden raz w życiu. A było to we śnie. Śniło mi się, że wraz z kilkoma naszymi parafiankami wybrałem się pod Aszchabad w Turkmenistanie, aby zakupić większą liczbę owiec. W jurcie siedział stary Turkmen i podawał nam owce – jakie popadnie. Parafianki zaczęły protestować. Wtedy ja z całą determinacją powiedziałem im: „Bierzemy wszystkie, jak popadnie… chude, słabe, ślepe, chore, kulawe… Wszystkie!”.

>>> Oblaci ze Sri Lanki w rocznicę zamachów modlą się za ofiary [ZDJĘCIA]

foto Rafał Chilimoniuk OMI

Ona zawsze będzie z nami

Opowiem teraz o niektórych z nich z naszej katolickiej owczarni na pustyni Kara-Kum. Boże owce – nasi
parafianie – to najczęściej prości ludzie. Trafiają do nas po przebyciu długiej drogi ku życiodajnemu źródłu. Wiek XX był w tych okolicach czasem wrogości wobec wierzących, ale Miłosierny Bóg ich nawet wtedy nie opuścił. Ludzie opowiadają nam, że czasem śnił im się Jezus, innym razem Maryja, anioł, a czasem śnił im się człowiek w białym. Kiedyś jedna z wierzących wróciła z naszej kaplicy z płaczem. „Co się stało?” – zapytałem. „Ktoś nam ukradł Maryję” – słyszę w odpowiedzi. „Proszę nie płakać” – usiłuję uspokoić płaczącą. „Przewiesiliśmy tylko ikonę na inną ścianę. Maryi nikt nie ukradł… Ona zawsze będzie z nami”.

>>> WHO: Afryka wciąż może powstrzymać rozprzestrzenianie się Covid-19

Nasze owce

N.N. jest matką trzech chłopców. Dowiedziała się o Jezusie od swojej siostry. Od wielu lat zajeżdżamy do jej wio-ski odległej od stolicy o około 800 km dwa razy do roku. Przyjęła chrzest, potem ochrzciliśmy dzieci, a na końcu jej męża. Tka dywany. Po przyjęciu Jezusa lubi tkać Matkę Bożą. Jeden z ich chłopców patrząc na oblatów Niepokalanej mówi: „Chciałbym być taki jak wy”. Żyją wśród napięć, krytyki i ostracyzmu ze strony swej rodziny i najbliższych. We wsi mają teraz wielu przeciwko sobie. Przyjmują to jednak z pogodą ducha. Wiedzą Kogo wybrali i są gotowi płacić dużą cenę za przyjęcie wiary w Jezusa. N.N. jest żoną pastora. Przez około pięć lat rodzina odnosiła się do niej z dużym dystansem. Praktycznie zerwano z nią więzi rodzinne. Wytrzymała. Cieszy się, że dzięki Jezusowi poznała wielu nowych przyjaciół – w nowej, chrześcijańskiej rodzinie.N.N. jest młodym spawaczem. W jego płucach zbierała się woda. Odwiedziliśmy go w szpitalu oddalonym o 600 km od Aszchabadu. Modliliśmy się o jego uzdrowienie. Z wdzięczności wobec Jezusa wyrzeźbił krzyż do naszej kaplicy. To jedyna rzeźba w jego życiu.N.N. miała już troje dzieci. Kłopoty z mężem, żółtaczka, a tu kolejna ciąża. Straszono ją – co się stanie jeżeli nie usunie poczętego dziecka. Na misję przyjechała wtedy do nas młoda Słowaczka Hana ze swoimi przyjaciółmi. Marzyła o tym by posiąść w swoim życiu mały krzyżyk. Panie zaprzyjaźniły się ze sobą. Wtedy w uszach przestraszonej matki zabrzmiały inne słowa – „Jezus Ci pomoże. Zobaczysz, urodzisz zdrowe dziecko”. Tak się stało. Niedługo potem pojawiło się i piąte dziecko. N.N. mieszka koło granicy z Afganistanem. Przeżyła piekło z mężem alkoholikiem. Umarło im troje dzieci. Było i tak, że mieszkała w chlewie ze zwierzętami. Usłyszała o Jezusie od swego brata. Uwierzyła w Syna Bożego. Zaufała Mu. Poprosiła o chrzest. Modli się po kryjomu. Rzadko przybywa do Aszchabadu. Czasem zadzwonimy do niej. Wiara jest promieniem w jej ciemnościach. A i ciemności już nie takie ciemne teraz. N.N. jako mała dziewczynka lubiła zachodzić na mały cmentarzyk, gdzie nad grobami stały krzyże. Marzyła o tym, by posiadać kiedyś w życiu mały krzyżyk. Marzenie się zrealizowało, a ona od kilku lat towarzyszy nam podczas podróży ewan-gelizacyjnych w jej rodzinnym kraju. N.N. straciła wzrok. Prosiła, aby ją ochrzcić. Po chrzcie odzyskała wzrok. Wiara jest światłem! N.N. miała ponad osiemdziesiąt lat. Tęskniła za Bogiem aż do samej śmierci i doczekała się. Ojciec Diego zdążył ją wyspowiadać. Przyjęła pierwszą Komunię Świętą w swoim życiu piętnaście minut przed swoją śmiercią. N.N. był duchownym islamskim. Dziś jest protestanckim pastorem. Mówi: „Gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że i ja stanę się chrześcijaninem, nie uwierzyłbym w to”.

>>> Syria. Nieść pokój. Rozmowa Zofii Kędziory z Siostrą Brygidą Maniurką [MISYJNE DROGI]

foto Rafał Chilimoniuk OMI

Patrzę na naszą wspólnotę

Najpierw na dzieci. Pismo Święte mówi że, „są darem Boga”. Nie jest łatwo przyjąć ten dar. Dziecko oczekuje bezwarunkowej akceptacji od tych, do których przychodzi. A gdy im jej zabraknie? Gdy zamiast miłości spotka je obojętność lub niechęć? Jakże łatwo zranić dziecko! Któż je przeprosi za odepchnięcie? Patrzę na młodych. To dla nich czas, w którym ich ideały zderzają się z twardą rzeczywistością: trudno zdobyć wyższe wykształcenie, nie ma pracy… nie ma przyszłości… jak żyć? Patrzę na naszych neofitów. Radość z poznania Chrystusa przechodzi także trudną, życiową próbę: czasem cała rodzina albo wioska odwraca się od tego, kto przyjął chrzest… W
perspektywie jest też strach, że nikt z rodziny nie przyjdzie na pogrzeb tego, kto przeszedł na chrześcijaństwo…Te duchowe walki, jak w lustrze, odbijają się na twarzach tych, którzy do nas się przyłączyli… W jakiejś mierze to my bierzemy odpowiedzialność za to, co się dzieje teraz w ich życiu. Owszem, chciałoby się pomóc każdemu. Ale nikt z nas nie jest zbawicielem człowieka. Nawet Jezus nie uzdrowił wszystkich, nie dał chleba każdemu głodnemu, nie otarł łez ze wszystkich twarzy. Od 23 lat istnieje nasza misja na brzegu karakumskiej pustyni. Historię tych lat można streścić w trzech słowach: Bóg jest wielki! On chce się nami, pasterzami, posługiwać, mimo naszych grzechów i zwątpień. Jego plan realizuje się na naszych oczach: wykluwa się Kościół na ziemi Azji Centralnej, za Morzem Kaspijskim. Setki ludzi zawitały w progi naszej kaplicy przy nuncjaturze apostolskiej. Wiele rozmów i modlitw było przerywanych wdzięcznością za naszą obecność w Azji, a czasem i płaczem. Dramaty człowieczego losu są nieodłączną częścią życia.

>>> Pomysł oblatów: woda święcona i tekst błogosławieństwa na parapecie 

Andrzej Madej OMI

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze