fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Día de Muertos nie tak egzotyczne. Dzień Zaduszny, który jest podobny do naszego

Meksykański Dzień Zmarłych tylko z pozoru może wydawać się bardzo egzotyczny. Tak naprawdę duch tego dnia jest podobny do tego, jak świętujemy w Polsce 1 i 2 listopada.

Dzień zaduszny. Na cmentarzu pełno ludzi – jedni się modlą, jedni puszczają głośno muzykę, jedni piją piwo, inni jeszcze siedzą w ciszy i rozmawiają z bliskimi. Nad głową powiewają wycinane chorągiewki w różnych kolorach. Groby ozdobione są aksamitkami, zdjęciami bliskich zmarłych oraz jedzeniem i napojami. Niektórzy odwiedzają groby z umalowanymi twarzami – „na Catrinę”. Ta postać została stworzona przez meksykańskiego artystę José Guadalupe Posadę na początku XX w. Najpierw nosiła nazwę Calavera Garbancera i była społeczną satyrą na bogatych Meksykanów, którzy imitowali europejski zwyczaje i ubiór. Termin garbancera oznacza bowiem osobę o indiańskich korzeniach, która przestała sprzedawać typową dla regionu kukurydzę, a zaczęła handlować europejską ciecierzycą (garbanzo). Dopiero później ta postać została przekształcona w znaną dziś La Catrinę w dystyngowanym stroju, przede wszystkim za sprawą innego artysty, Diego Rivery, który przyczynił się do jej popularyzacji.  Dzisiaj to ważny symbol kultury meksykańskiej, zwłaszcza Día de Muertos.

fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Między pamięcią o zmarłych a zabawą

Meksykanie świętować uwielbiają, dlatego obchody Dnia Zmarłych trwają wiele dni i zaczynają się już pod koniec października. Wychodzą barwne korowody i procesje, ich uczestnicy przebrani za Las Catrinas i Los Catrinos, przemierzają ulice meksykańskich miast. Wiele ulic i placów miejskich ozdobionych jest aksamitkami (cempasúchil). Wierzono, że ich zapach miał prowadzić dusze zmarłych do świata żywych. Był ważnym elementem rytuałów pogrzebowych ludów przedhiszpańskich.

fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Centralny pozostaje jednak dzień wiernych zmarłych, czyli Zaduszki – 2 listopada. Stąd wzięła się nazwa – Dzień Zmarłych. Tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z meksykańską wersją katolickiego święta. Poza tą całą – niemal popkulturową – otoczką odbywa się bowiem ludowy i głęboko przeżywany przez Meksykanów Día de Muertos, gdy wspomina się bliskich, którzy już odeszli. Buduje się dla nich ołtarzyki, na których stawia się rzeczy, które zmarły lubił za życia. Odwiedza się też tłumnie – dokładnie tak jak w Polsce – cmentarze. Wieczorem niektóre z nich – podobnie jak u nas – rozświetlają się setkami świateł.

– W tym dniu wspominamy naszych zmarłych. Wierzy się, że w tym dniu oni przychodzą, by być z nami. Dlatego przynosimy ze sobą rzeczy, które oni jedni, pili lub lubili, gdy jeszcze żyli. Rozumiemy to w sposób metaforyczny – mówi Carlos, który wraz z rodziną przybył na główny cmentarz w centrum miasta Zapopan w stanie Jalisco. Ozdobili grób wycinanymi chorągiewkami, aksamitkami oraz innymi ozdobami.

Carlos z rodziną/fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Śpiewy nad grobem i chleb zmarłego

Bynajmniej na cmentarzu nie jest wówczas cicho. Jedni puszczają z głośników ulubione piosenki zmarłego, inni zapraszają grupę muzyczną, by te piosenki mu zagrała. Są to małe zespoły muzyczne, które tego dnia oferują swoje usługi na cmentarzach – od muzyki mariachi po bardziej swojskie rytmy w stylu banda.

fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Dużo ludzi też odmawia różaniec, modli się lub nawet głośno rozmawia z bliskimi zmarłymi. Inni przesiadują nad grobem – jedzą i piją, także alkohol. To również okazja do rodzinnego spotkania. Dawniej spotykali się w domu zmarłego, dziś nad jego grobem.

Ciekawą tradycją jest również wypiekanie ciasta znanego jako pan de muerto, czyli chleb zmarłego. Nazwa może brzmieć dziwacznie, ale zapewniam, że smakuje dużo lepiej. Przed cmentarzem spotykam Sarah, której rodzina od pokoleń wypieka to lekko słodkie ciasto, mające pomarańczowy posmak. Nie chce zdradzić receptury, ponieważ to sekret ich piekarni. Ale mogę spróbować chleba nadziewanego tradycyjną czekoladą. To najbardziej znana jego wersja, która na górze ma wybrzuszenia w kształcie skrzyżowanych kości.

Sarah sprzedaje pan de muerto/fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl

Ostatecznie wszystko to ma niemal identycznego ducha jak polskie Zaduszki. My też przychodzimy na cmentarze, by odwiedzać bliskich, którzy odeszli na cmentarze, organizujemy rodzinne spotkania, modlimy się. Meksykanie robią to po prostu w nieco bardziej bezpośredni sposób. Podtrzymują silną więź ze zmarłym. Łatwo Día de Muertos zbytnio egzotyzować, uważać, że dla Meksykanów śmierć jest jedynie okazją do zabawy, a przecież jest zupełnie inaczej. To czas zadumy, wspominania zmarłych, a czasem przy okazji też zabawy.

fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl
Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze