Dlaczego pomodlę się za misjonarza w Wielkim Poście 

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

26 lutego rozpoczęła się ogólnopolska akcja „Misjonarz na Post”. Wciąż jednak napotykam się na różnego rodzaju pytania, zarówno wierzących, jak i niewierzących. Być może poniższy test wytłumaczy moją motywację do uczestnictwa w tej akcji.  

Na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, z czego pięć miliardów nigdy nie słyszało Chrystusie. Po to są misjonarze. Ich zadaniem jest powiedzieć tym ludziom, że Bóg jest i że ich kocha. Tylko i aż tyle. Kościół katolicki w założeniu nigdy nie miał narzucania swojej religii, a jedynie mówienie, że Chrystus przyszedł na świat, by nas odkupić. To najważniejsza rzecz, jaką my, chrześcijanie, możemy zrobić: pokazać swoim życiem że Bóg kocha.  

Helena 

Jednym z wielu wydarzeń, które mną wstrząsnęły, była śmierć Heleny Kmieć. Z chwili na chwilę okazywało się, że rozmawiam z ludźmi, którzy mieli okazję ją poznać. Ja nigdy jej nie poznałam, co nie oznacza, że to wydarzenie mnie nie dotknęło. Mimo że w redakcji mam na co dzień kontakt, z różnymi misjonarzami, zaczęłam snuć głębszą refleksję, na temat sensu takiego sposobu ewangelizacji. Pomyślałam wtedy, że gdy ktoś postanawia całym sobą oddać się Chrystusowi, nie ma takiej siły, która by go przemogła i że śmierć Heleny była nam potrzebna, żeby się obudzić. Nie w tym sensie, by myśleć o wielu niebezpieczeństwach, które czyhają na nas na każdym kroku, ale żeby w końcu dostrzec, że śmierć przynosi świętość. Że jest najpiękniejszym sposobem na to, by zostać zbawionym. Może przez tę „misję Heleny” ktoś się już nawrócił.   

Milczenie 

Drugą rzeczą, która zmusiła mnie do głębszej refleksji, był film pt. „Milczenie”. Z pewnością napisano o nim już wiele, jednak wciąż dostrzegam jakieś jego głębsze sensy (książka Shūsaku Endō jeszcze przede mną). Każdy człowiek ma chwile kryzysu. Misjonarze, którzy 24 godziny na dobę są obiektem obserwacji ludzi, do których przybyli, nie mogą sobie pozwolić na chwile słabości. Ale tak się zdarza, są tylko ludźmi. W filmie moim ulubionym wątkiem była ciągła spowiedź Kichijiro. Gdy dochodzi do spotkania z ojcem Sebastião Rodriguesem w więzieniu, a Kichijiro znów o nią prosi (popełniając chwilę wcześniej ciężki grzech) – Ojciec Rodrigues ma pewną wątpliwość, która jest po części efektem jego kryzysu: znowu mam go spowiadać? Tę scenę obserwują chrześcijanie ulokowani w tej samej celi. Chwila kryzysu. Moment, w którym niejeden misjonarz zadaje sobie pytanie o sens swojej posługi. Jak się później okazało, trudna relacja Kichijiro i ojca Sebastião miała zbawienne skutki (nie zdradzam, jakie).  

Owoce 

Te dwie rzeczy na nowo zmusiły do mnie przemyśleń na temat sensu Wielkiego Postu. Czy tym razem uda mi się wytrwać? Mam za sobą tyle wielkopostnych porażek. A jednak Chrystus daje nam kolejną szansę na nawrócenie. I to z myślą o innych. Modląc się za misjonarzy, sami doświadczamy owoców tej modlitwy. List św. Jakuba mówi jasno: módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego (Jk 5,16). 

Dlatego wierzę, że tym razem może się udać. I że misjonarz, za którego będę się modlić, także otrzyma od Boga łaskę, by dalej trwać w głoszeniu Chrystusa. Od nich przecież zależy tak wiele.  

Ode mnie również.  

Dlaczego pomodlę się za misjonarza w Wielkim Poście 
4.5 (75%) 4 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze