Peru: dzieci są misjonarzami

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Peru to nasza druga ojczyzna. Z radością obserwujemy, jak nasze dzieci na misjach stają się wrażliwe na człowieka i Boga. Jesteśmy z tego dumni.

Czytamy i rozważamy wspólnie słowa papieża Franciszka zawarte w jego pierwszej adhortacji na temat radości, jaką niesie z sobą głoszenie Ewangelii. Pod wieczór, kiedy nasze dzieci już śpią, możemy spokojnie odpocząć. Możemy też pozwolić sobie na zmęczenie, smutek czy niepewność. Jest jednak w nas także miejsce na radość, która wypływa z możliwości dzielenia się Dobrą Nowiną. Radość szczególną i głęboką, która nas umacnia pośród trudów, bólów i walk, jakie niesie z sobą misja.

Na pomoc kombonianom

Sześć lat temu zostaliśmy wysłani do Arequipa w południowej części Peru, by wspomóc misje kombonianów. Nasz syn Ángel miał wtedy półtora roku, Carmen urodziła się już tutaj pięć lat temu. Od dwóch lat mieszkamy w sektorze Villa Ecologica, który liczy 5000 mieszkańców. Dostęp do oświaty i opieki zdrowotnej jest tutaj bardzo ograniczony. Rodziny są słabe, jest w nich jednak także wielka nadzieja na zmiany. W walce naszych braci o godną przyszłość widzimy umęczone oblicze Chrystusa. Bóg w naszym wędrowaniu zaprowadził nas aż do Villa Ecologica.

Zakochani

Ja i Isabel wzrastaliśmy w środkowej Hiszpanii. Nasze rodziny wpoiły nam wartości chrześcijańskie: przyjmować tych, którzy przybywają z daleka, okazywać wdzięczność Bogu za to, co nam daje w życiu i sprzeciwiać się niesprawiedliwości społecznej. Żyliśmy wśród wygód i dostatku, którym cieszyli się nasi rodzice.

Isabel przyjechała do mojego miasta, by studiować na uniwersytecie. Poznaliśmy się wtedy w jednej parafii. Byliśmy poszukujący, zamyśleni, z pragnieniem, by poznać bliżej świat i Boga. Stopniowo zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dostatek, w którym żyliśmy, dotyczy tylko jednej części świata. Odkrywaliśmy inny świat, bardziej realny od naszego, gdzie miliony naszych braci cierpią niedostatek. Pan Bóg sprawił, że zakochaliśmy się w sobie, później także razem odkryliśmy powołanie misyjne. Przez dziesięć lat kultywowaliśmy to powołanie, służąc wspólnocie parafialnej, a w 2004 r., już jako małżeństwo, staliśmy się członkami Świeckich Misjonarzy Kombonianów (LMC).

Małżeństwo i misje

Powołanie do małżeństwa i powołanie misyjne umacniały się wzajemnie. Żadne z nich nie osłabło, nawet w czasach zmniejszonej gorliwości. Przed poznaniem kombonianów nie znaliśmy rodzin, które wyjechały na misje, dlatego trudno nam było wyobrazić sobie jak można połączyć te dwa powołania. Zanim trafiliśmy na wspólnotę, w której znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, przeszliśmy przez różne stowarzyszenia. Kombonianie od razu zdobyli nasze zaufanie. Przede wszystkim dlatego, że byli to normalni ludzie, rodziny i osoby samotne, którzy mieli swoje kryzysy i wątpliwości, ale nie ustawali w drodze. Odpowiedzialni za swoje rodziny i dzieci, odpowiedzieli także na powołanie misyjne.

W szkole zaufania

Pierwszym świeckim kombonianinem, którego poznaliśmy, był Raul. On doradził nam, byśmy starali się żyć tak, by nie przeciwstawiać sobie tych dwóch powołań. Wahaliśmy się, czy najpierw zdecydować się na dzieci, czy też wyjechać wspólnie na misje do Peru. W końcu zaufaliśmy Bogu i pozwoliliśmy, by życie toczyło się własnym rytmem. Po dwóch ciążach, które zakończyły się poronieniem, sześć miesięcy przez rozpoczęciem ostatniego etapu przygotowawczego do wyjazdu na misje, narodził się nasz mały Ángel. Weszliśmy na drogę ufności, otwierając się na nieznane. To było coś nowego: do tej pory mieliśmy tendencję do kontrolowania czasu i warunków, w jakich będą się wychowywać nasze dzieci. Każdego dnia uczyliśmy się, co to znaczy być rodzicem i misjonarzem.

Po trzech miesiącach od przyjazdu do Arequipy Isabel zaszła w ciążę i podwoiły się nasze obawy. Pobyt w Peru planowaliśmy do osiągnięcia wieku szkolnego przez naszego Ángela: chcieliśmy, by uczył się w Hiszpanii. W tym wszystkim mieliśmy okazję umocnić się w zaufaniu do Boga, który zawsze jest wierny i większy od naszych planów, i podtrzymuje nas tam, gdzie nasze siły zawodzą. Czas ciąży przeżywaliśmy jako czas łaski, któremu towarzyszyło otwieranie się na nową kulturę, przyjmowaliśmy też wszystko, co nam proponowali nasi sąsiedzi.

Dzieci misjonarzami

Po ukończeniu przedszkola zmieniliśmy plany, odnawiając nasze zobowiązanie misyjne i przedłużając tym samym nasz pobyt tutaj. Zapisaliśmy Ángela do szkoły. To stało się dla nas okazją do poznania zwyczajów i wrażliwość ludzi, do których zostaliśmy posłani.

Nasze dzieci pomagają nam skoncentrować się na tutejszej rzeczywistości. Wszędzie jesteśmy misjonarzami: w szkołach, w autobusie, na targu. My przyjechaliśmy tu niedawno, ale nasze dzieci są już Peruwiańczykami: wszystko czym są i czym żyją, jest związane z tym miejscem.

To one zakorzeniają nas coraz bardziej pośród miejscowych ludzi, co dla misjonarza ma ogromne znaczenie. Wiedzą, że naszą pracą jest dzielenia życia z tymi, którzy są różni od nas („mają brązową skórę”), pomóc im na miarę naszych możliwości i zarazem przyjąć pomoc, którą nam ofiarują. Tak jest teraz, kiedy Gonzalo od dwóch miesięcy nie wstaje z łóżka z powodu pęknięcia kręgu. Poprzez swoje modlitwy i uwagi, z charakterystyczną dla siebie niewinnością, dzielą się z nami tym, co najbardziej zwraca ich uwagę: kiedy zbieramy pijaka z ulicy, kiedy otrzymujemy wieści od innego misjonarza z regionu, w którym panuje wojna. W Hiszpanii często gratulują nam, że w tym tak ważnym czasie stwarzamy naszym dzieciom ludzkie i bardziej naturalne warunki rozwoju.

Wrażliwsze serce

Nasze powołanie do bycia rodzicami powoduje, że jesteśmy szczególnie wrażliwi na sytuację innych dzieci. Ich sytuacja jest najtrudniejsza w tym konfliktowym środowisku. W wielu przypadkach ojciec rodziny jest postacią nieobecną, alkoholizm jest zjawiskiem wszechobecnym, ojcowie i matki pracują też nieskończoną ilość godzin, by zapewnić byt swej rodzinie. Dzieci te wzrastają często bez opieki, czułości i nikt ich nie zachęca do nauki. Z jednej strony cierpimy, widząc trudność rodzin, by zapewnić dzieciom odpowiednią edukację czy dostęp do opieki medycznej; z drugiej jesteśmy świadkami tego, jak te małe aniołki cieszą się z każdego drobiazgu z takim trudem dla nich zdobytego. Bóg pozwala nam uczestniczyć w ich rozwoju i towarzyszyć im. Odczuwamy wielką radość, organizując warsztaty tańca i czytania, dając im szanse i możliwości, do których mają prawo.

Na co dzień troszczymy się o edukację i rozwój naszych dzieci, starając się nie zaniedbywać naszego życia małżeńskiego i mieć świadomość, że jesteśmy światłem dla rodzin, wśród których żyjemy. Światłem nieskończonej i miłosiernej miłości Ojca, który przebacza, oczekuje i podnosi na duchu wszystkich, którzy zostali odrzuceni przez rządzących tego świata.

Jeśli Pan Bóg pozwoli, to za rok wrócimy do Hiszpanii. Będzie to dla nas nowy czas, który jest wezwaniem do życia misyjnego, do którego zaprasza nas dokument episkopatu Ameryki Łacińskiej z Aparecidy. Jest to wyzwanie do dzielenia się w zachodniej kulturze tą tajemnicą mądrości Boga, którą objawia On nam przez prostaczków (Evangelii gaudium, 198).

Fot. Gonzalo Violero

Peru: dzieci są misjonarzami
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze