Kamerun: niezwykłe misjonarki

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Siostry są konieczne na misjach. Bez ich modlitwy i przeróżnych działań, czasem zaskakujących, Kościół nie otoczyłby taką opieką osób potrzebujących: dzieci, młodych kobiet, osób bezdomnych i ubogich.

Życie zakonne było obecne w Kościele prawie od początku. W IV w. w Egipcie św. Antoni Pustelnik (+356) prowadził na pustyni samotne życie pełne pokuty i umartwienia. Wielu mężczyzn i wiele kobiet, którzy chcieli go naśladować, stało się pustelnikami.

Św. Pachomiusz (+347) wprowadził wspólnotową formę życia w klasztorach znaną do dziś. Do rozwoju życia zakonnego na Zachodzie (IV w.) przyczynił się osobisty przykład i pisma św. Augustyna (+430) w północnej Afryce. Jednak później ojcem zakonów Zachodu stał się św. Benedykt (+547), który spisał własną regułę. Również jego siostra, św. Scholastyka, prowadziła życie zakonne.

W XII w. w zachodniej Europie powstała nowa forma życia zakonnego: zakony żebracze. Łączą one troskę o ścisłe zachowanie ubóstwa z życiem modlitwy, apostolskim głoszeniem słowa Bożego i sprawowaniem sakramentów oraz braterską wspólnotą. Dali im początek św. Franciszek (+1226), Włoch i św. Dominik (+1221), Hiszpan. Również w tej epoce nie brakło wielkich inicjatorek żeńskiego życia zakonnego, takich jak św. Klara (+1253).

Kolejne ożywienie życia zakonnego nastąpiło w XVI w., w czasach Soboru Trydenckiego. W obliczu nowych potrzeb epoki nowożytnej powstały nowe zakony, takie jak jezuici, założeni przez Hiszpana, św. Ignacego Loyolę (+1556) do pełnienia zadań apostolskich w szczególnym posłuszeństwie papieżowi, czy urszulanki, założone przez Włoszkę, św. Anielę Merici (+1540), których celem było wychowanie dziewcząt. Podejmowano też odnowę dawniej powstałych zakonów: na przykład św. Teresa z Avila (+1582) zreformowała w Hiszpanii zakony karmelitów i karmelitanek.

Zgromadzenia misyjne

W ostatnich stuleciach powstały bardzo liczne męskie i żeńskie wspólnoty zakonne. Są to przede wszystkim zgromadzenia zakonne prowadzące różnorodne formy działalności apostolskiej: duszpasterstwo, misje, nauczanie, posługę chorym i wiele innych. Prawie wszystkie one są obecne na misjach. Najmniej na misjach jest przedstawicieli zakonów kontemplacyjnych, klauzurowych, najwięcej zaś zakonów apostolskich i kontemplacyjno-apostolskich (habitowych i bezhabitowych). To ich członkowie i członkinie pracują przede wszystkim wśród dzieci, młodych kobiet, wydobywając ich nieraz z wysypisk śmieci, ulic, rynsztoków czy slumsów. Siostry zajmują się także szkolnictwem, opieką zdrowotną czy katechezą. Wspomagają księży w przewodzeniu liturgii słowa (sprawowanej zamiast Mszy św., gdy brak księdza), pogrzebów, chrztów św. czy w rozdzielaniu Komunii św. Bez ich wrażliwości Kościół nie dotarłby do tak wielu ludzi. Trzy zasadnicze obszary ewangelizacji przez siostry to głoszenie Słowa Bożego (liturgia, katecheza, sakramenty), oświata (szkoły, domy dziecka, internaty) oraz pomoc w cierpieniu (szpitale, przytułki).

Głoszą Jezusa

Siostra Lidia, dominikanka, pisała w liście z Bertoua w Kamerunie: „Nie zdołamy sprostać potrzebom tutejszych ludzi, a jest ich wiele: katecheza w szkołach średnich, przygotowanie dzieci i młodzieży do sakramentów chrztu i Komunii świętej oraz bierzmowania, animacja różnych grup katolickich na poszczególnych misjach. Są grupy dziecięce, młodzieżowe i dorosłych. Wszyscy chcą mieć za opiekuna siostrę zakonną. Nasza misja mieści się w dzielnicy dużego miasta Bertoua i należy do niej jeszcze 20 wiosek w promieniu 160 km. A do parafii Garoua Boulaï należą 22 wspólnoty w promieniu 100 km. Dojazdy do wiosek są często bardzo trudne, bo drogi są złe, a w porze deszczowej często nieprzejezdne, wyboiste, dziurawe i do tego bardzo śliskie.

W naszej misji, a zwłaszcza w wioskach, ludzie bardzo czekają na nasze przyjazdy i ciągle nam wyrzucają, że za rzadko ich odwiedzamy. Staramy się być „na nogach” na ile sił nam wystarcza.

Misjonarka w Kamerunie, fot. s. Tadeusza Frąckiewicz

Misjonarka w Kamerunie

Taka praca cieszy, mimo że owoce na razie prawie żadne. Stan duchowy mieszkańców wiosek jest opłakany. Robimy, co możemy, ale rąk i ust do pracy brakuje…”

Regularna katecheza w liceum to inny wymiar głoszenia Jezusa. Siostra Piotra wspomina: „Moi uczniowie w Ngaoundéré (dużo muzułmanów, protestantów, członków sekt) nie mają solidnej wiedzy na temat żadnej religii. Nie jest też łatwo fizycznie znosić tutejsze warunki szkolne. Klasy nie mają drzwi i okien. Zaraz za ścianą inna krzycząca klasa, na dworze wieczny upał. Przeludnione pomieszczenie, gdzie po kilku minutach zupełnie nie ma czym oddychać, a na dodatek lekcja trwa 55 minut. Następnie, bez żadnej przerwy, biegnie się do następnej klasy, która tak samo wygląda, z tym, że ci następni są już mocniej zmęczeni i czasem potrafią wypróbowywać moją cierpliwość”.

Uczą i wychowują

Historia misji pokazuje, że zawsze, gdy tylko powstawały zaczątki Kościoła, natychmiast zajmowano się dziećmi. Na terenie parafii Garoua Boulaï (Kamerun) znajduje się około trzydziestu osad i wiosek. W 12 z nich nie ma żadnej szkoły, w 13 są tylko małe szkółki z dwiema klasami, w czterech są przedszkola i tylko w pięciu szkoła podstawowa z całym programem nauczania. Tam, gdzie nie było żadnej szkoły, dominikanki założyły szkółkę rodzicielską. Naukę rozpoczynano w takich budynkach czy pomieszczeniach, które się do tego nadawały. W wielu wioskach dzieci uczyły się w kaplicach, gdzie nie można było za ołtarzem zamontować tablicy szkolnej. Szukając wyjścia z tej sytuacji, siostra pukała do różnych drzwi, prosząc o pomoc.

Założenie katolickiej szkoły podstawowej w Garoua Boulaï było jednym z pierwszych zadań przydzielonych siostrom dominikankom po przybyciu do Kamerunu. Zaczynając od małej szkółki z dwiema klasami, siostry swoją zapobiegliwością i pracą doprowadziły do tego, że teraz składa się ona z sześciu budynków z 12 klasami, w których uczy się prawie 800 uczniów. Siostra Nikola mówi: „Jakże wiele się zmieniło od czasu mojego przyjazdu do Kamerunu. Wprowadzana na siłę cywilizacja i technika atakuje ludzi bardzo szybko i okrutnie. Najnowocześniejsza maszyna rolnicza na tym terenie to ciągle motyka i maczeta, ale już tam-tamy coraz częściej zastępowane są telefonami komórkowymi. A my żyjemy naszym rytmem, moje plany na najbliższy okres to ukończenie ogrodzenia szkoły, bo krowy, barany i kozy bardzo nam przeszkadzają. Trwalsze ogrodzenie pozwoli nam wejść tu z ogrodową cywilizacją, z czego bardzo się cieszę. Zawsze marzyłam o szkole w sadzie, czyli o szkolnym raju” – wspomina.

Troska o każdego

Nieść oświatę to nie tylko zakładać szkoły czy je prowadzić – to także troszczyć się o pojedynczych młodych ludzi, aby poszli do szkoły, czasem dając im możliwość zamieszkania w internacie czy przygarniając do domu dziecka. Cały wschodni region Kamerunu jest bardzo ubogi. Ale nie można zatrzymać się tylko na zdobywaniu pokarmu i odzienia dla tych ludzi, bo tego zwyczajnie nie jesteśmy w stanie zrobić. Trzeba spojrzeć na ich inne, głębsze potrzeby, takie, które by pomogły im samym wyjść z biedy. Jednym ze sposobów jest pomoc w opłacaniu szkół dla dzieci i młodzieży.

Leczą chorych

Tę sferę pomocy ludności siostry bardzo często rozpoczynają od prowadzenia apteczki. Tak właśnie rozpoczynały dominikanki w Garoua Boulaï. Od grudnia 1996 r. tę przychodnię prowadzi s. Józefina, lekarka. Nie tylko tutejsi mieszkańcy liczyli czy dalej liczą na s. Józefinę. Misjonarze też. Każda ich wizyta w Garoua Boulaï kończy się mniej lub bardziej poważnymi badaniami lekarskimi. „W grudniu, kiedy drogi będą już przejezdne, planuję wyjazd do stolicy, aby kupić aparat do badań biochemicznych krwi. Jest bardzo potrzebny. W tej części kraju nie ma nic, żadnego wyposażenia poza szkiełkiem i okiem do diagnozy chorych. Naszym powołaniem jest podnoszenie oświaty i poprawa sytuacji zdrowotnej ludności, a nie cofanie się i przystosowywanie do epoki kamienia łupanego” – pisała w pamiętniku siostra.

Kolejnym marzeniem s. Józefiny była porodówka.

Ministerstwo Zdrowia w Kamerunie podaje, że 4,9% populacji jest w stanie błogosławionym. Prawie wszystkie dzieci rodzą się w domach w okropnych warunkach, stąd duży procent umieralności i dzieci, i kobiet.

Dzięki włoskiej organizacji środki na budowę się znalazły i od 2007 r. s. Józefina dogląda nie tylko przychodni, ale i porodówki. Druga przychodnia prowadzona przez siostry powstała w Bertoua, gdzie przyjmować chorych zaczęła s. Klara, pielęgniarka. Oprócz pracy w przychodni w centrum, s. Klara dociera do kilku wiosek. Najwięcej osób choruje na AIDS, malarię, dur brzuszny, robaczyce przewodu pokarmowego oraz niedożywienie.

Od stycznia 2002 r. jest między nami i prawdziwa siostra dentystka, s. Michaela. Brak dentystów w najbliższej okolicy dawał się odczuwać bardzo mocno tak ludziom, jak i misjonarzom. Kolejki do gabinetu dentystycznego s. Michaeli wydłużyły się jeszcze bardziej, gdy po przeszkoleniu w Polsce i przywiezieniu odpowiednich materiałów rozpoczęła pracę protetyczną. Najpierw stosowała protezy akrylowe, bo są najtańsze i do ich wykonania nie potrzeba zaawansowanego sprzętu.

Fot. s. Tadeusza Frąckiewicz OP

Kamerun: niezwykłe misjonarki
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze