Tragiczny bilans niedzielnego zamachu bombowego to 29 osób zabitych i około 90 rannych. Do eksplozji doszło w koptyjskim kościele w mieście Tanta w północnym Egipcie, w delcie Nilu w Niedzielę Palmową, która rozpoczęła Wielki Tydzień. Na razie nikt nie przyznał się do zamachu (foto. PAP/EPA/MOHAMED HOSSAM).

Jak prześladowania wzmacniają Kościół?

11 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wszystko zaczęło się chyba od słów Tertuliana, który powiedział o prześladowaniach Kościoła w II i III wieku, że „krew męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan”. Teolog zaobserwował, że mężna postawa chrześcijan poddawanych okrutnym represjom przynosi odwrotny skutek – zwolenników Chrystusa przybywa, także spośród prześladowców, zamiast ubywać, jako efekt lęku przed cierpieniem. Potwierdzając w ten sposób tezę o pozytywnym skutku prześladowań na kondycję Kościoła.

Oczywiście gdyby się dokładniej przyjrzeć samemu zjawisku reakcji chrześcijan na prześladowania, nie zawsze był on taki, jak opisał to Henryk Sienkiewicz w „Quo vadis”, na zawsze utrwalając obraz heroizmu wczesnych uczniów Chrystusa. Tym niemniej trudno o przykłady skutecznego wyrugowania chrześcijan z jakiegoś większego terenu, jedynie w oparciu o represje i przemoc. Dlaczego prześladowania wzmacniają Kościół Chrystusa? Oczywiście nie chodzi o same prześladowania. One są jedynie katalizatorem pewnych procesów, które w rezultacie sprawiają, że
Kościół krzepnie. Prześladowanie przewartościowuje ludzkie powody przynależenia nie tylko do Kościoła, ale przede wszystkim do Chrystusa.

Prześladowania oczyszczają Kościół z konformistów, wygodnych i nieszczerych uczniów

Problemem Kościoła od samego zarania jego istnienia było przyłączanie się doń ludzi z powodów innych niż duchowa potrzeba nawrócenia i poddania się Bogu. Dobitnym tego przykładem z samego Nowego Testamentu jest Szymon Mag (Dz 8:9-24), którego pociągały cuda czynione przez apostołów. Innych pociągała atmosfera miłości i braterstwa panująca wśród chrześcijan – chcieli tego doświadczyć. Niektórzy przyłączali się z wyrachowania, że dostąpią w Kościele pomocy i wsparcia, także materialnego. Byli i tacy, których pociągała pewna tajemniczość i atmosfera misterium panująca w kościelnych obrzędach, między innymi chrztu i Wieczerzy Pańskiej. Nigdy nie brakowało jednak i takich, którzy intencje mieli dobre, ale brakowało im determinacji w odrzuceniu tego, co wiązało się ze starym życiem. Jak w przypowieści Jezusa o czworakiej roli.

„Podobnie, zasianymi na gruncie skalistym są ci, którzy, skoro usłyszą słowo, zaraz je przyjmują z radością, ale nie mają w sobie korzenia, lecz są niestali i gdy przychodzi ucisk lub prześladowanie dla słowa, wnet się gorszą. A innymi, zasianymi między ciernie, są ci, którzy usłyszeli słowo, ale troski tego wieku i ułuda bogactw i pożądanie innych rzeczy owładają nimi i zaduszają słowo, tak iż plonu nie wydaje” (Mk 4:16-19).

Te słowa aż do skończenia świata oddają prawdę o Kościele. Składa się on także i z takich, którzy, czy to ze złej woli, czy pewnie nawet częściej z powodu zwyczajnie słabego charakteru nie doświadczyli pełnego nawrócenia – a co za tym idzie – nowego narodzenia. I przez to są dla tegoż Kościoła nierzadko ciężarem i utrapieniem. Przez swoją zachowaną cielesność wywołując swary, podziały i napięcia; szukając tego, co swoje, a nie tego, co Boże; wymagając od innych ciągłej troski o siebie, samemu nic innym w zamian nie dając. I kiedy przychodzi prześladowanie, jak wskazuje na to sam Jezus w słowach przytoczonych wyżej: „zaraz się załamują” (Biblia Poznańska), ponieważ „są niestali”. Choć czasem bywa też tak, że w godzinie próby, ci słabi dojrzewają nagle i przechodzą ją zwycięsko, częściej jednak właśnie odpadają. Najlepszą weryfikacją naszych intencji względem Boga nie jest sytuacja, kiedy błogosławieństwo spada na nas raz za razem, ale przeciwnie – kiedy modlitwy pozostają niewysłuchane, a rozwiązanie problemów nie przychodzi, przeciwnie życie wali nam się w gruzy. Co nie oznacza jednak, że Bóg nas porzucił, pozostawił na pastwę losu, ale jedynie to, że poddał nas próbie.

fot. Open Doors

Kiedy więc przychodzi realne prześladowanie, następuje naturalna weryfikacja postaw: czy warto trzymać z chrześcijanami, kiedy oznacza to problemy z pracą (zjawisko nader częste w wielu krajach) – to stopień najniższy owego doświadczenia. Przychodzi więc drugi: czy warto trzymać z Bogiem, kiedy pójście na nabożeństwo czy spotkanie z innymi chrześcijanami może zakończyć się pobiciem czy aresztowaniem – i to jest doświadczeniem doskonale znanym wielu wierzącym ludziom w różnych częściach świata. Takich stopni próby może być więcej, jednak najwyższym jest zawsze cena życia – swojego i najbliższych. Tu zadziwiające się dwie rzeczy – załamać się mogą ci, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, ale też wytrwać mogą tacy, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Na przykład ludzie z Kościołów, które niektórzy z nas bez wahania uznaliby za martwe duchowo. Historia dostarcza nam również przykładów, kiedy na kompromis z prześladowcami szli duchowi przywódcy, a wierności Bogu dochowywali bezimienni „maluczcy”.

Tak więc z prześladowań Kościół wychodzi najpierw mniejszy, bo odpadli ci, którzy „są niestali”, oni jednak Kościół w istocie tylko osłabiali – choć jednocześnie zwiększali jego liczebność. Ale jeśli świadectwo wiary wysokiej próby wydali męczennicy, w ślady tych pierwszych rychło pójdą ci, którzy wyrośli na krwi „świadków” (tak w starożytności nazywano tych, którzy oddali życie za wiarę w Chrystusa, łac. martyrs).

Prześladowania każą oszacować koszt uczniostwa

Sytuacja ucisku każe spojrzeć na sprawę naśladowania Chrystusa od właściwej strony. To znaczy od strony Krzyża. Zgodnie ze słowami Jego samego:

„Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je” (Mt 16:24-25).

Chrześcijanie żyjący w krajach stałego prześladowania Kościoła wiedzą dobrze, że właśnie to jest istotą bycia uczniem Chrystusa. A jeśli nawet nie wiedzieli, szybko się dowiedzą. Za to chrześcijanie z krajów wolności religijnej patrzą na to samo bardzo różnie. Dla wielu z nich przynależność do Kościoła jest doświadczeniem kulturowym, pójście na nabożeństwo jest w pierwszym rzędzie okazją do spotkania przyjaciół, a modlitwa – prośbą o możliwie bezproblemowe życie w dostatku. Tymczasem w pójściu za Chrystusem, według Ewangelii chodzi o coś innego, jak podaje Łukasz cytując te same słowa o niesieniu Krzyża i zaraz potem dodając:

„Któż bowiem z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie najpierw i nie obliczy kosztów, czy ma na wykończenie? Aby gdy już położy fundament, a nie może dokończyć, wszyscy, którzy by to widzieli, nie zaczęli naśmiewać się z niego, mówiąc: ten człowiek zaczął budować, a nie mógł dokończyć (…) Tak więc każdy z was, który się nie wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim” (Łk 14:8-29.33).

Jezus mówi o oszacowaniu kosztów „przed”. O tym, by dobrze się zastanowić, czy ktoś chce zapłacić pełną cenę. W jej skład wchodzi też „wyrzeczenie się wszystkiego” – przy czym nie dotyczy to ani jedynie, ani nawet głównie sfery materialnej naszego życia, ale każdej w ogóle, gdzie to, co materialne wcale nie znajduje się na pierwszym planie. To jest właśnie ten „koszt”. Jak wyznaje apostoł Paweł:

„Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim…” (Flp 3:7-9).

Prześladowania sprawiają, że bycie chrześcijaninem z powodów innych niż prawdziwe (czyli te wymieniane w Nowym Testamencie), zwyczajnie się nie opłaca. Bo po co narażać życie za coś, co można – nie płacąc tej wysokiej ceny – otrzymać gdzie indziej? Jeśli jednak chodzi nam o to, co jest istotą Ewangelii – nowe życie, które otrzymujemy z Krzyża – nigdzie indziej tego nie otrzymany. Ewangelia prześladowanego Kościoła jest więc chrystocentryczna – bo tylko moc Chrystusa, moc nowego życia, może uzdolnić do cierpienia i jest też ta Dobra Nowina skupiona na dziele Krzyża, bowiem to ono pociąga do naśladowania, a nie „niezrównana mądrość Nauczyciela z Nazaretu”, idącego w jednym szeregu z innymi „mędrcami” tego świata.
Tak więc Kościół, który oszacował koszt uczniostwa i jest gotowy go zapłacić, jest tym właśnie, którego „bramy piekielne nie przemogą”(Mt 16:18). Każdy inny Kościół, może bogatszy, może posiadający więcej splendoru i ludzkiej mądrości, nawet do tych bram nie podejdzie. Bo też inaczej rozumie swoją rolę. Związane jest z nią zadawanie sobie odwróconego pytania: czy aby jego własne bramy wytrzymają napór piekła?

…i uczą niesienia krzyża

Z tym wiąże się kwestia następna, poruszona już wcześniej: prześladowania przypominają, że rolą uczniów Chrystusa, jest naśladowanie Go także w tym, co było najtrudniejszym Jego dziełem – w niesieniu Krzyża. Rozumianym oczywiście nie jako powtórzenie dzieła zbawienia (bo to się już dokonało w sposób pełny i doskonały), ale jako kontynuowanie misji Chrystusa polegającej na przekazywaniu dalej Dobrej Nowiny. Ze wszystkimi trudnymi tego konsekwencjami. Pierwszy Kościół był Kościołem misyjnym i to takim, który nie baczył na koszty głoszenia prawdy o Chrystusie. A te trzeba było płacić wielokrotnie: począwszy od prześladowań w Jerozolimie czasów apostolskich, poprzez prześladowania rzymskich cesarzy, potem innych władców w kolejnych wiekach i na coraz to nowych kontynentach, aż po współczesne – mające miejsce w kilkudziesięciu krajach całego świata. Jak to ktoś celnie zauważył: „Crossless Gospel is useless” (Ewangelia bez Krzyża jest bezwartościowa). Prześladowani znają (albo poznają) wartość dzieła Krzyża w swoim własnym życiu, dlatego też gotowi są płacić wysoką cenę męczeństwa za przywilej bycia częścią nieśmiertelnego Kościoła Chrystusa. Nawet jeśli nazywają to w sposób znacznie mniej wzniosły.

Tak więc Kościół, który wie co oznacza niesienie Krzyża, jest tym, który „nie szuka swego”, nie buduje własnego królestwa splendoru i komfortu, ale idzie śladami swego Mistrza wykonując zleconą sobie misję z czego wynika rozszerzanie Królestwa Bożego. Nie bez powodu Kościół najszybciej się dziś rozwijający to ten, który żyje w miejscach, gdzie niełatwo jest być chrześcijaninem. W innych sytuacjach Kościół nie tyle rozwija się, ile często puchnie (co wygląda jak powiększanie się), a to szukając analogii w ludzkim ciele nie jest wcale oznaką zdrowia, ale choroby.

Prześladowania zmuszają do zaufania Bogu, zamiast polegania na sobie samym

Zaryzykuję stwierdzenie, że Kościół najmocniej modlący się, to Kościół prześladowany. Wynika to zwyczajnie z potrzeby. Inne są potrzeby Kościoła w krajach wolności religijnej – raczej niezbyt dramatyczne i palące. Natomiast życie w stanie ciągłego zagrożenia, nawet niekoniecznie życia, ale choćby poczucia bezpieczeństwa, niejako zmusza do mocnego przylgnięcia do Boga.

„Wołają, a Pan wysłuchuje ich, I ocala ich ze wszystkich udręk. Bliski jest Pan tym, których serce jest złamane, a wybawia utrapionych na duchu” (Ps 34:18-19).
Życie w zagrożeniu ze względu na wiarę w Chrystusa sprawia, że Bóg staje się niezbędnym codziennym towarzyszem naszego życia. On, który powiedział: „bo beze mnie nic uczynić nie możecie” (J 15:5). Dla kogoś żyjącego w obrębie dawnej cywilizacji chrześcijańskiej słowa te brzmią, owszem jako piękne motto, ale może on sobie wyobrazić dzień czy więcej przeżyty bez dostrzegania ich aktualności w swoim życiu (choć są w pełni prawdziwe zawsze i wszędzie). Jednak chrześcijaninowi żyjącemu w miejscu prześladowań nie sposób polegać na sobie samym, niemożnością jest liczyć na to, że wystarczy zdrowy rozsądek i opanowanie, aby móc przetrwać.
Żyjąc w sytuacji nienormalnej nie sposób nie odwoływać się do mocy nadnaturalnej. A to, praktykowane na co dzień, powoduje, że zwiększa się zarówno nasze poznanie Boga, jak i doświadczanie Jego działania, a co za tym idzie – stopień zażyłości i zależności od Niego.

To zaś powoduje, że Kościół prześladowany jest tym, który rośnie nie w oparciu o marketing czy metody rozwoju wzięte z biznesu, ale wzrasta dzięki poznawaniu żywego Boga. Kościół ten jest świadomy faktu, że jest organizmem funkcjonującym w stanie wojny, dlatego spogląda na Tego, który używa imienia Jahwe Sabaoth – Pan Zastępów. Kościół ten nie istnieje dla samego siebie, ale dla Tego, który jest dla niego Drogą, Prawdą i Życiem. I nie są to formalne hasła.

…a wtedy prześladowania przyjdą

Nie idealizuję prześladowanego Kościoła. Wiem, że nie jest doskonały i nieskazitelny. Ale kiedy Kościół prześladowany jest wierny Bogu (a przecież właśnie dlatego jest prześladowany!), ma wyjątkową szansę na doświadczanie Bożej opatrzności i mocy. Potrzebuje Boga, więc doświadcza Jego działania, a przez to, że tak się dzieje, potrzebuje Go tym bardziej i tym chętniej wyciąga ku Niemu ręce. To zaś oczyszcza i doskonali w wierze.

A co z nami – skoro do prześladowań nam daleko? Żadna z cech, jakie dotąd wymieniłem nie jest nieodłącznie przypisana jedynie do Kościoła prześladowanego. Kościół nieprześladowany również może oczyszczać się od konformistów i nieszczerych uczniów, także może szacować koszt uczniostowa. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczył się niesienia Krzyża. I sam powinien pragnąć uczenia się zaufania Bogu i polegania na Nim. A kiedy tak będzie – prześladowania niechybnie przyjdą. Te słowa są bowiem wciąż aktualne: „Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15:19).

fot. PAP/EPA/MOHAMED HOSSAM

Jak prześladowania wzmacniają Kościół?
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze