Korea Południowa. Piękna twarz Boga [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W nocy szukają młodych w niebezpiecznych zaułkach miasta. W dzień karmią 550 osób. W Domu Świętej Anny mogą się wykąpać, ostrzyc, wyprać swoje ubrania. Robi się tam nieprzeciętne, a może nawet szalenie ewangelicznie rzeczy.

Kto go spotyka jest zdziwiony. Szczupły. Niewysoki. Z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ma w sobie dużo pokory, ale też temperament Włocha. Życie postawiło przed nim wiele trudności, w tym
niesłuszne oskarżenie o pedofilię. To wszystko sporo go nauczyło. Po Vincenzo Bordo widać, że zawsze chciał czegoś więcej. Taki typ człowieka, którego spotykamy i wiemy, że chłonie życie i jest ciągle nienasycony w czynieniu dobra. Będąc w seminarium stwierdził, że samo zostanie kapłanem mu nie wystarczy. Czasem siada i urobioną ręką, upaćkaną od jakiegoś jedzenia, kartkuje pożółkłe, wyrobione kartki Biblii. Chciał nią żyć, a nie tylko opowiadać o Ewangelii. Jest kreatywny. W jubileuszowym Roku Świętym Miłosierdzia zorganizował autobus, który jeździł od slumsów do slumsów, od wioski do wioski. Drzwi pojazdu na mocy dekretu biskupa stały się drzwiami jubileuszowymi. Przeszły przez nie setki ubogich. Właściwie od razu urzekł go ideał życia oblatów
i wraz z nimi postanowił oddać całe swoje życie ubogim. W Korei.

To moje miejsce

– „Tutaj nie ma biednych” – takie słowa usłyszałem, kiedy wraz ze współbratem odwiedziliśmy miejscowego biskupa tuż po przyjeździe do Korei w 1990 r. „Rozumiesz?”. Stanęliśmy jak wryci. W naszej głowie kołatały się pytania: „Co dalej robić? Mamy wracać do Włoch?”. Prawda okazała się inna. Biskup nie miał zamiaru nikogo oszukać, po prostu, tak jak zresztą chyba wszyscy, nie zdawał sobie sprawy z występującego problemu – o. Vincenzo usprawiedliwia z uśmiechem hierarchę. Opowiada to w środku nocy, przy stoliku na ulicach Seong Nam. Było inaczej. Przekonał się o tym tuż po otwarciu placówki w Seong Nam. Nie wytrzymał na miejscu. Z pomocą siostry Mariengel zaczął wychodzić z klasztoru. Odwiedzali ubogie rodziny w slumsach. – Wszedłem do piwnicy, w której leżał stary mężczyzna. W małym, na wpół oświetlonym pokoju panował obrzydliwy smród. Biedny starzec opowiedział mi wtedy historię: „Jako młody człowiek miałem w pracy wypadek. Moje nogi zostały sparaliżowane. Nie miałem nikogo bliskiego, a tym bardziej pieniędzy, tak rozpoczął się trudny etap mego życia. Początkowo ludzie z sąsiedztwa robili wszystko, co było w ich mocy, aby mi pomóc. Z biegiem lat zapomnieli o mnie. Jadłem tylko wtedy, kiedy ktoś przypomniał sobie o moim istnieniu. Całe dnie spędzałem sam w tym małym, ciemnym, cuchnącym pokoju – czując się jak ostatni śmieć”. Słuchałem go ponad dwie godziny, starałem się ułożyć sobie tę opowieść i przygotować mu coś do jedzenia. Przed wyjściem postanowiłem go jeszcze pobłogosławić. Poczułem wtedy silny, nieznośny zapach moczu, który miał spowodować odruch wymiotny. Nagle usłyszałem głos: „Nie bój się, to Ja”. To wtedy zrozumiałem, że dobrze robię. To moje miejsce. Patrzę na jego szczęśliwą, ale umęczoną twarz. Dzięki samozaparciu Vincenza i pomocy wielu dobroczyńców powstał Dom Świętej Anny. Jest to centrum pomocy dla ubogich, które każdego dnia wydaje 550 posiłków, oferuje możliwość wzięcia ciepłego prysznica, wyprania ubrań, skorzystania z fryzjera, czy pozbycia się insektów wędrujących lub skaczących po człowieku. W Domu Świętej Anny można otrzymać pomoc prawną czy psychologiczną (walka z nałogami), a nawet poradę odnośnie do możliwości zatrudnienia. Ludzi jest mnóstwo.

fot. Vincenzo Bordo OMI

Biedni nie tylko dorośli

W gazetach można przeczytać, że oficjalne statystki południowokoreańskie podają, iż jednym z istotnych problemów jest tam bezdomność dzieci. Dotyka on ponad 280 tys. nastolatków. Koreańska młodzież okazała się także najmniej szczęśliwą spośród 43 państw zrzeszonych w Międzynarodowej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. To liczby za którymi są konkretne twarze nastolatków. W 1995 r. w czasie nocnego spaceru w ciemnych zaułkach miasta zaczyna rozpoznawać młodych, zna ich imiona. Postanowił od razu zacząć działać i z 40 studentami zaczął prowadzić specjalny program pomocy. Zachętę zaczerpnął z Biblii. – Celem było przede wszystkim to, aby powrócili do swoich rodzin. Nie zawsze było to możliwe – opowiada Vincenzo. Młodzi, do których posłał go Bóg, z czasem stali się wolontariuszami. Opowiadają, że chcąc zapewnić im schronienie, doprowadził trzy lata później do otwarcia pierwszego domu. Aktualnie są już cztery takie placówki.

Pola minowe życia

Z czasem Vincenzo powołał do życia program wyszukiwania młodych potrzebujących pomocy „Agit”. – „Agit jest w stylu Jezusa, który mając 99 owiec w stadzie idzie i szuka tej jednej wystawionej na niebezpieczeństwo górskich rozpadlin. To właśnie nasza misja – tłumaczy. – Jeśli oni nie przyszli do nas, my pójdziemy do nich. To czysta Ewangelia – Vincenzo opisuje program. Używa porównania do tzw. „ziemi niczyjej”, czyli pasa ziemi będącego w rzeczywistości polem minowym na granicy między Koreą Północną a Południową. Głównym zadaniem ludzi z programu „Agit” jest
„udać się na pola minowe życia, gdzie 2 000 młodych chłopców i dziewcząt wędruje na granicy bezpieczeństwa tylko w tym jednym mieście”. Dzieje się to w bardzo prosty sposób – przy użyciu minibusa, namiotu, dwóch stolików i czterech krzeseł. O. Vincenzo z wolontariuszami codziennie, między 19.00 a 2.00 w nocy, wędruje po ulicach Seong Nam i szuka młodych w slumsach, posklejanych chatkach, w bardzo niebezpiecznych półświatkach. Próbuje przekonać ich do udziału w programie zmiany życia i zamieszkania w domach dla nich przeznaczonych. – Osobiście mogę
potwierdzić, że od kiedy wystartowaliśmy z programem „Agit”, mój sen dramatycznie się skrócił, jednak moje życie rozszerzyło się na nieznane dotąd horyzonty – dramatyczne i piękne zarazem. Dzięki temu doświadczeniu odkryłem nową twarz Boga.


Nagrody nie są ważne

W 2014 r. został nagrodzony „Koreańskim Noblem”, a w 2015 r. minister spraw zagranicznych specjalnym dekretem nadał oblatowi paszport honorowy na imię i nazwisko: Kim Ha Jong (Ha Jong oznacza „sługa Boga”). Wręczając nagrodę powiedział o laureacie: „Nauczyłeś nas jak pomagać ubogim, pokazałeś piękną twarz Boga”. W 2018 r., jako jedyny obcokrajowiec, biegł z pochodnią olimpijską. To wszystko na jego temat można znaleźć w Internecie, sam o tym nie wspomina. Nie chce już dłużej rozmawiać, jest pierwsza w nocy. Podchodzi do niego właśnie jakiś młody Koreańczyk.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze