Misjonarz w dom i … co dalej ?

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Księdza Fabio spotykam na Mszy św. zorganizowanej w Rzymie przez Kongijczyków. W Demokratycznej Republice Konga spędził ponad 40 lat. Musiał wyjechać, gdy „zbyt mocno” zaczął stawać po stronie wyzyskiwanej ludności. Na terenie jego parafii znajdowało się kilka kopalń bezcennych surowców: złota, koltanu, diamentów itp. Ludzie pracowali w nich w bestialskich warunkach za dniówkę, która nie pozwalała nawet na wykarmienie rodziny. W wypadkach ginęli dorośli mężczyźni, mali chłopcy, kobiety w ciąży. Przedsiębiorcy, którzy przyjeżdżali z Europy zbijać tam interesy, przymykali na to oczy. Nie od dziś zresztą Kościół głośno mówi o tym haniebnym procederze, a świat nic z tym nie robi. Liczy się jedynie zysk. – Sytuacja bardzo pogorszyła się w ciągu minionej dekady. Najpierw były jedynie pogróżki, potem podpalono mi plebanię, pobito moich katechistów, systematycznie grabiono założone przeze mnie szkoły, ambulatoria i punkty dożywiania najmłodszych – wspomina misjonarz. Wyznaje, że decyzję o powrocie podjął z bólem serca. – Nawet gdy nie mówiłem już o wyzysku przez międzynarodowe koncerny wydobywcze tylko skupiłem na pomocy potrzebującym, moja obecność i tak była solą w oku. Byłem świadkiem bezprawia i to stawało się coraz bardziej niewygodne – zauważa. W regionie zaginęło trzech kapłanów zaangażowanych społecznie, o których mimo upływu kilku lat wciąż nie ma żadnych wieści. Przełożeni zdecydowali, że ma wracać do Włoch. Jego misję objęli dwaj miejscowi księża, którzy wybrali kapłaństwo zafascynowani jego posługą. – Gdy usłyszałem w Rzymie: „witaj w domu”, czułem się rozdarty. To Włochy były dla mnie egzotycznym miejscem, a domem Afryka – wyznaje, a po jego twarzy płyną łzy. Gdy pytam o najtrudniejsze chwile, wylicza: – smutna liturgia, Msze św. bez życia, księża niedopuszczający świeckich do odpowiedzialności za parafię i… samotność. Dlatego właśnie poza posługą w parafii związał się ze wspólnotą Kongijczyków. – Tak jak oni, jestem tu obcy. Tu wszystko jest inaczej – dodaje. Marzy, by umrzeć na afrykańskiej ziemi. Wierzy, że jego doświadczenie może się tam jeszcze przydać. Tu rozbudza fascynację Ewangelią i misjami wśród młodych.

Ponowna aklimatyzacja

Choć powody powrotów są różne, poczynając od złego stanu zdrowia i zakończonego kontraktu, a skończywszy na zamykaniu placówek zakonnych np. z powodu walk zbrojnych, zmniejszającej się liczby powołań czy przejmowania placówek przez lokalne wspólnoty,to jednak wszystkich łączy jedno: konieczność powtórnej adaptacji. Zaaklimatyzowanie się w polskich realiach po kilku, a nawet kilkudziesięciu latach nieobecności zawsze jest trudne. Nieraz przekracza możliwości misjonarzy i po dwóch, trzech latach wracają na misje, znajdując posługę na miarę swych sił lub wyjeżdżają do Europy zachodniej, bo w polskich realiach trudno im się odnaleźć. Nie nam to oceniać. Trzeba także zrozumieć przedwczesne powroty z misji, które niektórzy postrzegają w kategorii porażki. Ich motywów jest tyle ilu wracających misjonarzy. – Łatwiej jest zakonnikom, bo żyją we wspólnocie. Księżom fidei donum, czyli diecezjalnym pracującym na misjach, często doskwiera samotność, z którą sobie różnie radzą. Ja zacząłem ją topić w alkoholu. Kochałem Afrykę i realizowałem się w misji, jednak na pewnym etapie zrozumiałem, że muszę wrócić, bo zapiję się na śmierć – mówi mi ksiądz, który przepracował na Czarnym Lądzie ponad dekadę. Po przejściu leczenia w Polsce włączył się w działalność misyjną. Wraz z nowymi parafianami organizuje różne pomocowe akcje i systematycznie odwiedza swą starą afrykańską parafię, współpracując z pracującym tam obecnie misjonarzem z Irlandii. – Przyjeżdżając do kraju, misjonarz musi umieć wyrazić swój ból, swój zawód, ale przede wszystkim musi odczuć, że jest potrzebny, że także tu czeka na niego praca – mówi abp Henryk Hoser, który sam doskonale wie, czym są powroty. Poza Polską pracował duszpastersko 34 lata, w tym 21 lat na misjach. Na emeryturze na prośbę Franciszka rozpoczął kolejną „posługę misyjną”, tym razem w Medjugorie. – Gdy wróciłem, wszystko było inaczej, musiałem na nowo uczyć się realiów mojej ojczyzny, uczyć się polskiego Kościoła – mówił mi po powrocie z Rzymu, gdzie był sekretarzem watykańskiej Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. Z jej ramienia odpowiadał za misyjne placówki na całym świecie. Czerpiąc z bogactwa tych doświadczeń, podkreśla, że o motywy trzeba pytać nie tylko, gdy ktoś przygotowuje się do wyjazdu na misje, ale również wtedy, gdy z nich wraca. Ten etap bywa niestety zaniedbany. – Trzeba podsumować zebrane doświadczenia i spróbować przełożyć je na nowe realia, w których przychodzi nam żyć – podkreśla abp Hoser.

Tam i z powrotem

Za kilka, najwyżej kilkanaście lat liczba misjonarzy powracających do Polski wyraźnie wzrośnie. Będzie to spowodowane głównie wiekiem pionierów, którzy w wielu zakątkach globu tworzyli misyjne struktury od podstaw. Przykładem jest chociażby Burundi, gdzie polscy karmelici będą wkrótce świętować 50 lat swej obecności. Te powroty to szansa, do której Kościół w naszej ojczyźnie musi się dobrze przygotować. Nowością, mniej więcej ostatniej dekady, są też wolontariusze biorący udział w krótkoterminowych doświadczeniach misyjnych. Ich powroty to bijące źródło misyjnej fascynacji Chrystusem, która może odnawiać nasze parafie, otwierając je nie tylko na dalekie lądy, ale i na misje… za parafialną miedzą. Monika Drążyk w ubiegłym roku wróciła z misji po 12 latach (najpierw była to Tanzania, a później Zambia). Jest po teologii na KUL, w kieszeni ma doktorat. Jej koleżanka opowiada mi, że zaraz po powrocie misjonarka „rzucona” została do katechezy i uczniowie od razu dali jej ksywę „Zambia”. Wynikało to pewnie z tego, że prowadząc zajęcia, cały czas odwoływała się do swoich misyjnych oświadczeń. Z dzielenia się misyjnym doświadczeniem w różnych parafiach Polski przez siostrę, która wiele lat pracowała w Kamerunie, zrodziła się m.in. akcja „Dentysta w Afryce”. Słowo padło na podatny grunt i akcja zatacza coraz szersze kręgi. Lekarze kolejnych specjalności włączają się w służbę potrzebującym. Prowadzoną w Nysie przez werbistów szkołą językową kieruje ks. Andrzej Sochoń, który pracował w Papui Nowej Gwinei. Są też powroty czasowe.Siostra Letizia Niemczura wróciła, gdy wybrano ją przełożoną generalną józefitek. Pełniła też funkcję przełożonej Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych. Czas ten wykorzystała m.in. do rozbudzania świadomości misyjnej i dzielenia się swym doświadczeniem, a po zakończeniu obu mandatów wróciła do szeregu, czyli posługi na afrykańskiej ziemi. Ks. Stanisław Wojdak, obecnie ojciec duchowny w tarnowskim seminarium, który pracował w Republice Środkowoafrykańskiej, jest twórcą autorskiego programu misyjnych staży kleryckich organizowanych od 11 lat. Ich owocem są m.in. kolejni księża na misjach (20 z diecezji tarnowskiej), a staże przyjęły się również w innych seminariach diecezjalnych w Polsce, co jest fenomenem na skalę europejską. – To bezcenne doświadczenie – mówią klerycy, którzy w tym roku pracowali w RPA Boliwii, Peru i w Kazachstanie. Dzięki stażom misyjnym zmienia się wizja kapłaństwa i Kościoła. – Byłem na stażach dwa razy, bardzo dużo wniosły one w moje życie i z tego bogactwa staram się korzystać – mówi ks. Paweł Turek pracujący w Demokratycznej Republice Konga. Aklimatyzacja po powrocie na pewno bywa łatwiejsza, gdy misjonarz widzi, że nadal jest potrzebny Kościołowi. Może wykorzystać swe doświadczenie w animacji misyjnej czy przełożyć swoje doświadczenie współpracy z ludźmi świeckimi na polskie realia. Coraz bardziej potrzebny jest w charakterze świadka szukającego dróg dotarcia do coraz bardziej zsekularyzowanego społeczeństwa. Misja nie kończy się z powrotem do kraju rodzinnego. Przybiera tylko inny kształt.

Beata Zajączkowska

Zobacz także
Wasze komentarze