Ks. Miroslaw Żadziłko na misji w Argentynie

#MisyjnyWtorek: Argentyna

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Argentyna to kraj sprzeczności. Czy fakt, że ponad 90% społeczeństwa to katolicy, świadczy o doskonałej kondycji tamtejszego Kościoła? Jak się okazuje, nie do końca. Musimy pamiętać, że misje często potrzebne są nie tylko tam, gdzie ludzie jeszcze nie poznali Boga.

Zdjęcie: mural w Buenos Aires, fot. unsplash

Argentynę kojarzymy przede wszystkim z tango, yerba mate i oczywiście papieżem Franciszkiem. Niektórzy być może pamiętają też, że to tam powstawały znane dzieła polskiego pisarza – Witolda Gombrowicza, jak chociażby „Transatlantyk”. W ogóle akcent polski w Argentynie jest dosyć wyraźny. Polonia działa tam bardzo dobrze już od XIX w. i stanowi szóstą co do wielkości wspólnotę Polaków żyjących za granicą. Jednak to nie kwestia Polonii, choć oczywiście bardzo ciekawa, jest w tym momencie najważniejsza. Zdecydowanie bardziej zadziwia sytuacja Kościoła w tym państwie.

fot. unsplash

Historia 

Wszystko zaczęło się za sprawą pierwszych misjonarzy, którzy przybyli na teren obecnej Argentyny wraz z Pedro de Mendozą w XVI w. Od tego czasu sytuacja i pozycja Kościoła w Argentynie zmieniała się okresowo. Aktualnie ochrzczonych jest tam 90% społeczeństwa. Wydaje się więc, że misja została skończona – Kościół jest, wierni są, czego więcej trzeba? Ba, jest nawet Papież. Tak wskazywałaby statystyka i logika. Jaka jest jednak rzeczywistość?

Kardynał Jorge Mario Bergoglio, fot. arch

90 czy 7 

Często jest tak, że działalności misjonarskiej potrzebują nie tylko państwa, w których Chrystus nigdy nie był głoszony. Przykład Argentyny doskonale to potwierdza. Choć oczywiście większość społeczeństwa to zadeklarowani katolicy, w niedzielnej mszy św. uczestniczy tam zaledwie 7% ze zobowiązanych. Żeby mieć jakiś punkt odniesienia, warto wspomnieć, że w Polsce jest to 40%. Na jakiś czas tę nieciekawą sytuację zmienił wybór kard. Jorge Mario Bergolio na papieża. Na fali tzw. efektu Franciszka przez dwa lata zauważalny był widoczny przyrost liczby uczestniczących w nabożeństwach czy wzrost liczby powołań. Wyszło to jednak dość słabo: ludzie się przyzwyczaili i wszystko wróciło do normy, a szkoda. W ogóle sam wybór ich rodaka na papieża nie wywołał takiej euforii, jakiej można było się w takiej sytuacji spodziewać. Jak wspomina pewien proboszcz posługujący w parafii w Buenos Aires, dzień ogłoszenia wyników konklawe był dniem jak każdy inny. Większe emocje wzbudza w Argentynie mecz najbardziej konkurujących ze sobą drużyn piłkarskich. To właśnie dlatego nie jesteśmy w stanie zrozumieć Argentyńczyków i ich deklaracje oraz późniejsze zachowania są dla nas kompletnie nielogiczne. 

Pedro de Mendoza, fot. Wikipedia

Kolejnym problemem jest rozległość terytorialna Argentyny. Zderzają się tam dwie główne kwestie – trudności komunikacyjne i rozległe parafie. Mówił o tym misjonarz, ks. Wojciech Wojtach: 

„Pracowałem w parafii, która obszarem obejmowała 50 km długości, 20 km szerokości, liczyła 20 kaplic, jeden kościół główny, około 50 tys. katolików i jednego kapłana”. 

 Możemy sobie jedynie wyobrazić, jak trudna jest praca takiego kapłana. Choć Argentyńczycy rzadko odwiedzają kościoły w niedzielę, gromadzi ich święto patrona parafii, obchodzone niezwykle hucznie. Świątynie pękają w szwach, ludzie wychodzą na ulice z figurami danego świętego czy Matki Bożej. Naprawdę są to widowiska niezwykłe, rzadko spotykane w Europie, a tym bardziej w Polsce.

Zdjęcie: panorama Buenos Aires, fot. unsplash

O przebiegu takiego wspomnienia opowiadał ks. Mirosław Żadziłko pracujący w parafii pw. św. Michała Archanioła w Cerro Azul: 

 Przebieg tej fiesty jest bardzo uroczysty. Tego dnia wszyscy w miasteczku mają wolne, więc od rana do wieczora mogą brać udział we wszelkich atrakcjach. Rozpoczyna się on nowenną lub triduum ku czci danego patrona, a w dniu odpustu msza św. inauguruje szereg towarzyszących atrakcji począwszy od tradycyjnego asado to jest pieczonego mięsa wołowego lub z młodego prosiaczka. A potem to już gry, rifa-taka loteria fantowa, można powiedzieć wiejskie kasyno, gdzie można wygrać jakąś sumę pieniędzy, kosiarkę do trawy, żywe cielę, krowę lub prosiaka, zestaw szklanek, termos, wiatrak i wszelkie inne rzeczy powszechnego użytku.

ks. Mirosław Żadziłko w jednej z dojazdowych kaplic

Jaki jednak z tego wszystkiego wniosek? Że trzeba działać i poszukiwać nowych kanałów dotarcia do argentyńskiej ludności. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że Ameryka Południowa to kontynent nadziei. Pokładajmy więc nadzieję, pracę i oferujmy swoją modlitwę także za Argentynę.

fot. arch prywatne

 

Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze