Fot. arch. Brygida Maniurka

Nieść pomoc wszystkim. Rozmowa z s. Brygidą Maniurką FMM, misjonarką w Aleppo 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W Aleppo nie ma już regularnej wojny, jednak sytuacja Syryjczyków jest wciąż niestabilna. Z franciszkanką misjonarką Maryi, s. Brygidą Maniurką, o bieżącej sytuacji w Aleppo rozmawia Zofia Kędziora.

Jest Siostra jedną z niewielu polskich sióstr, które od kilkudziesięciu lat przebywają w Syrii. Z pewnością widziała i przeżyła Siostra wiele niebezpiecznych sytuacji.

Jestem jedyną Polką w Aleppo z sióstr franciszkanek. Wcześniej była tutaj jeszcze jedna, przez dwa lata, ale teraz jest w placówce w Jordanii. Jest nas tutaj teraz pięć: dwie siostry Libanki, jedna siostra Francuzka i ja. Obecnie okres strachu i bezpośredniego zagrożenia minął. Uspokoiło się pod koniec 2016 r., mimo że co jakiś czas jakieś pociski spadają na zachodnią część Aleppo, na naszą dzielnicę. Ostatnio kilka tygodni temu spadł tutaj pocisk z chlorem.

 Jak teraz wygląda sytuacja w Aleppo? 

Teraz pod względem bezpieczeństwa sytuacja się poprawiła, jednak wciąż miasto jest oblężone, wciąż mamy tylko jedną drogę wyjazdową i wjazdową, pozostałe są w rękach rebeliantów. W pobliżu jest miasto Edleb i właśnie z tego miasta, które zdominowane jest przez rebeliantów, pociski spadają właśnie na Aleppo. Poza tym wciąż nie ma prądu, pojawia się kilka razy podczas dnia, czasami tylko na kilka minut. Te warunki sprawiają, że ciągle jeszcze nie ma stabilności, nie sprzyjają rozwojowi gospodarczemu. Poza tym na Syrię jest nałożone embargo. Ludzie mają jedynie małe warsztaty czy sklepiki, jednak to nie wystarcza, żeby pokryć ich zapotrzebowania. Wciąż są uzależnieni są od pomocy, głównie Kościołów. Otrzymują środki czystości, ubrania, zwłaszcza teraz ciepłe na zimę, jedzenie, leki, książki i przybory szkolne, opał itd.

Co z chrześcijanami na terenie Syrii? Czy uciekają do bezpieczniejszych krajów? Sytuacja przecież jest nadal niepewna.

To właśnie jest powód tego, że wiele osób emigruje i myśli wciąż o tej emigracji. Gdyby nie zewnętrzna pomoc, myślę, że wszyscy opuściliby Aleppo. Ta pomoc, dodawanie nadziei i otuchy pomaga przetrwać im ten czas i żyć tą nadzieją, że ustabilizuje się sytuacja i że będzie lepiej.

Innym powodem jest fakt, że jest coraz mniej chrześcijan w Aleppo. Przed wojną było to 10%, teraz szacuje się, że 4%. Niestety nie zachęca to innych chrześcijan do tego, by tutaj zostać. Przed wojną chrześcijanie i muzułmanie mieszkali razem, w tych samych dzielnicach. Często w tych samych budynkach, jednak były to rodziny, które znały się od pokoleń i miały ten sam poziom wykształcania, kultury i mentalności, a nawet odwiedzali się wzajemnie. Jak była Wielkanoc, to do chrześcijan przychodzili muzułmanie z życzeniami, a jak był ramadan, to chrześcijanie odwiedzali muzułmanów.

Fot. arch. Brygida Maniurka

Czy pomagacie również muzułmanom?  

Chcielibyśmy bardzo pomóc wszystkim, ale jesteśmy uzależnieni od pomocy z zewnątrz. Pracujemy w parafii rzymskokatolickiej pw. św. Franciszka z Asyżu w Aleppo. Mamy tutaj przeszło 37 programów pomocy humanitarnej. Większość z tych programów jest dla chrześcijan wszystkich obrządków katolickich i prawosławnych. Niektóre z nich, dzięki temu, że właśnie na dany program otrzymaliśmy większą pomoc z zewnątrz, mogliśmy otworzyć także dla muzułmanów, głównie chodzi tu o leczenie małych dzieci. Mamy także w naszym klasztorze pracownię dla kobiet, do której przychodzą zarówno chrześcijanki, jak i muzułmanki. Uczą się najpierw robienia na drutach czy szydełkowania, a potem również produkują. Niektóre kobiety, które do nas przychodzą, nie potrafią początkowo utrzymać igły w ręce, ale gdy opuszczają pracownię po kilku kursach, to widać, jak pięknie potrafią zrobić coś na szydełku.

Odwiedzam także dużo rodzin, które były na linii demarkacyjnej. Wiele z nich potraciło bliskich i dobytek. Widzę, w jakiej żyją jeszcze nędzy. Jeden pan, który przychodzi do nas co miesiąc po paczkę żywnościową, opowiada, jak otrzymują biały ser, to pierwsze co robią, to kroją go na małe kawałki i chowają, żeby od razu go nie zjeść, tylko żeby starczyło go dla całej rodziny na kilka dni. Mimo że zarówno on, jak i jego żona pracują, nie stać ich na kupno sera, dlatego zwracają się po pomoc do parafii.

Fot. arch. Brygida Maniurka

W naszej działalności kładziemy też nacisk na działalność duszpasterską, a nie tylko materialną, choć ta ostatnia jest wciąż potrzebna ludności Aleppo. Sama należę do dwóch ekip, które realizują program pomocy w uzdrawianiu z traumy dla dzieci i dorosłych. Z tymi dwoma ekipami jesteśmy zapraszani do kościołów katolickich i prawosławnych. Dzięki temu programowi, ludzie mają możliwość wypowiedzenia swojego bólu i zranienia serca w małych grupach, mogą dzielić się doświadczeniami między sobą. To niezwykle potrzebne dla tych ludzi. Jest na to ogromne zapotrzebowanie, a także na osoby, które byłby gotowe wysłuchać i jakoś pocieszyć.

Czy mają siostry jakieś plany na najbliższe miesiące? 

Trudno mówić o jakichś konkretnych planach, innych niż być uważną na to, co się wkoło dzieje i szukać odpowiedzi na wezwania, które Pan Bóg stawia na naszej drodze. Trudno powiedzieć, jak może potoczyć się sytuacja, dlatego to prostu kontynuowanie tego, co robiłyśmy. Musimy mieć serce uważne na człowieka potrzebującego obok nas i słuchać jego wołania i starać się być blisko niego, by mógł poczuć miłującą obecność.

Galeria (12 zdjęć)
Zobacz także
Wasze komentarze