Na granicy wojny – rozmowa ze świecką misjonarką w Etiopii

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

„W mieście, w którym mieszkam, na razie jest bezpiecznie, ale jakieś 20 km stąd jest bardzo źle”. O trudnej sytuacji w Etiopii  ze świecką misjonarką pracującą w tym kraju rozmawia Michał Jóźwiak.

Słyszę, że źle się u Was dzieje.

Rzeczywiście, z dnia na dzień jest coraz gorzej. Od tygodnia nie można przemieszczać się po kraju. Rząd ogłosił stan wyjątkowy i ma wprowadzać bardziej zdecydowane środki, żeby ustabilizować sytuację, która wymknęła spod kontroli.  Potrzeba sporo modlitwy, by  nie przerodziło się to w wojnę.

Jak to się zaczęło? O co chodzi w tym konflikcie?

Zaczęło się pod koniec ubiegłego roku. Plemię Oromo  (stanowiące większość wszystkich Etiopczyków) zaczęło protestować przeciwko polityce rządu. Ten bezprawnie zabierał im ziemię i dyskryminował – nie uznawał choćby ich prawa własności. Protesty od samego początku były krwawo tłumione. Czasem ginęło nawet kilkaset osób w ciągu zaledwie kilku dni. Po takich starciach na ogół sytuacja uspakajała się na kilka tygodni.

Tym razem było inaczej?

Tak. Tydzień temu Oromo miało swoje święto. Odbyło się duże zgromadzenie i choć na początku było pokojowo, to jednak  sytuacja wymknęła się spod kontroli i zginęło co najmniej pięćdziesiąt osób. Inne źródła podają, że zabitych może być nawet pięć razy więcej. Od początku października w kraju panuje chaos. Drogi są pozamykane, na ulicach płoną samochody, autobusy, domy, sklepy. Misjonarze, którzy pracują tutaj od kilkudziesięciu lat mówią, że aż tak źle nie było od czasów wojny z Erytreą, która toczyła się tutaj prawie dwadzieścia lat temu.

A policja, rząd nie panują nad sytuacją? Nie mogą nic zrobić?

Próbują, ale nie przebierają w środkach. Działają bardzo brutalnie – często wsadzają do więzień i torturują zupełnie niewinnych ludzi. Panuje tutaj nienawiść, nad którą ciężko zapanować. Ostatnie wydarzenia zdecydowanie przerastają miejscowe służby. Mamy jednak nadzieję, że w końcu wróci równowaga i względny spokój.

Jest jakaś szansa, żeby się uspokoiło?

Rząd usiłuje reagować, ale powinien to już robić wiele tygodni temu. Wprowadzono godzinę policyjną, zakaz zgromadzeń i wzmożono kontrole. Sprawdza się wszystkich i wszędzie. 9 października mieliśmy w katedrze święcenia nowego biskupa. Zapowiadała się duża uroczystość na ponad trzy tysiące osób. Niestety prawie nikt nie dotarł. Radość ze święceń została przysłonięta przez otaczającą nas tragedię.

To jak teraz funkcjonujesz? Jesteś względnie bezpieczna?

W mieście, w którym mieszkam, na razie jest bezpiecznie, ale jakieś 20 km stąd jest bardzo źle. Trwają nieustanne zamieszki. Nie mamy możliwości przemieszczania się po kraju – jedynym transportem teraz są samoloty.

Myślisz o tym, żeby wrócić do Polski?

Sporo znajomych obcokrajowców – misjonarzy czy długoterminowych wolontariuszy – opuszcza Etiopię. Z drugiej strony wyczuwalna jest wielka jedność w modlitwie wszystkich, którzy pragną pokoju. Na razie nie planuję powrotu. Czuję, że jeszcze nie czas na ucieczkę. Ufam, że z Bożą pomocą się uspokoi.

fot. cesargp, flickr.com

Na granicy wojny – rozmowa ze świecką misjonarką w Etiopii
6 (100%) 7 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze