fot. Krzysztof Kołodyński SVD
Oceania: dziewczyny z ulicy i siostry z gór [MISYJNE DROGI]
Wśród tropikalnych wysp, gdzie bieda, przemoc i bezsilność bywają codziennością, werbiści i siostry służebnice Ducha Świętego stają się obrońcami skrzywdzonych. Na Flores bronią praw człowieka, na Papui-Nowej Gwinei ratują rannych z walk plemiennych i modlitwą osłaniają szpitale przed kulami. I w tym świecie na świat przychodzi Światło.
W zeszłym roku byłem w Indonezji. Wizyty w fundacji TRUK-F (Tim Relawan Untuk Kemanusiaan Flores) w Maumere na Flores w ogóle nie planowałem. O historii tego miejsca, nazwie fundacji i profilu jej działalności dowiedziałem się kilka dni wcześniej od mojego współbrata, o. Leo Kledena SVD. – W 1990 roku powróciłem na Flores z Belgii, gdzie na uniwersytecie w Louvain studiowałem filozofię. Analizowałem prawa człowieka, które niestety coraz częściej były łamane w Indonezji. Rząd Mohameda Suharto był autorytarny. Najbardziej objawiało się to w tłumieniu protestów studenckich. Było w tamtym czasie sporo ofiar i represji. Wraz ze służebnicami Ducha Świętego (SSpS) rozpoczęliśmy współpracę z różnymi organizacjami, aby ich wspomagać. Myśleliśmy nad ruchem obrony praw człowieka. I tak, w 1997 roku, powstaje TRUK-F, czyli „Zespół wolontariuszy w służbie praw człowieka”, a końcowe „F” podkreśla, że zaczęliśmy na wyspie Flores – wyjaśnia dawny przełożony prowincji Ende.
Dziewczyny z ulicy
Nie wiedziałem, czego się spodziewać po naszej wizycie. Stanęliśmy wraz z moim współpracownikiem w sali naprzeciw kilkunastoosobowej grupy dziewcząt i kobiet, które wcześniej pracowały na ulicy. Moją uwagę zwróciły dwie najstarsze dziewczyny. Jedna trzymała na rękach małe, kilkutygodniowe dzieciątko. Kołysała je w ciszy. Druga, w swobodnym ubraniu, głaskała skrycie swój brzuch, w którym do narodzin szykowało się jej dziecko. Pozostałe dziewczyny były młodsze (13–15 lat). Z początku czuliśmy wielką barierę i miałem wątpliwości, czy nasze spotkanie w ogóle się uda. Bariera znikła, gdy mieszkanki ośrodka dowiedziały się, że jestem werbistą, tylko z innego kraju.

Od dyrektorki ośrodka, s. Fransiski Imakulaty SSpS, dowiedzieliśmy się, że ośrodek w zasadzie wyręcza państwo, które od lat zaniedbuje ochronę praw człowieka. A jak wygląda taka pomoc i od czego się zaczyna? – Najpierw pomagamy pokrzywdzonej dotrzeć tutaj. Nie idziemy do ich domów. Zachęcamy do pobytu u nas. Staramy się pokazać ofiarom, że walczymy o nie. O ich dobro. Czasem są to dziewczęta z innych wysp lub takie, które są już ofiarami handlu ludźmi. W pierwszej kolejności oferujemy im wizytę u lekarza, gdyż często trafiają tu osoby z widocznymi śladami przemocy. Staramy się je wysłuchać, na co również potrzeba czasu. Potem pomagamy w podjęciu nauki czy pracy – wyjaśnia moja rozmówczyni.

Dwie dziewczyny mają odwagę coś opowiedzieć. Zastygamy w ciszy, słuchając słów wypowiadanych przez skrzywdzone dziewczyny. W obu przypadkach uciekają od trudnej historii, a wyrażają wdzięczność za otrzymane wsparcie. Teraz mogą się uczyć i przygotować do pracy, o której kiedyś tylko marzyły. Niesamowite jest to, jak odzyskiwana godność i pielęgnowane dobro rodzą nadzieję na przyszłość.
Dzielna pielęgniarka
Papua-Nowa Gwinea była pierwszym krajem wyboru s. Doroty Piechoty SSpS, pielęgniarki. Od początku pracowała na wybrzeżu, ale z powodów zdrowotnych musiała się przenieść w górskie tereny. Tak trafiła do prowincji Enga, rejonu znanego z nieustannie toczonych walk plemiennych. Jej pacjenci często przynoszeni są z dzidą wbitą w różne części ciała. Wsparta doświadczeniem poprzedników szybko nauczyła się opatrywać takie rany. Obecnie większy problem to rany po broni palnej. Tacy pacjenci wymagają natychmiastowej operacji. Ostatnio walki plemienne nasiliły się. Całe wioski wyginęły. Wystrzelali ludzi, spalili całe domostwa. Szpital, w którym pracuje s. Dorota, również chciano zniszczyć. Jednak ocalał dzięki dziesięcioosobowej grupie żołnierzy, która została przeznaczona, aby strzec tego jedynego w regionie miejsca ratunku. Z pięćdziesięcioosobowego personelu tylko dziesięć osób zdecydowało się pozostać w szpitalu, nocować tam i w takich warunkach kontynuować posługę medyczną. Jeden lekarz, dwóch felczerów i pielęgniarki. Medycy borykają się z ogromnym brakiem leków, a przede wszystkim strzykawek. – Jest mnóstwo wspaniałych ludzi. Wspaniałych, dobrych ludzi, ale pomiędzy nimi – urywa głos siostra Dorota. – No nie wiem… Jest wielu takich, którzy niszczą te struktury dobra. Trudno jest wskazać na to, co jest tego przyczyną. Korupcja w rządzie, brak regularnych wypłat, brak nadziei na zmianę sposobu życia – zawiesza głos.

Gdy ataki nasiliły się, kiedy strzelano nawet przy domu sióstr, te prosiły o wystawienie Najświętszego Sakramentu i modliły się koronką do Bożego miłosierdzia. Mówiły: „Panie Boże, jeśli Ty nic nie zrobisz, to my nie możemy nic zrobić. Ty, się tym zajmij!”. Po modlitwie zapadła cisza. Wszyscy się rozeszli. Od tej pory nikt nie podjął kolejnej próby zniszczenia szpitala i budynków misji. – Pan Bóg, Jego obecność, robi cuda! – mówi s. Piechota.
>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<
Zatroskany policjant
Ojciec Czesław Brzezicki SVD pracował przez 32 lata w Papui-Nowej Gwinei. Do jednej z powierzonych mu wiosek zawitała amerykańska charyzmatyczna sekta. Mieli spore wsparcie finansowe i od razu rozpoczęli agitację. Organizowali festyny, oferowali nie tylko modlitwę, ale też dobre jedzenie i zabawę. Ojciec Czesław zauważył, że na te spotkania zaczęli uczęszczać jego wierni. Martwił się, bo wiedział, że dla tamtych ludzi dobre jedzenie i niespotykana rozrywka to atrakcyjne rzeczy. Zadawał sobie pytanie, na ile silna jest wiara tych, którzy od niedawna formują się w katolickiej wspólnocie. Podejrzewał, że niektórzy przejdą do sekty, a podatni na to z pewnością będą młodzi. Jak się miało okazać, w swoich obawach nie był sam.

Pewnego wieczoru Czesław przechodził obok kościoła. Wyłączył agregat prądotwórczy i szedł w ciemnościach. Nagle dostrzegł, że w kościele ktoś jeszcze jest. Poświecił latarką i okazało się, że w ławce siedzi starszy człowiek, emerytowany policjant. W rękach trzyma różaniec i modli się. Misjonarz był zaskoczony. Wiedział, że ten mężczyzna chodził do kościoła co tydzień, ale w ciągu tygodnia nigdy go nie widział. Poczekał na niego na zewnątrz, by z nim porozmawiać.
„Ojcze, tam jest ta impreza zorganizowana przez sektę. Martwimy się, ja i moja żona, dlatego modlimy się, abyśmy nie utracili nikogo z naszej wspólnoty” – usłyszał. Misjonarza zaskoczyło poczucie odpowiedzialności i troska o wiarę.
Betlejem nie jest tylko wspomnieniem sprzed dwóch tysięcy lat. To codzienność ludzi, którzy wśród biedy, przemocy i lęku próbują na nowo odnaleźć swoją godność. Nasiona Ewangelii wsiane w ziemię Oceanii kiełkują powoli, w trudzie i nadziei. Dzięki nim słowa: „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie” (MT 4,16) nabierają tam realnego kształtu.

Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Misje na krańcu świata – codzienność polskiego misjonarza w Papui-Nowej Gwinei
Papua-Nowa Gwinea: Bóg przychodzi do osób z niepełnosprawnościami [MISYJNE DROGI]
800 języków tylko na jednej wyspie. Misje w Oceanii [MISYJNE DROGI]






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny